czwartek, 16 lipca 2009

Kawa

Godzina 10.50. Siedzę na swoim pracowniczym krześle obrotowym i pochłaniam aromat swojej pierwszej dzisiaj, świeżo zaparzonej kawy. Jak mi lekko przestygnie, zacznę ją chłeptać. Zwykle piję kawę od razu po przybyciu do biura, ciut po 7 rano. Dzisiaj jednak coś mi odstrzeliło w rozumie i dopiero teraz zrobiłam sobie swoją ulubioną "parząchę". Moja kawa jest okropna tak naprawdę bo kto by tam lubił gorzką, sypaną, zalewaną? No kto? Ja. Półtora łyżeczki niebieskiej Primy, wrzątek i gotowe. No sugar, no milk. I zwykle tylko ta pierwsza kawa codzienna ma dla mnie smak i urok. Czasem piję więcej niż jedną ale to tak tylko wtedy jak mi się coś odmerli. Czasem, jak mam wenę niewiadomego pochodzenia piję kawę rozpuszczalną z cukrem właśnie i śmietanką (najlepiej łaciatą - www.laciate.pl, he he he) ale to już naprawdę musi mnie coś tknąć. Bo najlepsza kawa to dla mnie ta najbardziej podła, barbarzyńska i prostacka "parzącha". No to łykamy. Smacznego :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dobre słowo zawsze mile widziane :-).