piątek, 14 lutego 2014

Foto come back z dopiskami na marginesie

Uwielbiam zdjęcia - tak robić jak i oglądać, choć - zwłaszcza tego pierwszego - zapewne po mnie "nie widać". W domu mam masę aparatów z wysokich półek, światła, obiektywy, parasolki fotograficzne, statywy, tła i inne gadżety. I fotografa. Mimo to, moim najlepszym przyjacielem fotograficznym jest smartny telefon. Zawsze przy mnie. Niewielki, poręczny, do zmieszczenia w kieszeni, dłoni czy za paskiem. Zdjęcia, które robi - jakie są - każdy widzi. Szału nie ma i oczu z wrażenia nie wyrywa, ale jeśli przepuścić je potem przez filtry Instagramu bądź jakiekolwiek inne, można już nawet pokazać je ludziom. Często filtry nie są zupełnie potrzebne, ale nie ukrywam, że jeśli chodzi o taką np. moją fejs, to zdecydowanie lepiej, żeby była przyfiltrowana ;-). 

Tego dnia wyszłam z pracy jak zwykle o 15. Najpierw pojechałam na pocztę zajrzeć do naszej skrytki, wyciągnęłam z niej wielką pocztówkę od Em z Amsterdamu, po czym udałam się po tego samego Em - z Amsterdamu realnie wracającego - na nasz "klimatyczny" dworzec kolejowy. Czasu do przyjazdu pociągu miałam ni mniej, ni więcej tylko pół godziny, a zatem musiałam go sobie jakoś zagospodarować. Zostawiwszy samochód przy dziurze w płocie okalającym tory kolejowe, poszłam sobie pieszką poprzez "most" nad torami na jedyny czynny dla ruchu osobowego peron. Błękit nieba rozświetlało zuchwałe słońce a równie zuchwały wiatr smagał mnie po twarzy i szarpał mi poły palteczka. Pół godziny to jak pstryknięcie palcami, kiedy człekowi poważnie się dokądś śpieszy. Kiedy człek się nie śpieszy i nie ma na dodatek nic do roboty, pół godziny ciągnie się jak godzina. Co najmniej. 

Będąc w posiadaniu jedynie telefonu, bo torebkę pozostawiłam w aucie, jak to często mam w zwyczaju, poczęłam sobie klikać zdjęcia. Sobie jako sobie i sobie ot tak sobie

Pod tym błękitem nieba więc, stroiłam sobie miny i naciskałam spust. Tak miny jak i spust kojarzą się militarnie, ale moja gęba wydaje się być tutaj całkiem pokojowo nastawiona do świata, prawda?


Po auto sesji zdjęciowej na moście, którą mogłam sobie urządzać swobodnie i bezkarnie dzięki tym widocznym poniżej "tłumom" na peronie, postanowiłam teatralnie zejść po dworcowych, "hiszpańskich" schodach. Jak gwiazda. Jak... i tutaj sobie myślę, do kogo mogłabym się porównać, ale... Monika Bellucci jest brunetką, ma klasyczny pociągły nos, pełne usta i 170 cm wzrostu. Jedyna moja "przewaga" nad nią to 9 lat mniej w życiorysie - o ile można tu mówić o jakiejkolwiek przewadze... Dlaczego akurat Monika? Bo nie wiedzieć czemu, kiedy tak stałam na szczycie tych długich schodów, przypomniała mi się pewna scena z filmu "Malena", w której to tytułowa Malena, czyli Bell Monica szła sobie nadmorskim bulwarem - piękna, postawna, niedostępna i zachęcająca zarazem, a siedzące na murku obok małolaty śliniły się na jej widok i nerwowo wysiadywały jaja...

Na mnie (na szczęście!) nikt się nie gapił.

Zeszłam więc po naszych schodach nie jako Monika czy jakaś tam Malena a jako zwykła Joanna od Aniołów uważnie cyrklująca kroki, co by przypadkiem nie rozpostrzeć swych anielskich skrzydeł i nie wywinąć orła.


Całkiem ładny mamy ten nasz budynek dworcowy, prawda? Co nam jednak po jego urodzie, kiedy od lat zamknięty na 4 spusty a kasa biletowa i poczekalnia znajdują się w baraczku na zdjęciu o krok niżej...


Tak, to tutaj. Jeśli ktoś ma ochotę przenieść się na chwilkę do PRL-u - niech sobie wejdzie i się rozgości. Skrzypiące drzwi, krzywa, skrzypiąca podłoga i skrzypiąca po kątach przeszłość. Ale obsługa całkiem miła ;). Zaznaczam, że jest tam tylko kasa i poczekalnia z dwoma ławkami. Wc, barek czy sklepik znajdą Państwo po wejściu do oczekiwanego pociągu :-).


No, jeszcze 10 minut. Z doliczeniem jednak kolejnych 10 z tytułu spóźnienia pociągu, to razem jeszcze 20. Eeee, co tam 20 minut przy tych 3 miesiącach...


To co? Znów selfie fotki? Tym razem na tle blaszanej, niebieskiej budki na peronie. Kilk, pstryk, raz, pras. Od góry do dołu, od stóp do głów. Już coraz mniej bezkarnie. Ludzie się schodzą.


Chrobocze megafon, zapowiada się pociąg. Jeśli się nie mylę, jedzie gdzieś aż z Katowic do Gdyni Głównej. Blisko, bliżej, jest!


Jak zwykle wytarabanił się gdzieś na szarym końcu. Niewielka walizka, czarna czapka i dobrze mi znamy szeroki, serdeczny uśmiech. Trochę się miziamy koło tej blaszanej, niebieskiej budy i już, już mamy przedzierać się wprost przez tory a potem przez suche zarośla, by dotrzeć do dziury w płocie a potem do samochodu, kiedy podchodzi do nas modnie odziany, młody człowiek. Bardzo grzecznie, z nutą nieśmiałości zapytuje, czy Państwo nie mogłoby użyczyć mu na chwilkę telefonu, bo na amen padła mu bateria a pilnie musi zadzwonić po transport. Nie dziwię się. Obok chłopaka stoi waliza wielkości słonia. Trudno, by prowadził tego słonia na złotym łańcuszku... Em bez wahania wyjmuje swojego Ajfona i służy pomocą. Nikt nie odbiera, kurde mol... A może podwieźć - pytam zachęcająco. Och, to musiałbym dołożyć się do paliwa. Mieszka Pan na terenie Grajewa? Tak. To w taki razie, proszę za nami. Ale czy to aby nie kłopot? Mieszkam aż na drugim końcu miasta... Nie szkodzi, to nie Paryż. Chłopak bierze zatem swojego słonia i całą trójką pokonujemy tory, łamiąc najpierw przepisy a potem suche badyle na ścieżynce do dzikiego przełazu. Odwożę studenta pod same drzwi jego bloku. Mogę spytać, czy dużo drogi Pani nadłożyła? Ależ skąd! kłamię w żywe oczy - poza tym, jakie to ma znaczenie? Przecież nie można było Pana zostawić samego na tym pustym, zimnym peronie ze słoniem u boku! Chłopak się zaśmiał, uniżenie podziękował, my pożyczyliśmy mu good luck'a i... gazu! Na żarcie. Pizza, pizza, pizza! Wielka! Wegetariańska! Z mozzarellą, suszonymi pomidorami, czarnymi oliwkami i rukolą. Niebo w gębie. On żywca, ja jedynie ICE TEA PEACH - okropna! Nie ICE TEA w ogóle. Ta PEACH. Bardzo lubię brzoskwinie, ale prawie niczego o brzoskwiniowym smaku. Wcinamy, pijemy i gadamy. Jesteśmy jedynymi gośćmi w Pizzerii (DA Grasso - lubię to).


Po żarciu, tyłki w troki i do Tesco. Po kawę i filtry do nowiutkiego expresu (Em w końcu zakupił - przelewowy Russel Hobbes). Po żonkile. Po piwo. Po ser, chleb i czerwoną fasolę. Po wodę na kaca po piwie (eeee, nie było kaca, nic a nic). Żonkile sama sobie zasugerowałam. Hindusi nie mają w zwyczaju wręczania kwiatów... Em nawet wspomniał kiedyś, że tam u nich, wręczanie kwiatów to jakiś zły znak czy coś w tym stylu... Muszę dopytać. W każdym razie, nie nawykł do tego. Akurat nie jestem łasa na kwiaty, choć bardzo je lubię, ale to że muszę się o nie czasem sama upomnieć, bywa dla mnie zabawne. Zamiast żonkili Em chciał z rozpędu wziąć bukiet róż, ale odwiodłam go od tej decyzji sugerując się ich zbyt wysoką ceną. Taka jestem! On by mi róże, złoto i brylanty a ja hola, hola, kolego!

Z Indii miał mi przywieźć herbatę (Sun, nawet Tobie obiecałam miarkę jakiejś dobrej Darjeeling...) i trochę przypraw. Zapomniał. Nie miał czasu. Rodzice podeślą w paczce... No, powiedzmy... Przypraw mam jeszcze spore zapasy, a zagorzałą herbaciarą nie jestem. Przeżyję. Zamiast przypraw i herbaty, na lotnisku w New Delhi złapał natomiast w locie 3 koszule. Jedną dla mnie i po 1 chłopakom. Markowe, nie jakieś z textil marketu, pepco czy lumpeksu, gdzie sama zwykłam się głównie zaopatrywać ;-). Alen Solly dla mnie (ja nie znam, on mówi, że zna i uwielbia), a dla chłopacząt Benetton (znam, a jakże, ale nic od nich w swojej szafie nie mam). Podobają mi się te koszule. Swoją założę jednak dopiero po 19 czerwca. 


I na koniec - typowo indyjskie buciki :-). Jedne dla mnie, drugie dla Bratowej Jo. Lekkie jak piórka, kolorowe, zapewne ręcznie szyte. Wiosno, ah! Gdzieżeś Ty?! Jak mi się już marzy uwolnić stopy od tych kozaków, trzewików i botków, ah!


Po prezentacji prezentów, obgadaniu wielu spraw oraz ugaszeniu pragnienia (piwem!, żeby nie było!) poszliśmy sobie grzecznie spać. Chłopaków miałam przywieźć z P. za 2 dni. Cieszyli się na przyjazd Ojca jak małe, rozwydrzone małpy, jednak po akcji całowania, przytulania, wygłupiania i węszenia w walizce ;-), szybko przeszli z tej euforii do porządku dziennego. I tak ma być. Taką mamy rzeczywistość i musimy ją przyjmować ze wszystkimi jej wadami i zaletami.

Swoją drogą, ja sobie już nie wyobrażam męża, który non stop jest w domu. Doszłam nawet do wniosku, że tak jak On musi wyjeżdżać, żeby żyć (musi w przenośni i dosłownie - w przenośni, bo to Bliźniak, Piątka, człowiek, który nigdy nie będzie szczęśliwy ciągle okupując 1 miejsce a dosłownie, bo - powód prozaiczny a zarazem bardzo ważny - praca), tak też ja żeby żyć, muszę na Niego od czasu do czasu poczekać. Jego wyjazdy i powroty to taki świeży przeciąg w naszym życiu... Początkowo, byłam trochę przerażona wizją tych rozstań i samodzielnego zmagania się z codziennością, ale tak już się w to wszystko wprawiłam, tak w to wszystko wrosłam i tak to zaakceptowałam, że aż wręcz polubiłam. Tak sobie posłałam i tak mam :). I nie żałuję. I tak ma być!

Obiecałam foto relację... Krótką, lekką i przyjemną. Nie wiem, czy była lekka i przyjemna, ale na pewno nie była krótka. Gdybym ograniczyła się tylko do foto, jasne, można by tak było uznać, ale ja jednak nie umiem przy okazji nie "pogrezdać" marginesów. 

I na marginesie, życzę Wam też miłego weekendu! A dziś udanych Walentynek - bez względu na to, czy celebrujecie, czy też nie - niech moc miłości będzie w Wami!

39 komentarzy:

  1. wzajemnie, miłego weekendu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Był całkiem miły :). Dziękuję Kasiu.

      Usuń
  2. Ale żeś uroczy fotoreportaż zrobiła! Butki piękne!
    : Poszliśmy sobie grzecznie spać: - he, he bo uwierzę :) ) Miłego weekendu!
    ( Twój post znowu się nie wyświetla u mnie na stronie , a wczoraj w ogóle nie mogłam do Ciebie zerknąć bo zamykało stronę z ostrzeżeniem o niebezpiecznym oprogramowaniu)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ago, ja i niebezpieczne oprogramowanie? Ratunku! Never! Ale Blogger płata czasem różne psikusy.

      Usuń
  3. Bo południk zero jest w Grajewie!!! :-D Szczęśliwych Walentynek!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ;-) Były dość pospolite, nic szczególnego, ale też każdy inny dzień może wystąpić w ich roli.

      Usuń
    2. Nie śmiałam się prześmiewczo, lecz serdecznie :-) Lubię spotykać osoby znajdujące się "w centrum Wszechświata" i sama także lubię tam bywać.

      Szalone Walentynki to chyba bardziej domena par z małym stażem. Ale bez względu na rodzaj obchodów, fajnie jest pomyśleć, że ma się swojego Walentego (i to jakiego! :-)

      W komentarzu przewinął się temat Twojej urody. Potwierdzam, że nie tylko usta masz bardzo ładne. I potwierdzam, że makijaż u Ciebie robiłby wielkie wrażenie (bo najlepiej wygląda na osobach ładnych).

      Usuń
    3. Jakże ja bym Cię mogła posądzić o prześmiewczość, Tesiu? Wcale tak nie odebrałam tego komentarza. Mam dystans do siebie i poczucie humoru, więc spokojnie ;-).

      Domena par z małym stażem - pewnie tak, ale te z długim może mają wtedy okazję się "ocknąć"? Hi, hi. Nasz staż jest taki średni (będzie 8 lat - o matko, to już jednak długo, choć nie wiem kiedy zleciało...), ale ciągle się "odnawia" przez te wyjazdy Em.

      W moich wielowątkowych wpisach nigdy nie wiadomo, jakiego tematu się "uczepić", stąd każdy znajdzie coś dla siebie ;). Wątek urody mnie zaskoczył, bo ani mi przez łeb nie przeszło, że ktoś zwróci uwagę na moje usta i jeszcze określi je mianem ładnych. Zawsze to łechce próżność, ale i daje do myślenia. Motywuje, by może choć od czasu do czasu postarać się być bardziej glamour i poczuć się pewniej? Inaczej? Piękniej? Użyć tych szminek, których mam wiele, a niszczeją na dnie kosmetyczek...

      Usuń
  4. Butki zachwycające, koszule fajne. A ten dworzec a głównie peron - aż mnie zatkało. Wiem, G. to nie W-wa, ale to świadczy tylko i wyłącznie zle o ludziach.To znaczy, że nikomu tam takie widoki nie przeszkadzają - przecież pracując w takim miejscu można się zapłakać!
    A ten stary budynek dworcowy całkiem fajny. No to miłej reszty Walentynek!
    Miłego, ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anabell - kiedyś, dawno, dawno temu, G. było dość ruchliwym "węzełkiem" kolejowym, teraz jest raczej tylko miastem, w którym do pociągu się wsiada i wysiada. Raczej nie przesiada... Jest też ruch towarowy (głównie drewno do fabryki płyt). I tak się cieszę, że mamy PKP (mieszkamy rzut beretem od stacji). Dworzec w postaci tego wielkiego budynku nie jest tu potrzebny, ale budynek stoi i mogliby go na coś innego przeznaczyć, bo żal, że niszczeje. Niedawno trochę go "poprawili" i widzę na nim tabliczkę Nadzoru Budowlanego, ale czy ten urząd tam faktycznie się mieści to ja głowy uciąć nie dam.

      No i... nie sądzę, by ludzie pracujący w kasie (nie wiem, kto jeszcze z tej kolei tu pracuje) płakali z nieszczęścia. Pewnie przywykli a w ciągu dnia przejeżdża tu zaledwie kilka pociągów. Taki "urok" mieścinek...

      Usuń
  5. Wyobrazilam sobie studenta ze... sloniem /smiech/! Mial szczescie, ze trafil na Ciebie!!!
    Serdecznosci
    Judyta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie jakoś by sobie poradził, ale skoro już trafił na nas, to i jego i tego jego słonia poratowaliśmy... Nie waham się w takich sytuacjach, bo zawsze sobie wyobrażam, że to ja mam problem i wiem jak miło wtedy spotkać na drodze drugiego człowieka...

      Usuń
  6. Aleś mnie zmyliła kobieto-szpieg ;)!
    Czytam Katowice-Gdynia Główna, o myślę, znana trasa, a tu bęc...
    Życzę Tobie i mieszkańcom Grajewa, żeby odremotowali ten Wasz dworzec bo jest przepiękny! Na Wikipedii jest jego zdjęcie w całej okazałości - cudny widok!!! W mojej rodzinnej miejscowości odremonowali dworcowy budynek (nie aż taki historyczny jak Wasz) i nawet bibliotekę publiczną tam przenieśli! I tak powinno być.
    Co do naszych mężów- mimo, że mój prawie (prawie robi dużą różnicę) obok, też żyję jak kobieta marynarza i wlaściwie wszystko na mojej głowie. Wiem co czujesz :D Ściskam Cię serdecznie i przytulam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Izabelko, jak napisałam do Anabell - to wielki budynek i taki nie jest obecnie adekwatny do potrzeb naszego ruchu kolejowego... Ale mogliby pomyśleć o innym zagospodarowaniu! Niedaleko mieści się dworzec PKS - w zasadzie to plac i budka z kasą... Mogliby jakoś to połączyć. Sporo o tym rozmów, ale póki co - zero działań.

      A co do tych naszych mężów - bywa ciężko, ale taka żona "marynarza" wcale nie musi być nieszczęsną, samotną babą, w pojedynkę dźwigającą codzienność.

      Usuń
  7. Udanego weekendu i po czasu we czworke po brzegi wypelnionego szczesciem i miloscia !:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Był udany - pełna chata! My, moja siostra, jej synek, pies i nasza Sam.

      Usuń
  8. Dworcowy budynek cudny! Szkida,że takie perełki nikną zaniedbane...
    Piękna fotorelacja :-)
    Wzajemnie wspanialego weekendu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mujer, mam nadzieję, że ta perełka (a nie mamy w G. takich wielu) nie zginie i ktoś się nią w końcu zaopiekuje na poważnie.

      Usuń
  9. Odpowiedzi
    1. No, Aniu. Nigdy mi to nawet nie przyszło do głowy. Ani też chyba od nikogo nie usłyszałam takiego komplementu - nawet od komplemenciarza pana męża ;). Tym bardziej mi miło! Może w końcu powinnam zacząć je malować ;-).

      Usuń
    2. ja bym na Twoim miejscu chyba skorzystala z porady stylistki, makijazystki .... Bo masz bardzo ladny "kroj ust" i spytala sie jak je malowac, uwydatnic jeszcze bardziej:) trzeba swoje mocne strony na wierzch pchac:))

      Usuń
    3. Owszem, stylistka od razu kazała by mi ponownie ściąć włosy ;). Makijaż zaś to moja kula u nogi... Za bardzo nie umiem, nie mam czasu o poranku, w domu nie widzę potrzeby... W mocnym makijażu czuję się jak przebieraniec. Poza tym mam trudne do ekspozycji - że tak powiem, oko. Są i na takie tricki, ale jakoś nie chce mi się tym zajmować. Ostatnio, przed wyjściem do roboty pomalowałam sobie usta jakimś wiśniowym błyszczykiem i... po chwili go starłam, bo wydawało mi się, że sztucznie wyglądam... Takie przyzwyczajenie od lat. Nie wiem, czy kiedykolwiek się zmienię. A wielkich wyjść w swoim życiu prawie nie miewam. Mimo to, moje usta są ci wdzięczne za te komplementy. Aż się uśmiechnęły.

      Usuń
  10. ech, Ami (mogę tak do Ciebie mówić??) tych aparatów to ja Ci bardzo ale to bardzo zazdroszczę!!!!!
    uwielbiam robić zdjęcia, aczkolwiek sprzętu mi odpowiedniego brakuje :(
    a w okularkach wyglądasz ślicznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możesz, nie zabronię, skąd. Nawet ładnie. Aparatów mam a raczej ma je Em., ale panuje u nas wspólność majątkowa i nie ma znaczenia czyje one. Ważne, że ja się do nich nie tykam, bo mi się nie chce i czasu nie mam na nauki i kursa. Okulary zaś to moja nieodzowna część facjaty, bom ślepa z urodzenia ;).

      Usuń
  11. Dziękuje za fotorelacje, takich stacji w Polsce cała masa, daleko nam jeszcze do zachodnich krajów, u mnie wygląd podobny, jak wracam to mam doła, że w moim mieście to jeszcze dużo pracy trzeba włożyć, aby było czysto i ładnie. A niby miejscowość turystyczna, eh.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie am za co Karro. W ramach odmiany wrzuciłam tych kilka byle jakich zdjęć, bo choć lubię foto, jednak wolę słowo pisane. lepiej się w nim "czuję". Twoje miasto na północy czy południu, wschodzie czy zachodzie? Bo wydaje mi się, że chyba wschód bardziej w tyle, ale też niekoniecznie...

      Usuń
  12. Najważniejsze, że jesteście już razem. Piękne buty :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Butki jak z papieru, takie lekkie. Zobaczymy jak się sprawdzą w praktyce. Nie przepadam za takimi totalnie płaskimi i nie jestem fanką balerinek, ale te są wyjątkowe, więc może polubię.

      Usuń
  13. Wiesz co... jakbyś miała tui wstawić tylko foto, to ja bym nie miała po co tu zaglądać! Tak jak sama uwielbiam pisać, tak lubię czytać - a Ciebie szczególnie :) Powiedz mi, ile to Wasze Grajewo ma mieszkańców? Bo chyba nawet u nas przy ledwo ponad 9 tysiączkach w Da Grasso (i innych pizzeriach) zwykle ktoś jest. Jeden, ale się trafia :P

    Poza tym ten wasz PRL wygląda mimo wszystko całkiem sympatycznie. A jeszcze sympatyczniej wygląda uśmiechnięta Joanna od Aniołów (które uśmiechu zazdrościć Ci mogą!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nasz Gr. ma około 23 tys mieszkańców, Ano. W Da Grasso chyba pierwszy raz było tak pusto podczas naszego pobytu. Czasem zupełnie nie ma miejsc. Może specjalnie dla nas taki luz, hi hi. Kiedy wychodziliśmy, już się tam ktoś przypałętał. Poza tym w Gr. jest chyba z 5 czy 6 pizzerii. Jak na takie małe miasto - sporo. My zwykle jadamy w Da grasso właśnie lub w Savonie. Da Grasso mamy na drugim końcu miasta, Savonę bliziutko.

      Mnie ten PRL za mocno nie bulwersuje ;). Przynajmniej jest "klimatycznie", a na naszej stacji to jest kwestia jedynie kupienia biletu, wejścia do pociągu i jak się wraca wyjścia z niego. Ale duży budynek mogliby jednak zagospodarować...

      Usuń
    2. Aż policzyłam pizzerie u nas (kebaby pominęłam;). Jak na nasze o połowę mniejsze miasto, mamy 4-5 knajp o standardzie pizzerii - to u Was jest sporo, tak? ;)
      U nas najbliższa stacja jest w mieście (miastem jest bodajże 3-4 lata;) 8 km od mojego i nie wiem, czy jest tam choć w połowie tak klimatycznie, jak u Was. W każdym razie, bilety to tylko u konduktora :)

      PS: Uff, zaległości (chyba) nadrobione!

      Usuń
    3. Ano, dla mnie sporo, bo i tak odwiedzam głównie 2 sprawdzone. Wiem o 4 pizzeriach, ale są i inne lokale, a ile ich wszystkich dokładnie - jak bum cyk cyk, nie wiem ;).

      Nadrobione ;).

      Usuń
    4. Wiesz... ja w swoim mieście "korzystam" właściwie z 2 pizzerii, a poza tym to wiem tylko, gdzie jest Rossmann (a co w galerii - tak, mamy nawet galerię! - obok, to już niekoniecznie;), dwie biedronki, biblioteka i dworzec PKS. Więc może i ja nie wiem, ile tych knajp jest ;)

      Usuń
  14. Och... w Pszczynie też jest ładny budynek dworcowy... a obok również baraczek.... ale remontują nam ten dworzec :) wygląda coraz piękniej... ciekawe co w nim będzie ;)

    P.S. Słoma z owsa dla krów powiadasz... ;D to jak nazywacie to, co jedzą ludzie i jest z płatków owsianych? :)
    Ja podgrzewam mleko, dosypuję płatków owsianych, zagotowuję... zostawiam, żeby troszkę sobie pobulgotało kontrolowanie, a następnie dodaję dodatki ;D miód, żurawinę, orzechy... et voila!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cokolwiek by nie było, byle by wyremontowali i tchnęli w niego nowe życie!

      Na temat owsianki zaś już Ci odpisałam u Ciebie :))).

      Usuń
  15. uwielbiam taki zapyziały prl, a dworce w szczególności. mam do nich słabość, głównie zdewastowanych, zmurszałych, ale żeby nie było "ja, mnie, u nas" dodam, że te kwiaty w geście mężczyzny to podobno relikt przeszłości (twierdzą wyemancypowani, młodzi ludzie) lub oznaka snobstwa i sztywniactwa klas wyższych (zdaniem skąpców i leniwców nie dbających o atmosferę). czy to taka wielka różnica, czy kwiaty są zakupione samodzielnie, czy wręczone? ważne, żeby mężczyzna był partnerem na co dzień, a nie od święta

    gdyby kiedyś jednak te herbaty... to ja chętnie dopiszę się do listy kupujących (oby nie owocowe i imbirowe)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No proszę! Podoba mi się Twoja słabość. Dla mnie to codzienność - ten nasz PRL-owski dworzec, choć ja mało podróżuję, ale blisko niego mieszkamy i często łazimy tam na spacery. Uwielbiam. Żal dużego budynku, ale ogólnie klimat tego miejsca jest dla mnie bardzo pozytywny. A już pani (lub pan) w kasie - klasa. Pomocni, mili, sympatyczni. Reszta jest jakby drugorzędna.

      Z tym "ja , mnie i u nas" to czasem zaś jest problem, bo aż człeka korci, by tak zacząć i o sobie napisać. Leci się jak z automatu. Czasem jednak nie da się skomentować inaczej, czasem autor wręcz sam takiego sposobu oczekuje, często jest to fajne, bo poznawcze... U mnie, w tych tworach wielowątkowych (jak wyżej napisałam do Tesi) to nawet trudno się do wszystkiego odnieść. Ale ja nie nawet tego nie wymagam.

      Jak dotąd przywoził zwykłą, czarną herbatę, bo tych smakowych to i my nie tolerujemy (wyjątek Earl Grey, ale ona w Indiach nie jest chyba popularna). Najlepsza jest ponoć Darjeeling. To nazwa i zarówno region w północno wschodnim, górskim, czystym zakątku Indii. Podobno również niezwykle pięknym. Jest to względnie niedaleko Kalkuty (względnie, bo tam odległości i wielkości mają jakby inny wymiar niż tu u nas...), więc gdybym kiedyś w końcu wylądowała w kraju ojca moich dzieci - Darjeeling jest na mapie odwiedzin. W związku z tym, możliwe iż osobiście przywiozę wór herbaty i chętnych tu obdzielę. Jeśli zaś dostanę pocztą od teściów czy jakimś innym sposobem - mam Cię na uwadze.

      Usuń
  16. Boskie zdjęcia! Takie klimatyczne... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wow, Magdo, to niemal zaszczyt dla mojego telefoniku, że zdjęcia jakie cyknął określasz takim boskim słowem. Gracias!

      Usuń

Dobre słowo zawsze mile widziane :-).