czwartek, 27 lutego 2014

I oto pękł niejeden pąk

Nie odstałam od tradycji. Najpierw pochłonęłam pączka od kolegi z pracy, a potem kupionego sobie samej (no i kolegom - w rewanżu). Jadam takie rarytasy kilka razy do roku i pewnie łatwiej policzyć te razy na palcach jednej niż obu rąk, ale jednak TEŻ mam na ich temat, dajmy na to, 3 własne zdania. Otóż więc tak:

Zdanie pierwsze i zasadnicze: 

Lubię pączki z nadzieniem li tylko owocowym - marmolada, konfitura, powidła, cokolwiek byle owocowe i lekko kwaskowate. Delikatny kwasek w środku łagodzi bowiem wszystkie te lukry, cukry pudry i inne lepkie pomady i posypki jakimi traktuje się pączki z zewnątrz. Tymczasem, oba moje dzisiejsze egzemplarze nafaszerowane były budyniem i jakąś dziwną masą karmelową. W konfrontacji z taką zawartością naciskam "nie lubię" i dodaję do tego co najmniej 3 wykrzykniki (o tak: !!!). Myślę sobie: u licha, czy ktoś w ogóle takie pączki lubi? Nadziane nie-marmoladą-konfiturą? I jakby w odpowiedzi na swoje pytanie słyszę w radiu sondę uliczną. Pytają ludzi - a jakże! - o ulubione pączki. Dwie pierwsze z brzegu odpowiedzi brzmią: z budyniem!, z bitą śmietaną! O fuck, znów myślę sobie. Że są z budyniem to już wiem, bom zjadła, ale że z bitą śmietaną? Jak jednak widać, niezbadane są wnętrza pączków i nieograniczona jest fantazja cukierników w wymyślaniu coraz to mniej koszernych ich wypełnień. Ja jednak nie. Nie idę tutaj z duchem czasów. Jestem staromodna i zupełnie niereformowalna. Marmolaaaady!

Zdanie drugie, nie mniej zasadnicze: 

Nie rozumiem całej tej "otoczki" przy okazji Tłustego Czwartku związanej z niechybnym nabieraniem tzw. zbędnych kilogramów. "Ile już pączków zjedliście?". "A wiecie ile to kalorii?". "A wiecie ile i jak trzeba ćwiczyć, żeby te kalorie spalić?". Wiemy! Zjedliśmy już 2, w domu z chłopakami zjemy jeszcze trzeci a jak dobrze pójdzie to na kolację jeszcze czwarty, który - żeby dopełnić kalorycznego bólu - popijemy tłustym mlekiem. Zadbamy przy tym, żeby pączek trzeci i czwarty był - rzecz jasna! - z marmoladą - choćby najniższej klasy, a nie z kremem czy bitą śmietaną - choćby klasy najwyższej. Nie wiemy, ile kalorii mają 4 pączki i wiedza taka do niczego nie jest nam potrzebna. Bo czy naprawdę można spaść się jednego dnia? Nawet jeśli nie polecimy w te pędy spalać tych pochłoniętych pączków, faworków i oponek na siłownię/bieżnię/rowerek/lodowisko (to ja! to ja!), a rozciągniemy się na kanapie i będziemy sobie leniwie pączkować przed TV/laptopem/mężem/kocem, to czy powstała w ten sposób dookoła naszej kibici... oponka (ze słoninki, ze słoniki) naprawdę powstanie teraz? po tych 4/5/6 pączkach? Ja w tę teorię NIE WCHODZĘ! Na lodowisku byłam wczoraj. Ryłam po nim ząbkami (łyżewek nie paszczki) przez godzinę. W związku z powyższym, moje dzisiejsze pączki zostały spalone już wczoraj. Zresztą, kto się tym w ogóle przejmuje? I po kiego groma liczyć kalorie wtedy, kiedy udzielono na nie dyspensy? 

Zdanie trzecie i ostatnie. 

Bardzo osobiste. Prywatne i subiektywne. Najlepsze pączki robił KTO? Wiadomo. Swego czasu robił je nawet nader często. Najczęściej w niedzielę. Jeszcze w naszym starym domu. Z konfiturą z własnych, przydrożnych wiśni (różnią się od tych typowo sadowniczych!). Oj, wisiało się w sezonie na czubku wiśni a potem wydrążało pestki agrafką bądź wsuwką do włosów... JEJ pączki nigdy nie były z lukrem. Zawsze z pudrem. Z dużą ilością jajek prosto z kurnika. Jak się trafiało jajo gęsie lub kacze czy/i perlicze - tym lepiej! Stół z gotowymi pączusiami do wyrośnięcia stawiało się przy kaflowym piecu, pączki nakrywało ścierkami i... często podkradało i zjadało na surowo. Piekło/smażyło na ogniowej kuchni w starym, specjalnie do tego poświęconym prodiżu. Świeże i ciepłe jadło się bez ograniczeń - ile brzuch pomieścił. Najczęściej popijało się zimnym (oczywiście, że swojskim) mlekiem. Na drugi dzień były równie dobre. Miała w zwyczaju zawsze dondrać/dądrać (nie znam zapisu, znam wymowę) na swoje wypieki i wyroby. Zawsze miała do nich jakieś a'le. Zawsze zastrzeżenia. A to za słone, a to za słodkie, a to za twarde, a to za miękkie, a to takie, a to śmakie. Trzeba było utwierdzać ją w przekonaniu, że wszystko jest super (a przeważnie zawsze było!), a Ona i tak szukała dziury w całym. Nie brakło Jej przy tym poczucia humoru, bo jednak miała do siebie dystans. Nie pamiętam, kiedy ostatnio robiła pączki, ale pamiętam że jeszcze zanim przeniosła się o poziom wyżej zapowiadała, że znów się zaweźmie i nam napiecze. I nie napiekła... choć piwnica ciągle słoikiem z wisienkami stoi... 

Raz po raz uświadamiam sobie, że wraz z Jej odejściem, odeszło też wiele z naszych domowych smakołyków. Nikt już ich nie zrobi. Nikt. 

Czy ja umiałabym upiec pączki? Pewnie tak, bez względu na to, czy wyszłyby mi jadalne czy nadawałyby się jedynie do gry w krykieta, to upiec bym upiekła... Może kiedyś spróbuję, choć powszechnie wiadomo, że jak istnieje cukiernia Mistrza Jana, tak cukiernia Mistrza Joanny raczej nigdy nie wypączkuje ;-).

No to ludzie! Obżerajta się ile wlezie! Pączki oraz ich kuzyni wcale nie mają kalorii. A jeśli mają to są to kalorie puste! PUSTE! czyli żadne! A zatem - smacznego! Na pohybel niejakiej Chodakowskiej. A co!

38 komentarzy:

  1. O tak - nic nie umywa się do pączków własnej roboty.

    Faktycznie - te z klasycznym nadzieniem, tj. z różą lub marmoladą są najlepsze, ale ja jadłam dziś dwa ze śliwką (nowatorki pomysł jednej z popularnych cukierni - stałam w kolejce pół godziny!) i były naprawdę wyborne!

    Jednak połączenie róża + cukier puder wygrywa!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Śliwka też owoc, więc jak najbardziej!

      Usuń
  2. Jeju! I z jajem, i nostalgicznie - jak ja lubię czytać Twoje opowiastki! :) Mnie w tym tygodniu domowe pączki pewnie ominą, ze względu na ostatki do domu wrócę zapewne w sobotę, a tradycyjne pieczenie jest w tłusty czwartek, a potem we wtorek przed popielcem. Sama niespecjalnie mam warunki - zresztą, tylko dla siebie trudno piec pączki, bo ile ja sama zjem? W sumie, w pracy nie ma właściwie osób na diecie, ale teraz połowa działu na urlopie albo w rozjazdach - kto by je zjadł? :)
    PS: Dietom mówię stanowcze nie! Zawsze. Figurę mam idealną, a komu się nie podoba, nie musi patrzeć :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, tłusty czwartek i zapusty - wtorek przed Popielcem ;). Dla mnie ta tradycja pozostała jednak w starym domu - u mnie to już nie to samo... I też: kto by to zjadł? No, w sumie można zamrozić ;)>

      Usuń
    2. To jak się wybiorę na tę sesję, to zrobimy ją z pączkami! Ja jem dużo (choć nieprzesadnie;)

      Usuń
    3. Jeżeli będziesz grała pierwsze skrzypce przy ich robieniu - zgoda! Ja będę Twoim kuchcikiem ;).

      Usuń
  3. To ja "wysyłam" Tobie Kochana jednego z taką kwaskowatą konfiturą - porzeczkową, produkcji wiadomo kogo ;)
    Myślę, że będzie smakował :)
    Zastrzeżenia co do smaku/wyglądu/jakości też były, of kors.
    I tak sobie myślę, że to właśnie te "uwagi" dodają im smaku :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Porzeczkowa - super! Ja w tym roku muszę narobić porzeczek w słoiki, bo już niemal "wyszły", a są jednak niepowtarzalne - choć zarazem niezbyt już chyba popularne...Niesłusznie!

      Usuń
  4. Czytajac Twoje wspomnienie opieczeniu paczkow przez mame, przypomniala mi sie moja babcia, ktora w podobny sposob paczki piekla. Ile radosci byl przy tym oczekiwaniu na nie, a jakie pyszne byly,
    oczywiscie z marmolada.Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to był taki rytuał Ago. Ja miałam przy nim też swoje zadania, ale jednak wiadomo - mama wiodła prym ;).

      Usuń
  5. Kochana wysyłam Ci talerz pączków roboty mojej teściowej...a jakże :)
    Ja pączków nie lubię,więc swoim przydziałem się dzielę...ale,ale...wrąbałam czekoladę, więc świętowałam ten dzień pączka na swój tłusty sposób! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twoja teściowa najwyraźniej lubuje się w wypiekach ;).

      Usuń
  6. Generalnie pączków nie lubię i nie jadam. Ale kiedyś, kiedyś, w grzesznej młodości, jadałam pączki kupowane u Bliklego - z nadzieniem z róży i tego nadzienia było naprawdę sporo, a lukru cieniuteczko. Z czasem się niestety popsuły, nadzienia różanego jest dosłownie kropla, lukru zaś dużo. Pączki z budyniem - powiało zgrozą. Z budyniem to się piecze babeczki. Pączek ze śmietaną ?-Chyba ktoś z ptysiem pomylił. Będziesz robiła pączki i z pewnością będą udane i Twoje dzieciaki też będą je potem z rozrzewnieniem wspominać.
    Miłego, ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anabell, ja też jadam raz na ruski rok, ale czasem się jednak skuszę. A to nadzienie... cóż, jak widać moda się zmienia również w tym względzie :). Ja, być może kiedyś się skuszę, by samej zrobić, ale muszę do tego pomysłu - dorosnąć ;).

      Usuń
  7. Ja też jestem staromodna, czy starej daty - jak kto woli ;) bo żadnego pączka jak tylko z marmoladą, nie zjem!
    I nie mogę sie nadziwić, jak moja Emilka wcina go z czekoladą!
    Dziś jednak do domu, kupiłam tylko te tradycyjne, no bo raczej się nikt nie doczeka, upieczonych przeze mnie ;))

    OdpowiedzUsuń
  8. uwielbiam takie wspominki z przeszłości... i pamiętam moją babcię, która już nie żyje lat 20 i robiła najlepsze pączki na świecie... piekła je w tzw. bradrule (to po śląsku) w piecu kaflowym....
    a moja siostra potem trzy dni czekała, żeby takiego pączka zjeść, bo najlepiej to lubiła właśnie takie... dojrzałe ;)
    ech... to se ne wrati ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W piecu kaflowym? Pierwsze słyszę, ale brzmi ciekawie! Co region to obyczaj i inna kuchnia...

      Usuń
  9. coraz częściej utwierdzam się w przekonaniu, że twoja mama była swoistym perpetum mobile, wokół którego kręcił się świat, ale wyłącznie dzięki jej wysiłkowi i poświęceniu. czy nie warto trochę się poświęcić i zacząć kultywować pewne drobne tradycja? dla niej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kultywuję, Lucy, jak najbardziej. Ile tylko jestem w stanie. Chyba najbardziej z nas wszystkich. Nadal jeżdżę na wieś, gdzie sprzątam, gotuję, uprawiam po niej ogród, "organizuję" święta itp, itd. Ale kaszanki, salcesonu z całego świniaka czy rolady z cielaka raczej nie zrobię - bo niestety, już nie ja tam jestem gospodynią no i - nie wiem, czy dałabym radę, choć zawsze asystowałam mamie przy tym wszystkim. Sytuacja się zmienia, czasy, ludzie dookoła... Stąd też pamięć o mamie staram się kultywować zapisując co nieco. I tak jestem ciągle rozdarta między dwoma domami - tu i tam. Naprawdę ciężko to czasem ogarnąć, ale tak jak piszesz - przez wzgląd na nią - staram się. Jej było to całe życie, ten P., choć na pewno nie takiego życia oczekiwała...

      Usuń
  10. Paczek tylko z marmolada! Wczoaraj zjadlam DWA!!!
    Serdecznosci
    Judyta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jednak też poprzestałam na 2, Judith ;-).

      Usuń
  11. Kalorie nie istnieją! Czy ktoś kiedyś widział kalorie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nikt nie widział a tylu z nimi walczy... ech!

      Usuń
  12. Wiesz, ze fakt mieszkania "daleko" sprawil, ze tlusty czwartek poszedl w zapomnienie ???
    a czytajac Twoj tytul- pomyslalam o jakies galezi drzewa owocowego i TAKIM paku hahahahahha :))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Drga Lux! Powiem Ci szczerze, że chyba bardziej cieszą mnie pąki na drzewach niż te na stole ;). W Polsce jednak, o takim tłustym czwartku nie da się zapomnieć, bo wszelkie media alarmują już od rana.

      Usuń
  13. Nie myślałam,że kiedykolwiek usłysze,ze ktoś tak jak ja nie fascynuje się nową modą na pączki z bitą śmietaną,tofi czy czekoladą.Nie ma to jak nasze tradycyjne,a najlepiej domowe pączki.Moje ulubione z różą albo nadzieniem owocowym.Te wszelakie donatsy się nie umywają!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pełna zgoda :-) Ja kupiłam po dwa pączki na głowę i te dodatkowe sztuki przeleżały do następnego dnia, bo kupione pączki nie kuszą. Moja mama często smaży domowe więc jestem wybredna :-)

      Usuń
    2. Jak jednak widzisz Simero - tradycjonalistek jest wiele więcej niż tylko my dwie! A tak poza tym - miło Cie tu "widzieć" :).

      Usuń
  14. Amisha, sprawy realne dziwnie wikłają się z blogowymi... Od pewnego czasu z większą uważnością patrzę na swoją mamę. W sumie, chyba zaraz wpis popełnię, bo od pewnego czasu chodzi mi taki po głowie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tesiu, ano wikłają się... Ja o Mamie piszę tym więcej, że Jej historia już się zakończyła i już nic nowego ponad to co było, się nie stanie... Czekam zatem na ten Twój wpis!

      Usuń
  15. A mnie gdzieś cały Tłusty Czwartek przeszedł koło nosa, poległam z gorączką i nie miałam sił skubnąć jednego faworka nawet, a co dopiero mówić o pączku ;)
    Niemniej zgadzam się z faktem, że coś takiego jak pączek toffi czy z budyniem czy inną bitą śmietaną (whhhhaaattt???) to już nie pączek i nic nie zastąpi tych prawdziwych z marmoladą! A co dopiero za szczęście, kiedy jeszcze w domu ktoś nam je przygotuje i możemy podkradać takie ciepłe, że nawet cukier puder nie jest w stanie się na takim utrzymać!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No! Wiedziałam, że dołączysz do tych co z żadną tam bitą śmietaną itp, itd, a ze zwykłym owocem - czy to konfitura, czy marmoladka ;).

      Tłusty straciłaś, ale jeszcze jutro też jest taki special day, więc możesz sobie odbić :).

      Usuń
  16. ja spóźniona, ale na pączki nadal patrzeć nie mogę, to tylko chwilowo, bo tak w ogóle to lubię, nawet bardzo, ale nie żeby za często.
    w kwestii pierwszej: popieram, tylko z marmolada z czym innym to "wyrób pączkopodobny";)
    po drugie: w tłusty czwartek to głupota z tymi kaloriami, jak masz liczyć to nie jedz, jak jesz paczki codziennie to te z tłustego czwartku niewiele już "doszkadzą" pewnie, a jak nie jesz prawie wcale to nie wiem czy nawet te kilka raz w roku od razu spowodują dodatkowe kilogramy, widocznie niektórzy lubią się tak chłostać
    a po trzecie: domowe... niedoscigniony wzór, choćby nie tak śliczne, kształtne, wymuskane to i tak najlepsze na świecie. Och ile bym dała za takiego pączka mojej babci?!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojojoj, Stokrotko, jesteś kolejna, co lubi pączki tradycyjne :). A kalorie - no rzecz jasna, że nie pójdą w ciało tylko li za przyczyną jednodniowej uczty. To się przecież zbiera przez jakiś czas! I nie tylko za sprawą pąków, choć te mają nieco tej energii w sobie ;-).

      Ja naprawdę tylko wyjątkowo sięgam po te specjały, ale w domu to było co innego.... Samo ich przygotowywanie to był pewien rytuał, łączą mi się z tym wszystkim fajne wspomnienia a i smak tych pączków był taki wyjątkowy! Taki swój, jedyny i niepowtarzalny :).

      Usuń
  17. A ja muszę przyznać, że zarówno pączki, jak i faworki jem stosunkowo od niedawna, bo przez długie lata ich nie lubiłam. Do faworków w końcu się przekonałam, ale pączki wcinam rzadko i tylko w wersjach nietypowych - np. z białym serem, z bitą śmietaną, z adwocatem itp. Jakoś nie pasuje mi standardowe połączenie tłustego pączka ze słodkim dżemem i lukrem. No ale może z biegiem lat smak mi się zmieni... ;)

    Pozdrawiam,
    Sol

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesteś więc odpowiedzią na nowe trendy, Sol ;-).

      To z białym serem też są???

      Usuń

Dobre słowo zawsze mile widziane :-).