piątek, 23 maja 2014

Ready to fly? So, let's fly!

Samolot linii lotniczych LOT zmierzający w rejs do Amsterdamu, jest gotowy do przyjęcia Państwa na pokład...

Uff, nareszcie. 

No bratku - mrugam do niego oczkiem z oddali - idę do Ciebie! więc mnie tam zaraz przeleć, a jakże! Tylko bezpiecznie proszę, bez-pie-cznie! Po czym, po ostatecznym sprawdzeniu karty pokładowej biegnę sobie rękawem w dół do... autobusu. Tak, najpierw autobusu, gdyż albowiem bezpośrednio z rękawa do samolotu wsiedli podróżujący do Brukseli. W autobusie tłum. Spocony tu i ówdzie, nie zaprzeczę, jednak stoję sobie pokornie w kąciku i trzymam się rury. Jakoś to zniosę. Nie patrzę w swój telefon jak - jednak!- spora część osób, a raczej obserwuję kątem oka swych współtowarzyszy. Dzisiaj pamiętam z nich już tylko rosyjską rodzinę w złotych zegarkach i markowych ciuchach oraz chłopaka o ciemnej karnacji z plecakiem wiszącym mu na jednym ramieniu, który to chłopak snuł mi się często na lotnisku pod nosem. Reszta z tego autobusu, jakoś już mi się rozmyła... 

Niskopodłogowiec podwozi kiwającą się w prawo-lewo, tył i przód gawiedź i puszcza blokadę drzwi. Jak na pasażerów samolotu, na który każdy ma bilet i przypisane miejsce, to uważam, że trochę za bardzo się pchają... Nie cierpię ocierać się o cudze krągłości, wypukłości tudzież wklęsłości, jak też być szturchana przez ich torby i nesesery... Ale cóż ja biedna, mała i bezbronna... Wypływam z tym tłumem na zewnątrz i z wielką przyjemnością szybko ogarniam wzrokiem samolot. Bo mam okazję tak z bliska... Piękny jest. Może i nie żaden olbrzym, ale też i nie marna awionetka, o nie! W międzyczasie łapię wzrokiem wznoszący się tuż obok ogromny samolot Lufthansy. Uwierzcie mi - JA SIĘ TYM NAPRAWDĘ FASCYNUJĘ! Ogarnia mnie jakaś błoga ekstaza kiedy widzę te wielkie, ciężkie maszyny wzbijające się lekko w niebo. Boże, myślę sobie, Ty jednak naprawę uczyniłeś człowieka istotą doskonałą, skoro on takie dzieła potrafi tworzyć... Człowieku! Jesteś naprawdę... 

Wredny, ślepy i jeszcze gorszy niż ze wsi! Bo nagle niemal w tej samej chwili nadepnąłeś mi z tyłu na balerina tak, że mi się całkowicie z nogi zsunął i ledwo go przytrzymałam na schodku! I ani be, ani me, ani sorry, ni izwienicie, ani pardon, ni pocałuj mnie w dupę! Nic! Światowcy, cholera jasna! Toż mnie aż siódme poty oblały jak sobie wyobraziłam, że ten balerin spada mi ze świstem pod kółka samolotu (nie daj Boże kogoś tam po drodze wali w łeb) i muszę w tym jednym pozostałym bucie a w drugim bez (nie poprawiać, forma poprawna ;-)), przedzierać się abarot na dół i potem włazić jeszcze raz. I może jeszcze pośmiewisko z siebie robić! Ledwo zaś założyłam uratowany od upadku but, jeden schodek przede mną zatrzymał się nagle jakiś żeński kolos rosyjski. Stanął tak na tym schodku, odwrócił się kolosalnym brzuchem i takimże cycem przodem do mnie, a wielkim zadem do samolotu i począł konwersować z - wywnioskowałam, że synem, który stał dwa schodki za mną. Nijak to-to wyminąć, bo całą szerokość schodów zajmuje, nijak to-to pognać, bo kija nie ma, a pewnie by i nie poczuło jakbym walnęła, bo powłoka lipidowa wielowarstwowa, nijak to-temu zwrócić uwagę, bo samo ma tak donośny głos, że mój pokorny i cichy to się w jego samym echu schowa, ni to-temu na stopę nadepnąć, bo pomyśli, że robak mu wlazł i jeszcze strząchnie z rozmachem, że wpierw polecę ja, a potem ci co za mną - jak domino... Kto oglądał film "Norbit" z Eddim Murphy? No, to jesli ktoś oglądał, to niech sobie wyobrazi, że w obliczu ten-tego czułam się właśnie jak ten Norbit w obliczu Rasputii... I gdyby nie mąż tej Rasputii, który delikatnie zwrócił jej uwagę, by się nastąpiła, to ja nie wiem, ile spóźnienia by miał nasz samolot (a trochę i tak miał). 

Rasputia męża posłuchała, wciągnęła kilka fałd do środka i przepuściła mnie łaskawie, po czym wtoczyła się za mną razem z tym mężem i synem, nadal głośno rozgawarywając pa ruski.

Powitana serdecznie przez stewardessy (ze wzajemnością, ze wzajemnością), pokulałam się szukać swojego miejsca. Po prawej stronie, przy oknie, blisko skrzydła. Do towarzystwa miałam jakiegoś blond średnio-młodzieńca w szortach, T-shircie i ze starodawną nokią (zwróciłam na nią uwagę w obliczu iPhonów u Ruskich i samsungów u reszty). Na Polaka mi wyglądał i Polakiem się okazał. Ciął komara prawie cały lot. Miałam wrażenie, że na nim ten lot zupełnie wrażenia nie robi, a wręcz, że źle go znosi. Darmową wodę roznoszoną przez stewardessy pił w ilości większej niż inni, więc pomyślałam, że może po prostu ma kaca. Ale tak na wieczór, po 20-stej? W każdym razie - nie przeszkadzało mi jego nieobecne towarzystwo wcale a wcale. Każde z nas było oddzielnym, niezależnym od siebie bytem pogrążonym w świecie własnych myśli i bezmyśli. Niemniej jednak zapamiętałam go, bo przecież pasażer obok mnie, nie mógł tak całkowicie ujść mojej wścibskiej uwadze.

Najbardziej emocjonującą chwilą lotu jest dla mnie... start. Wciska wtedy troszeczkę w fotelik i móżdżek się spina, ale ja lubię. Lubię jak samolot kołuje, ustawia się na start, potem daje czadu, jedzie, jedzie i uuuuupppp do góry... Płynnie, spokojnie i dziobem w chmury. Przylepiam wtedy ryjka do szyby i patrzę na malejący pod spodem świat. Nie przeraża mnie też, kiedy samolot skręca i nieco przechyla się na bok. A pomyśleć, że kiedy w ubiegłym roku dałam się namówić na "przejażdżkę" pewną potworną (dosłownie!) karuzelą, która wyrzucała śmiałków na siedzeniach w niebo i kręciła nimi jak wściekły byk ogonem, to poprzysięgłam sobie, że po tym, to ja już nigdy nawet do samolotu nie wsiądę! Ale samolot przy tym diabelstwie, to jak szparag z wody przy papryczce habanero z pestkami i na surowo. Dosłownie!

Kiedy aeroplan wzbił się na odpowiednią wysokość, czyli porównując (po mojemu!) do ruchu lądowego - objechał kraki maki, drogi dojazdowe i wjechał na regularną autostradę - odezwała się stewardessa. Mówiła tak konspiracyjnie cicho i takim tonem, jakby brała lekcje u Jolanty Kwaśniewskiej. Nie powiem, jej głos był taki jakiś... spokojny i relaksacyjny (czyli chyba bardzo odpowiedni na statek powietrzny), ale jednak zdecydowanie zbyt cichy! Samolot może i nie warczy jak spaliniak czy agregat od prądu, ale jednak huczy, więc pani powinna sobie potencjometr głośności podkręcić. Bo ja lubię słuchać, co oni w tym samolocie mówią. Przeważnie mówią to samo..., no ale ja przeważnie nie latam co tydzień, tak? Jakiś czas po stewardessie odzywa się pan pilot kapitan. Przedstawia się, mówi na jakiej wysokości lecimy, z jaką prędkością i ile potrwa lot. Czyli, o ile dobrze zapamiętałam: lot na wysokości około 12 tys metrów, prędkość około 800 km na godzinę, czas lotu jeszcze około 1 godziny. "A teraz, proszę Państwa, przelatujemy nad Berlinem". Ooo, myślę sobie, ja jeszcze do końca nie pożegnałam się z Warszawą, a tu już Berlin? I tutaj znów zaczynam zachwycać się człowiekiem jako dziełem bożym doskonałym... Ten, kto wymyślił samolot jest moim bohaterem, a pięknie oświetlony Berlin chłonę z góry jak... gąbka :). Białe, pierzaste, włóczkowate jak rozciągana wata cukrowa chmury i obłędny błękit, będę miała okazję pooglądać z bliska dopiero podczas lotu powrotnego.

Skończyły się czasy, kiedy w cenie lotniczego biletu był darmowy posiłek, napoje, winko, piwko i co tam kto sobie życzył. Teraz jest płatny catering z katalogu oraz darmowa... woda i małe prince polo. Wody się napiłam, wafelka schowałam do torby i ujrzał on światło dzienne dopiero po moim powrocie do Polski. Spasłam go (a raczej je, bo łącznie z tym powrotnym miałam dwa) chłopakami, które w przeciwieństwie do matki, za słodyczami są zawsze YES, YES, YES.

Obserwacje, różnorakie przemyślenia oraz krótki relaks z zamkniętymi oczyma... i... lądujemy. Podczas, gdy trasa Grajewo-Warszawa by pekaes Suwałki ciągnęła się jak flaki z olejem, tak trasa Warszawa-Amsterdam by embraer LOT - dosłownie - przeleciała jak wściekła zielona mucha. Migiem. Lądowanie też jest fajne. Im niżej, tym bliżej, wiadomo. I nawet jeśli lot to czysta przyjemność, turbulencji nie ma, strachu też nie, to... jednak człowiek jako stworzenie ziemskie, najlepiej czuje się właśnie na ziemi. Stąd też, kiedy kółeczka samolotu zaturkoczą na płycie lotniska, mniemam, że każdy oddycha lżej ;-).

Wylądowany samolot bardzo długo jedzie na swoich kółeczkach do rękawa, przez który wypuści pasażerów... Dłuuuuugo! Kurde, myślę sobie, on jedzie prawie tak długo jak ja z Grajewa do Pastorczyka! Ale nic dziwnego, amsterdamskie lotnisko jest naprawdę wielkie. Jakżem oblukała w źródłach, to chyba 4 w Europie i jakoś tak 16 na świecie. A w ogóle największe to te w... Atlancie w USA. Gdybym nie sprawdziła, to bym nigdy nawet nie zgadła! Ktoś mądrze powiedział, że podróże kształcą. Bo kształcą!

Samolot opuszczam z ulgą. Jestem już zmęczona i głodna. Podążam za tłumem w kierunku hali odbioru... no, ten tego, słoni. Trzeba cholernie długo iść, żeby tego słonia odebrać. Dosłownie jak przez dżunglę. U siebie doszłabym w tym czasie z domu do roboty, a wcale nie mam tak blisko. Lotnisko o tej porze dość już pustawe. Godzina 22.30 Piszę smsa do Bet, żem wylądowała cało, a ona mnie pyta (a raczej jej Bart) czy już jeździłam rowerem i jarałam zioło (no ludzie!!!) i informuje, że moje chłopaki smacznie już śpią. Czyli - wszystko jest jak należy, idzie jak po maśle. 

Mój słonisko ma jedną ważną zaletę - czerwony kolor. Agresywnie więc rzuca się w oczy. Kiedy doczłapuję do taśmy z krążącymi bagażami, od razu wyłapuję go wzrokiem pośród innych, przeważnie czarno-szaro-burych waliz. Łapię go za ucho, ściągam z taśmy i prowadzę do wyjścia. 

Ciekawe, czy tym razem Em znów nie stoi gdzieś za węgłem z ukrytą kamerą... Bo tak właśnie zrobił, kiedy poleciałam do niego do Amsterdamu w 2007 roku. Kręcę się wtedy z walizką, łażę tam i z powrotem, rozglądam, usiłuję słać smsy, wkurw mi rośnie, a jego ni widu, ni słychu. I nagle wyrasta mi pod nosem z kamerą wycelowaną prosto w twarz. 

I will kill you! Takimi słowami go wtedy przywitałam i do dziś jestem nimi szantażowana ;-).

Tym razem to ja zachodzę go niemal od tyłu, bo widzę jak wypatruje mnie w innych, niż te którymi wyszłam, drzwiach. 

Welcome in Amsterdam, sexi woman! 

Welcome, welcome, crazy man.

Nie widzieliśmy się półtora miesiąca, ale dla mnie to już pestka. I tak mam wrażenie, że widziałam go najdalej... wczoraj? No, ok, przedwczoraj ;-).

Nie powiem jednak, że nie jest miło i przyjemnie znów się spotkać. I to w takich międzynarodowych okolicznościach ;-). 

Jestem podekscytowana, ale przede wszystkim głodna. W jednej z lotniskowych jadłodajni zamawiamy gorące take away, czyli danie na wynos. Ryż z krewetkami. 15 euro... Ha! A mnie przerażała kanapka za 19,99 zł... Nie przepadam za owocami morza, ale tym razem się skusiłam. Przecie nie zawsze muszę tylko wieprza, woła, kurę, kaczkę czy gęś, tak? 

Czekamy na nasze danie, gapimy się z uśmiechami na siebie nawzajem, a ja dodatkowo - co robię? - no wiadomo - rozglądam się dookoła. Jestem jak sokole oko - co prawda już senne i zmęczone, ale nadal czujne i rejestrujące wszystko - poczynając od kosza na śmieci, poprzez napisy na sklepikach lecąc, na wysokim, czarnym jak smoła, dość intrygująco ubranym Murzynie kończąc.

Kiedy miły chłopak, narodowości - jak bum cyk cyk - nie holenderskiej, zapakował moją kolację, wyszliśmy z budynku Schiphol i wzionęłam pierwszy oddech amsterdamskiego powietrza. Hmm, od polskiego się nie różniło, ale że był wieczór - było rześkie. Ba! Ono było aż zanadto orzeźwiające! Cholera! Zimno! 

Słuchaj, mówię z wyrzutem do Em, wyleciałam z kraju ciepłego, a przyleciałam do zimnego. Co to ma znaczyć? Jest mi cholernie zimno i choć mam ze sobą 17 kilowego słonia, to ten słoń, niestety, wcale nie nałykał się w Grajewie zbyt wielu ciepłych ubrań.

Czekamy na autobus 15 minut. Marznę na gnat.

Po około 30-40 minutach gładkiej jazdy po gładkich ulicach (eh, te ich ulice bez dziur, łat i wyboi...) wysiadamy na stacji ARENA. 

10 minut piechotą do domu robi ze mnie już niemal sopla. Mimo wszystko, nie narzekam. Cieszę się. Chłonę mrok okolicy, rozglądam się, rejestruję w głowie budynki, ulice, ścieżki, pojedynczych ludzi (w końcu to już blisko północy!). Osiedle inne niż te nasze, polskie. Podoba mi się. Jutro, w świetle dnia, wszystko obejrzę i "przeżyję" dokładnie. 

"Nasz" blok. Wysoki, acz nie wieżowiec. W kolorze brąz. Duże, przeszklone drzwi, przez które widać cały hall. Hmmm, fajnie, myślę sobie. Naprawdę inaczej niż u nas, choć nie powiem, że jest to jakaś wielka egzotyka. Naprzeciwko bloku - kanał. Nie, nie ściekowy! Po prostu taki, jakich wiele w tym mieście. Obmurowany, porośnięty po bokach jakimś sitowiem i pokryty rzęsą. Drzewa i drzewka, krzewy. Dużo zieleni. Bardzo dużo. O wiele więcej niż obok mojego bloku w Gr. Nieźle, nieźle... Już się nie mogę doczekać jutra!

Wjeżdżamy windą na IV piętro. Zgrzyt klucza i welcome home. 

Wszystko w tym mieszkaniu jest... białe. Umiłowanie Em do tego koloru i prostej formy - widać jak w mordę strzelił. Jego indyjskość prawdopodobnie została pogrzebana już na zawsze ;-). Mnie to pasuje, ale zarazem nigdy nie chciałabym mieć domu całego w kolorze white. Meble, ręczniki, narzutki, chodniczki, szczotka w kiblu, kosz na brudy, nawet... storczyk na parapecie. 

Ja tu nie mieszkam, ja tu głównie pracuję, więc tak jest dobrze - tłumaczy Em. Mój dom jest tam, gdzie Wy. W Grajewku.

NO! I o to chodzi.

Zjadam swoje krewetki z ryżem (dobre!), rozglądam się jeszcze nieco po mieszkanku, biorę prysznic w białej łazience, wycieram się białym ręcznikiem, zakładam białą koszulkę i padam na białe łózko. Na szczęście chociaż pościel jest zielona...

To do jutra, Amsterdamie! I zasypiam w mgnieniu oka.

PS. Bardzo, bardzo, bardzo starałam się "obcinać" szczegóły. Bardzo.



32 komentarze:

  1. Jakbym była tam z Tobą;)
    Cudnie:)
    A o hmmm hmm nocy to nam raczej nie napiszesz?
    Hihi:)

    Nic nie przycinaj, Ciebie się czyta jednym tchem, Ty się raczej zastanów, czy książki nie napisać...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stokrotko, o nocy? Ja jej zupełnie nie pamiętam ;). Ale jak napisałam wcześniej, wszystkie które tam spędziłam okazały się bezowocne, a zatem nie ma o czym pisać ;).

      Książka... może kiedyś napiszę jakiś tani rozrywnik dla podróżujących ha ha ;-).

      Usuń
    2. nie no jak to bezowocne..?! i Em Cię tak "bezowocnie" wypuścił z powrotem?!

      Usuń
    3. No, tak bezowocnie Stokrotko. Tyran, co? Ale wiesz... On od tygodnia jest już w Polsce, więc zanim znów wróci do Ams, to kto wie ;)))

      Usuń
    4. Noooo ja myślę!
      W końcu obowiązki jakieś ma, co nie;)

      Usuń
  2. To teraz czekam na ten fragment z rowerem i ziołem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga Meg, rowerów będzie bez liku, ale z ziołem to raczej ciężko - aczkolwiek nie omieszkam o nie "zawadzić" ;-).

      Usuń
  3. przeczytałam, chłonę całą sobą

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm, dobrze jednak, że nie piszę o tych ziołach, bo jakbyś wchłonęła całą sobą ... ;))). Ale będzie o Heinekenie - to też uważaj, chociaż... tu polecam, bo stał się on teraz moim piwem numer 1.

      Usuń
    2. ja nie piwna, jedynie podczas upałów trawię to, co gasi najlepiej pragnienie. a że szampan za drogi, zadowalam się piwem tudzież wodą z kałuży

      Usuń
  4. Wow, dalej, dalej....czekam na szczegoly i porady turystyczne- tam nas jeszcze nie bylo!!
    Weekend z mezem :) ah jak ladnie :)))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dalej będzie po niedzieli, bo na weekend jadę szaleć z ciapaczką w ogrodzie ;). Jeszcze nie byliście w Ams, mówisz? Nie zwlekajcie więc, naprawdę warto. W kolejnych odcinkach chyba bardziej posłużę się zdjęciami, bo zdechnę od tego pisania ;).

      Usuń
  5. Jak piszesz o tym przelatywaniu to od razu mam w głowie najnowszy film mojego mistrza Almodovara "Przelotnik kochankowie" ;-) Ja jednak wolę lądowanie, gdy koła odbijają się od lądowiska i oklaski dla pilota! Ach tak!
    Owocami morza już za chwilkę będę się delektować, bo kocham. Kurcze ile nas różni Amishko ;-) Ale łączy nas miłość do naszych chłopaków ;-) Buziak ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jeszcze nigdy mnie spotkałam się z tymi oklaskami dla pilota ;). No i - jak napisałam, start, lot - super, ale w głębi serca lądowanie jest - jakby nie było - ulgą. Tu chyba każdy przybije mi piątkę. A jeszcze w lotach długodystansowych? O, wtedy na pewno!

      Aj tam różni... No trochę różni, ale przecie różnice też pociągają, tak? Zresztą ja bym znalazła trochę więcej podobieństw ponad miłość do naszych chłopaków. Na przykład: skorpiony, koty, uśmiech, armia w rodzinie, ... ;-).

      Usuń
    2. Oooo, podobają mi się te podobieństwa :-*

      Usuń
  6. Nie no, ten brak żarła w samolotach to mnie zaskoczył... Byłam pewna, że wciąż jest jak w filmach... ;) No ale to pewnie tylko elita z najdroższymi biletami coś "za darmo" dostaje w środku... ;)

    A co do marznięcia - ja też się w tym kraju wymarzłam, zwł. w Amsterdamie, bo gdy tam byliśmy, to akurat cały dzień lało, więc nie dość, że było chłodno, to jeszcze mokro... ;)

    Pozdrawiam
    Sol

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sol, w sumie taki lot 2 godzinny to można i bez żarła wytrzymać, ale jednak milej było kiedyś, kiedy coś na ząb jednak dawali.

      Ja też nie cieszyłam się piękną pogodą, ale porządnie zmarzłam tylko jednego dnia. W tym czasie w Polsce też jednak było zimno.

      Usuń
  7. ....już jestem na bieżąco ze wszystkim, małe zestawienie, żeby się nie zagubić: podróż zaplanowana w połowie marca, wyjazd na lotnisko 30 kwietnia godzina 6:45, 4h w autobusie, koło południa Centralny, Złote Tarasy godzin ok. 3, 4 godziny na lotnisku i lot godziny 1,5...tak pewnie wyglądałby mój opis,a Ty, Ty o tym piszesz już od 6 maja, jesteś niesamowita, uwielbiam twoje opisy za ich detale właśnie, za te szczegóły, mega dużą dawkę humoru i dystans do wszystkiego...czekam na treści z Amsterdamu, pozdr.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Justynko, jak tak dalej pójdzie to ja naprawdę prędzej tam polecę drugi raz, niż skończę opis pierwszej wycieczki... taka jakaś papla ze mnie. I gdybym miała więcej czasu, to może by to i szybciej poszło, a ja piszę łącząc inne czynności ;). Piszę między wierszami, po prostu. Niemniej miło mi, że te szczegóły za bardzo nie męczą, a wręcz niektórym się podobają :)))). A skoro tak - to jednak warto w nie wchodzić ;). Może uda mi się w tym tygodniu opisać swój pierwszy dzień... Daj Bóg ;).

      Usuń
  8. Nie znosze ladowania, bo trzesie...ale oklaski dla pilota po wyladowaniu - czemu nie:)
    Holandia bardzo mi sie architektonicznie podoba. Te male, gustowne z duzymi oknami domki sa przecudne. Natomiast tam, aby miec 90 metrow kwadratowach domeczek ( niewatpliwie cudny , w ich stylu) to marzenie scietej glowy dla jednej osoby ( singla, lub malzenstwa , w ktorym jedno z nich pracuje) ...drogo niemozebnie. Znam pare , on wychowany i pracujacy w Holandii choc pochodzacy z Azji. ona wyksztalcona Azjatka, ktora w Holandii studiowala. No i mieszkaja w Niemczech, bo z jego pensji mogl wziasc kredyt na spora , spora kamienice w duzym miescie, a w Holandii mogl tylko o tym pomarzyc.

    Amsterdam jest sliczny- szczegolnie stare miasto, albo jego poblize...no i wlasnie poprzecinane kanalami.
    Powien tak...nie oszczedzaj nas i piosz ze szczegolami, szczegolnie tymi pikantnymi(p). Kurcze i Ty tak od razu padlas w pielesze...bez gry wstepnej i w ogole (p) ? :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu - nie widziałam nic poza Amsterdamem (ok, jeszcze przybytek kwiatowy Keukenhof - nieco poza Ams), ale sam Ams jest naprawdę uroczy i niezwykły. Kanały, mostki i mosteczki, piękna zabudowa - robią wrażenie. Co do cen - pewnie masz rację... ale dla mnie wychowanej w Polsce i na polskiej filozofii kasy to Zachód jest w ogóle bardzo drogi... Niemniej cieszę się, że mogę co nieco poza tą Pl zobaczyć :).

      Pikantne szczegóły... Zobaczę, co potrafię "wymyślić" pikantnego, bo w sumie to było dość łagodnie, choć bardzo przyjemnie ha ha.

      Usuń
  9. Bawiłam się setnie :-D I ucieszyłam się Twoją lotniczą ekstazą :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tesiu, a mnie cieszą takie komentarze :).

      Usuń
  10. Przeczytałam tradycyjnie jednym tchem z kubkiem kawy w ręce :)
    Oczyma wyobraźni byłam tam z Tobą :)
    A ta ruska kobita poprawiła mi humor,ojjj bardzo :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, ruska baboszka była wyjątkowa. Na pewno na długo ją zapamiętam, ha ha ha.

      Usuń
  11. Jeśli twoim bohaterem (ode samolotów) został Leonardo to moim twój Em - za tę szlachetną, awangardową i ponadczasową biel w interiorze ;)
    Butami awiacji nie dogodzisz - jak ciężkie i niespadliwe to karzą zdejmować i opukują czy ziela w podeszwie nie przemycasz, jak lekkie to plebs zdepcze. Eh.
    Zacne przygody, minus za dygotanie ')

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga IK-o. Wszystko mądrześ podsumowała... Nic nie dodam, nic nie ujmę... Biel w interiorze ma zaś szczęście tylko dlatego, żem niemal całe dnie była POZA, a w nocy to nawet białe koty ponoć czarne, więc... biel otoczenia za bardzo mnie nie krzywdziła.

      Dygotanie - jak się okazało - też miało jakiś plus, ale zawadzę o tym klawiszem podczas dalszych opisów (o ile się ku nim zabiorę, bo to jednak ciężki kawał chleba, eh!)....

      Usuń
  12. Ja też uwielbiam samoloty. Swego czasu często jeździłam z dziadkiem na lotnisko tylko po to, aby oglądać. Ale co się będzie działo we Frankfurcie, ho ho!

    Ja to zawsze podziwiałam pary takie, jak Wy. Że tak potraficie super żyć ze sobą na odległość, he he :-) Ile czasu najdłużej byliście razem?

    Stokrotka ma rację - powinnaś się wziąć za pisanie książek. Lektura pychota!

    A foteczkę widziałam wtedy jedną, bo jedna mi się w aktualnościach wyświetliła, ale nadrobiłam dziś rano! :-)

    :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest w tych samolotach jakaś magia dla mnie i już...

      Wiele osób nas podziwia i chyba mało kto wierzy, że tak też można żyć... Najdłużej razem? Półtora roku bez przerwy. Najdłuższa przerwa bez spotkania? Pół roku. A najczęściej w kratkę. Obecnie Em jest od dwóch tygodni w Polsce i jeszcze trochę pobędzie ;).

      Książka byłaby miłym incydentem w moim życiu, ale taki incydent nie zdarzy się bez mojego udziału. A obecnie na ten udział nie liczę...

      Usuń
  13. Uwielbiam samoloty i kocham podróżować :) Fajne takie spotkanie, po 1,5 miesiąca - wybuch na nowo uczucia :)
    Podziwiam, bo ja bym tak nie mogła. Jak nie widzę się z moim Ł. kilka dni to już nie potrafię wytrzymać ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Magdo - no to piąteczka za uwielbienie do samolotów i podróży! Jeśli o mnie chodzi - jak zawsze powtarzam - rozłąki po 2 miesiące i potem 1, 2 m-ce razem, to akurat znośny stan. Może mniej dobry dla dzieci, ale oboje nie widzimy też na razie innego wyjścia. Staramy się ten stan przekuwać w to, co dobre a nie doszukiwać się w nim wad, bo wtedy wszystko ległoby w gruzach.

      Usuń
  14. I po co to obcinanie, i po co? To się czyta jednym tchem i chce więcej!

    OdpowiedzUsuń

Dobre słowo zawsze mile widziane :-).