wtorek, 20 maja 2014

W połowie drogi do Amsterdamu

... jeśli nie opisuje się wszystkiego na gorąco, to to "wszystko" z czasem stygnie. Cóż, Ameryki nie odkryłam, ale może jeszcze zanim "wszystko" nada się do kosza z racji przeterminowania - szybciutko to wykorzystam? Przynajmniej w części? 

Lojalnie jednak uprzedzam - będę nudzić! I to naprawdę bardzo długo! Ale, albo lecieć po łebkach, albo czepić się szczegółów jak ten rzep psiego ogona. A że ja już zaczęłam się czepiać, to i tak też zamierzam kontynuować, jak i zakończyć. 

Aha. Żeby mi się tu nikt się spodziewał, że w tym odcinku dotrze do Amsterdamu! ;-))). No way... Ale już bliżej, niż dalej ;-).

* * *

Tak więc: kiedy noga w nogę stanęłam ze swoim czerwonym słoniem w pobliżu Centralnego, poddana została dezorientacji. W moim miasteczku wszystko jest proste. Są ulice i są na nich pasy dla pieszych, które stojąc przy tej ulicy - widzisz jak na dłoni. Widzisz obiekt, do którego chcesz dotrzeć, podchodzisz do pasów (no, czasem uprawiasz gangsterkę i wcale do nich nie podchodzisz), przechodzisz jak człowiek (czy ten gangster) i chwila-moment jesteś tam, gdzie zamierzałeś. A tutaj? W tym wielkim mieście? Obiekt masz jak na wyciągnięcie ręki, a nijak nie widzisz drogi, by do niego dotrzeć. Samochodów na ulicach jak bydła w Pegeerze, a zebry ani jednaj... Trudno, myślę sobie, muszę tego słonia przeprowadzić jakoś i bez zebry. Panie - pytam pędzącego chodnikiem (TO JEDNAK PRAWDA - TU WSZYSTKO PĘDZI) mężczyznę w wieku przedemerytalnym (no, tak na oko) - jak ja mam dojść na Centralny? Proszę tam, tymi schodami na dół, potem w lewo i dalej już pani trafi - wyrecytował i pognał dalej. Trafię, trafię... tylko jak ja zlazę z tym słoniem - martwię się, zapuszczając jednocześnie tymi schodami żurawia w dół. Trzy stopnie to to raczej nie są... Ale zlazłam. Co miałam nie zleźć? Nie takie ciężary się na wsi nosiło. Słoń, generalnie, bardzo łatwy w prowadzeniu, bo na czterech kółeczkach i po równym mknie jak nie słoń a mrówka, ale naprawdę - to wnoszenie i znoszenie go po długich schodach (statycznych, nie ruchomych!) było z jego strony bardzo niehumanitarne wobec mnie jako człowieka. Pierwsze pokonane schody postawiły mnie na rozdrożu dróg i drożynek. Na szczęście, choć ze wsi jestem i ze wsi przybyłam, czytać umiem i - po strzałkach, po napisach, po kierunkach i opisach - wynurzyłam się w końcu w pasażu, z którego prowadzą schody na perony kolejowe (w dół) i do głównych kas biletowych (w górę). 

No to jesteśmy "w domu", odetchnęłam z ulgą. Jeszcze tylko oddać słonia na przechowanie i mogę sobie ruszyć na Złote Tarasy. Informacji, gdzie i jak tego słonia oddać, udzielił mi wcześniej nie kto inny, jak wszechwiedzący Em. Szukaj kawiarni Starbucks (jego ulubionej zresztą, ja nie bywam, to i ulubionych nie mam) - poinstruował. O, jest! A obok małe stoisko z Informacją. Czegóż chcieć? Czy Pani nie wie, gdzie ja mogę przechować słonia? - pytam? Tutaj - miła pani pokazuje miejsce niemal obok siebie. Jasne! Wszak najciemniej pod latarnią ;-). Z lekkim sercem zaprowadziłam swoje ciężkie zwierzę do zagrody i znów - po strzałkach, po napisach - kierunek Złote. Godzina dość wczesna (pół do południa) biorąc pod uwagę, że LOT mam o 20, ale ja SPECJALNIE tak się czasowo urządziłam, bo chciałam sobie połazić po tych Tarasach, spotkać się z pewną niezwykłą osobą i tak ogólnie - popatrzeć na życie w innych, niż moje codzienne, realiach. 

Od rana nic nie jadłam, nic nie piłam. Nawet wody. Nawet kawy. Po kawie zawsze muszę pilnie siku, więc na podróż autobusem nigdy jej sobie nie serwuję. Pora jednak uzupełnić płyny. Ale przede wszystkim coś zjeść. Pod szklanym dachem Tarasów obeszłam wszystkie stoiska z żarciem i... skończyłam jak zwykle w Nord Fishu, w którym to często ucinamy sobie przekąski w galerii w Białymstoku. Filet z dorsza i dodatków ile wlazło, zabiło we mnie wszelki głód - na - jak się potem okazało- niemal cały dzień. Przedpołudnie w Złotych dość przyjemne, bo nie ma jeszcze zbyt wielu ludzi. Głodomorów już jednak się trochę snuło i jadłodajnie wcale tak pustkami nie świeciły. Świeciło mi za to w całą moją osobę słońce przez szklany dach. Aż się musiałam rozewlec co nieco i kupić wodę dla ochłody. Najedzona, napita i po wizycie w wucecie koło McDonalda, ciągle jeszcze miałam nieco czasu do umówionego spotkania. Schodami zatem w dół i huzia na sklepy. Kiedy w ubiegłym roku byliśmy z Em i chłopakami na 3 dniowym "urlopie" w stolicy i mieszkaliśmy w hotelu kilka kroków od Tarasów - stały się nam one niemal jak drugi dom. Spodobały mi się i zamarzyłam, aby te wszystkie story i butiki obejść kiedyś w spokoju i samotności, bo - niestety - z tymi naszymi dwiema dzikimi małpami, to raczej katorga niż przyjemność. 

Ale...  

Tym razem, to nie był TEN dzień. Zaszłam do kilku sklepów, pojeździłam ruchomymi schodami, pogapiłam się na wystawy, zmęczyłam nogi i to wszystko. Kompletnie nic mnie nie interesowało. Byłam niedospana i zjechana tym suwalskim pekaesem do cna. Kto by miał po tym głowę do zakupów, czy choćby przyglądania się galeryjnemu blichtrowi z uwagą? Poza tym, co? Jeszcze by mi coś w oko wpadło i zapragnęłabym kupić? I wtedy kolejne co? Nie dość, że i tak podróżuję ze słoniem to jeszcze objuczę się jak osioł? A i kasy szkoda, nie powiem. Poza tym, jadę do Amsterdamu, więc ki za durnota rujnować się PRZED na Warszawę? Warszawę, bądź co bądź też całkiem fajną, ale spokojnie Dżoano, spokojnie, tę masz zawsze bliżej, taniej i poręczniej. 

W międzyczasie, telefonicznie umawiam się "z tym, z kim mam się spotkać" w Empiku na samym dole. Idę tam od razu i zamawiam sobie w końcu kawę - średnią latte. A do latte jakieś ciasteczko, na które nie mam ochoty, ale młody pan poleca, więc jestem dla niego miła. Tekturowy kubełek z białą kawą aż tyle kosztuje? O cię pieron... Ciasteczko, którego nie chcę też? No trudno. Przyjemności kosztują, a prawdziwe oblicze cen przecie i tak mnie poruszy do głębi dopiero w Amsterdamie ;-). 

Piję więc tę swoją cenną latte, pykam na smartfonie i patrzę zza szybki kawiarnianego zakątka w Empiku na ludzi. Patrzę jak są ubrani, jak chodzą, jak się zachowują, jakie mają buty, fryzury, ba nawet kolory skóry, bo choć to jeszcze nie amsterdamski mix, to jednak Chińczyk (bądź chińczykopodobny), Murzyn czy Hindus nie jest tu żadnym unikalnym novum. Po torbach z zakupami widać, gdzie się kto właśnie obkupił i komu robi reklamę ;). Uwielbiam tak taksować ludzi, kiedy nie mam nic innego do roboty. I praktycznie wcale mi się przy tym nie nudzi.

Za jakiś czas zjawia się osoba, z którą miałam się spotkać. Skąd się znamy? A Was, w wielkiej tu przewadze to skąd znam? No przecież nie z trzepaka czy z liceum... Widzimy się pierwszy raz, rozpoznajemy od razu i bardzo miło gawędzimy 2 (czy 3???) godziny. W tym Empiku właśnie. Przy latte, choć ja swoją łyknęłam zanim Anabell przyszła i zamówiła swoją. Naprawdę, takie spotkanie - sama przyjemność :). SA!MA! 

Kiedy czas rozstania nastał i pożegnałyśmy się z Anabell serdecznie, nawzajem zastrzegając sobie prawo do spotkania w przyszłości - ona poszła w swoją, a ja w swoją stronę. Rany, znów ten czerwony słoń... Trza odebrać gada z przechowalni i poprowadzić go gdzieś na przystanek autobusowy, skąd oboje pojedziemy na Okęcie (ups, Chopina). 10 zeta i słonisko znów moje. Wytaczamy się z Centralnego i schodzimy tam, gdzie staje 175. W międzyczasie krótka telefoniczna pogawędka z Żółwinką. Byłoby zbyt pięknie, gdybym i z nią mogła się jeszcze tego dnia zetknąć oko w oko. No, ale ucho w ucho też nie było źle. Oczy pozostawiamy sobie na bliżej nieokreślone ZAŚ. 

Na przystanku automat do biletów. Aha, myślę sobie, to mi zaraz wylezie słoma z bucików... Staję naprzeciw urządzenia i czytam. Czytam, czytam, coś tam naciskam... Podchodzi do mnie jakiś przeżuwający intensywnie gumę gość. Zna się Pan na tym? Znał się. Zrobił za mnie całą robotę. Daleko Pani leci? Amsterdam. Eeee, rzut beretem. My lecieliśmy z Londynu (to aż tak o wiele dalej???) i bagaże nam wcięło. Zaraz wracam na lotnisko, może już są... Nie ma Pani złoty czterdzieści? Miałam. I dałam. Nie wiem po co, bo gościu ciągle opowiada historię z zagubionym bagażem i jakoś nie umiem mu się wciąć, a i chyba nawet nie mam na to ochoty. Podjeżdża 157, ruszam szturmem, słoń ze mną, pan... niekoniecznie. Dzięki za złoty czterdzieści woła! Mam cukrzycę, a leki i kasa w bagażu! Potrzebowałem na cukierki! Nie rozumiem, doprawdy, ale co tam złoty czterdzieści i nieścisła historia. Pan pomógł mi kupić bilet, ja siedzę szczęśliwie w autobusie, słonik pokornie stoi obok mnie... Jestem coraz bliżej. Lotniska. Amsterdamu. Męża. Piękne słońce grzeje mi lico, a ja sobie oglądam stolicę jak panienka zza okienka. 

Lotnisko trochę się zmieniło od ostatnich moich podróży. Zupełnie go nie poznaję, ale cieszę się, że ledwo wtarabaniłam się do Hali Odlotów, a już na jednym z wielu monitorów widzę swój rejs. No dobra, za 4 godziny dopiero, ale ja zawsze lubiłam lotniska i z przyjemnością mogę się tu powłóczyć. Odprawa otwarta, więc najpierw postanawiam pozbyć się słonia, a potem się relaksować. Miła obsługa szybko wyczaja, że ja się czaję jak czaja wlepiając gały w automat do samodzielnej odprawy i śpieszy mi na pomoc. Eeee, elektroniczny bilet to jednak wygoda. Wpisujesz swoje imię i nazwisko i "lecisz" po monitorze dalej. Proste jak kupno tego biletu na autobus. Ale ja oczywiście stanęłam z wydrukowaną na 2 strony płachtą i się motam. Mimo wszystko - łatwizna. Mówię Wam. Ja Wam to mówię i macie wierzyć. Ci, co nie latali i się boją, niech czym prędzej przestaną. Dadzą radę, a jak nie dadzą - obsługa pomoże jak najlepiej może. No. Po odprawie idę ze słoniem na wagę. I właśnie wtedy dowiaduję się, że waży nieco ponad 17 kilo. Przypasłam gada, nie ma co. Słoń dostaje nalepkę na ucho i zjeżdża taśmą w siną dal, a ja idę ku kontrolom. Najpierw, znudzony jak mops pan o kamiennej twarzy bierze ode mnie świstek zwany bodajże kartą pokładową. Skanuje go (chyba???), oddaje i niewzruszony bierze takiż od kolejnej osoby. I tak pewnie non stop. Nic dziwnego, że mina zatrzymała mu się w miejscu jakieś kilka lat wstecz. 

Kontrola bagażu podręcznego i samej osoby pasażera. Jako bagaż podręczny mam tylko swoją codzienną torebkę. Wywalam z niej na specjalną tacę komórki, ładowarki i klucze. Każą mi zdjąć też zegarek, srebrną bransoletę z Bangkoku ;-), pasek od spodni, marynarkę i buty (bo mają trochę obcasa). Skan pasażera, jego torebki, elektroniki i złomu - pomyślny. ZAWSZE przy podobnych okazjach obawiam się, że coś zapiszczy, piknie czy skrzeknie - choć przecież nigdy nie mam powodów do takich obaw. No, ale wiecie, TA obawa jest w człeka wbudowana. Jak jaki czip. Kiedy przebiegłam w skarpetkach przez bramkę, a moje mienie wyjechało do mnie na tacach bez żadnego pipania - poczułam się wolna. Uff, co za szczęście - wywalam jęzor z radością, zakładam buty i zapinam sobie pasek, uśmiechając się przy tym miło do starszej pani, która robi dokładnie to samo :-). 

Spakowana i ubrana czuję się już nie tylko jak człowiek wolny, ale też jak światowy! Tutaj bowiem znajdują się już przeważnie sami światowcy. Każdy gdzieś leci, bądź skądś przylatuje...  Przechadzam się po hallach, wchodzę do sklepików i butików, przystaję przy barach, barkach i jadłodajniach. Hmmm, no może bym coś i zjadła, ale... 20 zł za kanapkę??? 20 zł za bułkę z sałatą, plasterkiem szynki i sera??? Chyba ktoś tu z byka zleciał, przepraszam! Kawa za podobną cenę? Nieee, dziękuję. "Masz coś w domu do żarcia - piszę na whats'upie do Em - bo tu ceny bułek z serem wołają a pomstę do nieba!". "Spokojnie, kobieto, take it easy, kup coś sobie, bo w samolocie nic nie dostaniesz, a masz przed sobą jeszcze blisko 3 godziny czekania, 2 godziny lotu i potem co najmniej godzinę, byśmy dotarli do domu! To lotnisko, nie Biedronka, ani kebab w Grajewie" - niemal śmieje się ze mnie mój małżon światowiec. Ale ja twarda jestem. Do tego wcale nie taka głodna i do tego mam w torebce ciasteczko z Empiku, na które nadal nie mam ochoty. O. No właśnie, jak to ciasteczko przeszło przez tę kontrolę z pipaniem? Przecież jedzenia i picia nie można... A może takie zafoliowane ciasteczka można? No chyba można, kurde mol, skoro żaden alarm na nie nie zawył. Jak to z tym w końcu jest? E, nieważne. Ciasteczko i tak nigdy nie doczekało się mojej konsumpcji, bo okazałam się Ciasteczkowym Potworem i oddałam je po powrocie naszym psom na pożarcie.


Pomimo, że czasu miałam sporo, o nudzie nie było mowy. A to sobie poczytywałam książkę, a to Twój Styl, a to korespondowałam sobie z Em, a to zadzwoniłam do siostry z pytaniem jak chłopaki, a to - oczywiście! - obserwowałam ludzi. 


Ale najwięcej czasu spędziłam już koło swojej bramki, siedząc w skarpetkach naprzeciw szyb wychodzących na płytę lotniska i gapiąc się na samoloty. Głównie te startujące, na które uwielbiam patrzeć. Niemal każdy odprowadzałam wzrokiem aż do punktu, w którym niknął. Fascynuje mnie fenomen latania... Coś wspaniałego... 




I ta ilość wyruszających w przestrzeń maszyn! Ile tego wzbija się raz po raz tylko z samej Warszawy! A co z resztą świata!? Matuchno, myślę sobie, ruch uliczny w stolicy to pestka! TAM, w tym niebie, TAM to dopiero jest traffic! I raczej nikt się nie skarży na korki! Wiele dziewczyn marzy, by zostać stewardessą, ja takich marzeń chyba nie miałam. Ale, że nie poszłam na pilota, to tylko mnie w dupę lać, o! Brat marynarz, ja pilotka... Ale byśmy kurczaki pieczone byli, co? Niestety, przepadło. 


Wyobrażacie sobie, że na mój lot, LOT sprzedał więcej biletów niż było miejsc? Full, full, full. Szukali pasażerów gotowych za odpłatą zrezygnować z tego lotu i chętnych lecieć nazajutrz. Nie wiem jak to możliwe, ale potem okazało się, że dni, które ja tak beztrosko wybrałam sobie na wycieczkę już w marcu, wcale nie były takie "zwykłe". U nas w Polsce długi weekend, bo 1 i 3 maja, ale Holandia też wtedy świętowała. No i jakoś tak się sprzęgło...

W każdym bądź razie - ja z lotu nie zrezygnowałam i o 19.20 hardo stanęłam w kolejce już na pokład Embraera 195. 

Czy ktokolwiek doczekał ze mną do tego momentu i jest ready to fly?

Jeśli tak, to spotkamy się w następnym odcinku :))))).

37 komentarzy:

  1. I'm ready to fly!
    Tak samo uwielbiam lotniska. I mimo, że nigdy nie jestem w stanie skupić się na książkach i czytaniu to i tak się nie nudzę, bo lubię patrzeć na ludzi.
    Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak Mysko, najlepsza lekturą na lotnisku jest dla mnie to, co mnie otacza, a ludzie zwłaszcza. No i te samoloty - jednak!



    OdpowiedzUsuń
  3. czekam na ciag dalszy :) dotarlam do konca, bez przeskokow i przerw :)
    No a w niebie to juz calkowita autostrada- 6- pasmowka pewnie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lux, ktokolwiek to czyta cięgiem (a nawet z przeskokami!) to już i tak ma u mnie dużą latte, za którą nie będę skąpić, ha ha ha ha ;).

      W niebie... ja nie wiem, tam muszą być 100 pasmówki, bo z nikim się nawet nie mijaliśmy ;-).

      Usuń
    2. Ok, latte juz mam :) za czesc druga cisteczko?? :)

      Usuń
    3. Ja przeważnie oddałabym wszystkie ciasteczka i cukier do latte za darmo, kochana. Zatem - ciasteczko też masz. A potem będę szafować Heinekenem i... hmmm, co ja tam jadłam?

      Usuń
    4. ale mnie kusisz ;)
      kawka, ciasteczko, ....piwko a cos konkretnego tez jeszcze jadlas?? :)))

      Usuń
    5. Nie jadłam niczego szczególnego, poza kubełkiem wołowiny z makaronem w restauracji surinamskiej, która bardzo mi smakowała!

      Usuń
  4. I ja dotarłam rzecz jasna i oczywista :) Innej opcji nie było :)
    Czekam na ciąg dalszy :)
    Trochę Ci zazdroszczę, ja nigdy nie latałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż mi Was żal, że "musicie" czytać o tych moich słoniach, automatach do biletów i kanapkach za 20 złotych ;-). No, ale taka jestem i już... Za stara na zmiany i zbyt do siebie samej przyzwyczajona ;).

      Mała moja droga - wszystko przed Tobą.

      Usuń
  5. Czekam na ciąg dalszy. Już się nie mogę doczekać części o Amsterdamie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Meg, już w następnej odsłonie. Niech ją tylko najpierw zawieszę, bo aby odsłonić, to wpierw trza zasłonę powiesić (czyli post napisać).

      Usuń
  6. Nareszcie się doczekałam na nowy post!
    Zajrzyj kiedyś na http://maps.com.pl/?q=mapa+lotow+online+flight To jest ruch samolotowy nad Polską i nie tylko. Tyle tego lata! Jak jestem w domu i widzę samolot lecący nad domem lubię czasami sprawdzić skąd i dokąd leci.
    Ja zawsze robię i zabieram do samolotu kanapki. W czarterach jest tylko płatny catering. kanapka 18zł! Ciepłe dania to odgrzewane w mikrofali obrzydlistwo.Jedynie napoi nie można wnosić.
    Z niecierpliwością czekam na dalszy ciąg!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aga, Ty latasz więcej i częściej, więc pewnie moje opowiastki Cię śmieszą, ale ja zwyczajowo rozdrabniam się w szczegółach, więc tak te moje posty wyglądają. Jednak - jak napisałam wyżej - tak mam i się nie zmienię ;).

      Na stronkę na pewno zajrzę! Oj, musi tego latać... Toż to jak muchy w lecie na wsi!

      Aha - czyli kanapki można wziąć? Kurcze, coś mi się pomyliło, że swego żarcia jednak na pokład niet... No. Taki ze mnie światowiec, jak widać. W LOCIE też płatny catering, ale dziękuję im bardzo.

      Rany, jak ja napiszę ten ciąg dalszy... Taka maruda jestem, że szok!

      Usuń
  7. Dotarłam do końca :) Ciekawa jestem co dalej, bardzo zazdroszczę podróży :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dalej, Magdo, było miło, fajnie, inaczej niż w domu... Przyjemnie, sporo wrażeń... Ale bez ekscesów ;).

      Usuń
  8. Kolejna bramka zdobyta!
    Czekam na sprawozdanie z lotu :-D ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Izabelko, jesteś pewna, że lot ma być wpisem odrębnym? Bo jak tak będzie, to ja się obawiam, że nim dolecę tu do tego Ams, to już na kolejny lot będę się szykować!

      Usuń
    2. To Ty decydujesz ;) :))

      Usuń
    3. Wiem, ale powiem Ci, że to tak jakbyś odkryła moje zamiary... tylko szukałam potwierdzenia ha ha ha. Lot jednak nie był czymś nadzwyczajnie nadzwyczajnym i nikt nie musi się obawiać, że spreparuję z niego tekst na kilka stron. Postaram się szybko go "oblecieć".

      Usuń
  9. Ami, żadna kompromitacja z tym automatem- tak mi się w życiu ułożyło, że całymi latami nie korzystałam z komunikacji miejskiej i w chwili gdy po raz pierwszy musiałam pojechać autobusem, to najzwyczajniej w świecie niewłaściwą stroną włożyłam bilet do kasownika i usłyszałam : "a pani to co, ze wsi?paskiem do spodu się wkłada"- pouczyła mnie jakaś osoba płci żeńskiej. Podziękowałam i poinformowałam, że z W-wy jestem, tylko mi się samochód zepsuł. Następnym razem wez raczej jamnika w drogę a nie słonia - łatwiejsze do noszenia. :)))
    Buziam;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anabell, otóż to. Jak ktoś się porusza głównie samochodem, a nagle przyjdzie mu wsiąść w metro czy autobus, to... nawet jak mieszka w danym mieście X lat, to może mieć problem z tym "pierwszym razem", ha ha. Wiadomo, że ja piszę to trochę z humorem, ale fakt faktem, że jak coś jest nowe, to choć proste jak drut - co nieco najpierw onieśmiela ;). "Pani ze wsi?" - a co? nie można być ze wsi? He he.

      Co do słonia: obawiam się, że kolejnym razem będę podróżować nawet z dwoma... ;-)

      Usuń
  10. Ja nigdy jeszcze nie leciałam samolotem i na samą myśl słabo mi się robi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agnieszko, zapewniam, że nie ma powodów do słabości. Różnie ludzie znoszą latanie, ale ja od początku byłam tym zafascynowana. Jasne, dusza na ramieniu była, ale jakoś szybko z niego zeszła :).

      Usuń
  11. Odpowiedzi
    1. Pauli, tylko pogratulować ;). Witaj!

      Usuń
  12. powstrzymałam się od przeczytania komentarzy, żeby nie psuć sobie wrażenia z amishowej lektury. robi się coraz bardziej wybornie. i wcale nie jestem napalona na egzotykę wycieczki stricte amsterdamowej, tylko opisu zwyczajnych czynności i zdarzeń splecionych z twoimi odczuciami.
    dawniej odczuwałam każdorazowo zazdrość o te spotkania pozablogowe. teraz zazdroszczę tylko okazji do ich zrealizowania
    do napisania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A bo i egzotyka nie taka aż wielka, Lucy. Nieco inaczej, owszem, ale to jednak... nie takie np. Indie. Obawiam się, że jeśli kiedyś TAM właśnie pojadę, to dopiero będę miała problem z opisaniem... Moje wyjazdy zawsze staram się zapamiętać nie tylko jako "widziałam to i tamto", ale też właśnie "z boku". Jak najwięcej szczegółów i odczuć zakreślonych szerokim kręgiem od meritum.

      Moje spotkanie z Anabell było dość spontaniczne i chyba takie są najlepsze, bo w moim przypadku konkretne planowanie bardzo, bardzo często bierze w łeb.

      Usuń
  13. Wnikliwa, zabawna historia napisana z uroczym dystansem do siebie i naszego prowincjonalnego swiata. Kazdy z nas ma w zanadrzu podobne opowiesci, tylko nie zawsze potrafi tak plastycznie opisac jak TY. Wydawałoby się, ze cala Polska lata, przynajmniej do Anglii, Włoch, Hiszpanii, Grecji, a tu widzę pare osob nigdy nie bylo w samolocie. A to jak kiedys moje dzieci wsadzałam do pociagu na Helu, bo nigdy wczesniej nie jechały. Tak w autobusie ludzie jezdzacy zawsze samochodem, nie wiedza jak obsluzyc automat, nie mowiac o znajomosci tras. W moim szalonym przypadku, nie podróżowanie samolotem jest dziwniejsze niż nie jeżdżenie autobusem. Tak sie zastanawiam, czy dobrze napisalam orograficznie to "nie"? Ale to jakby z rzeczownikiem, to chyba dobrze.
    Zainspirowałas mnie do wspomnień lotniczych, bo tyle mam w pamieci wrazen. Mister w krotkim czasie "rozpuścił" mnie w tym wzgledzie w sposób rozwiązły, mozna by powiedziec i tak zupelnie nie na swoim miejscu bylo znaleźć sie w siermiężnej gajowkowej rzeczywistosci. C u na tamie Amstel. Tak wyczytalam w historii miasta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ardiolko, bardzo dziękuję za te miłe słowa :). Jeśli ktoś mnie tu dłużej czyta, to już zna moje gawędziarstwo przeplatane z humorem. Można to lubić, bądź nie, ale ja tak mam i kropka. Nie umiem pisać inaczej i nie silę się na inność, bo ten blog nie ma innych zadań ponad to, by być takim jakim jest dotychczas. Jest takim właśnie drzewem (załóżmy, że iglastym, skoro żywotnik ;-)), pod które może sobie zajrzeć każdy z wolnej stopy, odpocząć, posiedzieć, uśmiechnąć się i iść dalej.

      Co do latania - oj, wielu z nas już lata, ale naprawdę ciągle jest mnóstwo ludzi, którzy mają to przed sobą i wielu takich, którzy może wcale nie polecą. Niemniej jednak, dziś samolot nie jest już czymś super exclusive zarezerwowanym tylko dla ścisłej elity. I to jest fajne!

      No i jeszcze jedno. Ja tam uważam, że dobrze jest nie ograniczać się TYLKO do ŚWIATA, ale też zasmakować życia w takiej Waszej gajówce, która jest przecież niezwykle wyjątkowa, a TY wcale nie musisz być do niej uwiązana na stałe. Zresztą, Ty umiejętnie korzystasz z życia i ewidentnie się z niego cieszysz. I w tym jest sukces.

      Usuń
  14. Ja też z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy, bo relacja wciąga niczym dobra książka! :) Foteczkę Amishki widziałam - zacna! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cd już jest :). Będzie więcej. Tylko 1 foteczkę? Na FB jest ich więcej niż jedna, a na bloga wstawię w kolejnych odcinkach :).

      Do dobrej książki to temu daleko, ale dziękuję bardzo za zacne słowo, moja droga!

      Usuń
  15. oooo jaaaaaaaaa!!!!! uwilabiam Cię a fotorelacja pierwsza klasa, to lepsze od książki !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Madeleine - ze wzajemnością :). Fotek wrzucę więcej w kolejnych odsłonach tej miniwycieczki, z której zrobiłam już niemal prawie podróż życia ha ha ha.

      Usuń
  16. Jak tak czytam o tym Twoim wylocie, to się trochę mniej boję zastanawiać nad możliwością skorzystania z zaproszenia do Bremy i PIERWSZEGO w życiu lotu samolotem. Może się nie zgubię na lotnisku ;)
    A poza tym to spotkanie w Empiku - kurczę, jakie to podobne do moich zwyczajów :) Ja, co prawda, zwykle daleko nie podróżuję, ale gdy tylko odwiedzam choćby Warszawę, mam napięty grafik, bo chcę się spotkać i z tym, i z tym, i z tamtym.

    OdpowiedzUsuń

Dobre słowo zawsze mile widziane :-).