czwartek, 6 marca 2014

Ćwikła z kranem

Żeby nie czekać biernie na remont, który nadejdzie - owszem - ale nie ZARAZ-JUŻ, a jednocześnie normalnie funkcjonować w domowej sferze wodno-kanalizacyjnej, udaliśmy się przedwczoraj w rundę po sklepach hydraulicznych. W miejscowych dziwna posucha, choć zdaje się, że tego typu sklepy powinny być wręcz zalane asortymentem. Niestety, teraz rządzą krany tzw. umywalkowe, czyli montowane w zlew, a my potrzebowaliśmy reliktu przeszłości, czyli kranu wpuszczonego w ścianę i do tego o krótkim "ryjku". Zlewik w wucecie bowiem niewielki, a zatem i "ryjek" musiał być adekwatny. Żaden z odwiedzonych sklepów sanitarnych na miejscu nie zaspokoił naszych przedpotopowych fanaberii (w zasadzie to one stały się właśnie TYPOWO potopowe, stąd wypłynęły w formie palącej potrzeby), w związku z czym, podążając za entuzjastycznym pomysłem Bradziagi, udaliśmy się do sąsiedniego miasta, w którym od ponad roku funkcjonuje przybytek zwany Castoramą. Dostaniemy tam i kran i narzędzia. Wszystko w jednym - uświadamiał mnie Em. Jasne, myślę sobie, i przy okazji "się przejedziemy", bo przecież tak daaawno nigdzie nie wyjeżdżałeś. Zaledwie na weekend do Warszawy 3 dni temu...

Baterii (kranów!) cała wystawka. Kuchenne, łazienkowe, duże, małe, srebrne, złote, tanie, drogie - co tam kto sobie życzy. Życzony przez nas kranik z krótkim ryjkiem zaledwie (ale i aż) w 4 osłonach. Ceny od 68 do 177 zł. Skoro planujemy remont, a kranik w wc i tak nie był używany przez ostatnich kilka lat, to nie ma co inwestować. Wziąć byle jaki, przykręcić byle woda nie ciurkała po ścianie i już. Rozwiązanie ma być wszak tymczasowe. Tak więc wzięliśmy ten za 68. Do tego jakieś taśmy uszczelniające i klucz typu żabka. Przy okazji przyjrzałam się panującym trendom w glazurze i terakocie i stwierdziłam, że nic mnie w tych trendach nie zachwyca. Nie wiem jeszcze jak ma wyglądać nasza łazienka, ale wiem już, że będę miała problem z pozyskaniem tej wiedzy a potem z jej wizualizacją.

Po powrocie do domu, Bradziaga przystąpił do działań. Szło jak po grudzie. Odkręcić stary kran - wyzwanie. Przykręcić nowy - jeszcze większe. Em na co dzień nie używa zbyt wielu tzw. SŁÓW (jak Maxi deklamuje cholela jasna albo kuwa mać to oczywiście ja jestem winna), ale tym razem faki i szity latały jak samoloty. Słyszałam i liczyłam wszystkie, jak też nawet przyglądałam się krzywiźnie ust, które je wypuszczały, bo - jak ON coś robi (naprawia, montuje etc) to ja zawsze muszę przy nim stać i mu służyć (więc z nudów wszystko bacznie obserwuję). Służyć mu ręką, nogą, głową, ścierką, młotkiem. Podaj klucz, potrzymaj, jak myślisz?, gdzie mi to spadło, gdzie ja to położyłem, czemu to nie idzie, co to za fuckin shit! i tak dalej. Koniec końców, nowy kran za 68 zł z powrotem wylądował w kartonie, w którym został kupiony. Nie dość, że "nie trzymał" wody to jeszcze na koniec zupełnie się rozsypał. W sumie - mówię do Em - głaz by się posypał pod wpływem takiego nacisku. Toż ty na tym kluczu (i zarazem na tym marnym kranie) niemal wisiałeś tą swoją prawie setką! Zapierałeś się, jakbyś tylne koło od ciągnika dokręcał!

Oh really? To było tobie dokręcać! I tak dalej... Jeśli już się kiedyś kłócimy, to zwykle właśnie przy naprawach i instalacjach. Ja mu nie ufam i mam go na muszce, a on rznie fachowca i odgryza mi się kąśliwie jak prawdziwy macho, któremu ktoś nadepnął na j... tzn. honor. Oczywiście wolałabym, żeby wszystko robił sam i bez mojej asysty, ale skoro już mnie woła, to staram się być "przydatna", a nie że tylko stoję jak pokorne ciele-mele i dziękuję Bogu, że mam pod swoim dachem chłopa, który łaskawie złapał za klucz.

Po fiasku związanym z instalacją, Em zawyrokował, że jutro odwozimy kran do Castoramy. Zareklamować go. Tzn. nie polecić a wręcz przeciwnie. O nie. Nie dość, że znów nadkładać drogi, to jeszcze świecić za tego brutala oczyma. Ewidentnie go połamałeś - mówię - nie przyjmą nam żadnej reklamacji. Nie zamierzam się z tego tłumaczyć i robić z siebie oszustki! Wywalić to badziewie i zapomnieć, a zamiast kranu kupić zawory, zamknąć te rurki na amen (lub do remontu) i już. 

I ja bym tak zrobiła. Ale nie on. Następnego dnia, po powrocie z pracy już na mnie czekał. Gotowy do wyjazdu, z zapakowanym kranem i chytrą miną. Próbowałam wyłgać się bólem głowy i głodem, ale nie ze mną te numery, Jo. Oczywiście gderałam po drodze swoje, ale on jedynie wzdychał - Boże, jaka ona zawsze wszechwiedząca, przewidująca a do tego zachowawcza, pesymistyczna i w ogóle GOD! What a woman I have! (Maksi w tle  - oh Dżio, oh łoman, o mój Gat!). 

Nie martw się woman, sam to zareklamuję. Dawaj paragon.

I poszedł. 

A ja oczywiście za nim. Jak prezydentowa. Pół kroku w tyle.

Reklamacja krótkiego ryjka trwała... 5 minut? Oni nawet nie dochodzili co się stało! Nikt nie pytał kto montował, jak montował i za pomocą czego. Nikt nie pytał o kwalifikacje montera, jego wagę, siłę ręki ani nawet narodowość, choć ewidentnie było widać, że hydraulik niepolski (czyli nie najlepszy). Rzucili okiem do pudełka, sami ocenili - "aaaa, cieknie", pudełko zamknęli, zabrali, poprosili o paragon i zapytali - życzy Pan sobie wymianę czy zwrot pieniędzy? 

I wtedy już nie byłam jedynie ćwikłą z chrzanem... 

Przeobraziłam się oto bowiem w prawdziwego buraka. Takiego normalnie pastewnego, że aż czułam jak obok mnie wyrastają cielęta i wyciągają do mnie ozorki, by mnie schrupać i by wszelki ślad po mnie zaginął. 

"Ja, prosię, kupić, nowy, bardzo piękny. Ten nieładny" - bryluje zwycięski reklamowicz, usiłując wytłumaczyć niezwykle uprzejmej i uśmiechniętej do niego pani, że nie chce wymiany kranu na nowy, a pragnie zwrotu kasy, po czym kupi już nie shit, a hit. 

Pani pieniążki wypłaciła i już. Już po reklamacji. 

To ja przez dzień i noc myślałam jak tu ewentualnie ten kran zwrócić, a najlepiej nie zwracać, bo obciach, a on ot tak, wszedł, oddał, odebrał pieniądze i tyle. 

Nie, nie jest wredny i nie stanął na podium spoglądając na mnie ze zwycięską pogardą... Rozwalił mnie czymś zupełnie innym. Oh God man, it was really good... Now I will get a free blowjob back home, la la la... Co tam woman, will I?

(Niedoczekanie Twoje - wszak ja wszelki honor straciłam!)

Tym razem wzięliśmy kran za 126. Różnica w cenie prawie dwukrotna, ale nie od dziś wiadomo, że tanie mięso to psy żrą, a z drugiej strony żadna to i fortuna. 

Montaż obył się już bez żadnych problemów. Nie trzeba już było wieszać się na kluczu ani uprawiać innej, zbędnej kombinerki, by w końcu kran był kranem i nie przeciekał będąc zakręconym. Nawet moja asysta nie była już zbyt potrzebna.

Między jednym a drugim dokręcanym gwintem, wyłożono mi jednak podstawy współczesnej ekonomii, marketingu, psychologii zakupów, praw konsumenta, specyfiki i siły marki oraz działania sklepów większych niż Hydrozaułek w zaułku w pipidówce. 

Słuchałam jednak tego wykładu jedynie jednym uchem, a i to w 3/4 zatkanym, bowiem gorączkowo poszukiwałam sposobu na wykręcenie się z oczekiwanego przez wykładowcę blowjobu... Naprawdę, nie miałam już ochoty bawić się w żadną hydraulikę - zwłaszcza męską! Tymczasowo mam dość wszelkich... kranów!

31 komentarzy:

  1. Rozumiem ten zakupowy zawrót głowy, bo gdy my pojechaliśmy do tego rodzaju sklepu w celu kupna zwykłego kranu, to złapaliśmy się za głowę, widząc ogrom tej różnorodności. I muszę powiedzieć, że koniec końców zadowolona nie jestem, bo jakoś od spodu woda delikatnie wycieka i bez przerwy muszę to dziadostwo czyścić z kamienia... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak widać Sol, problem hydraulika każdego kiedyś tyka!

      Usuń
  2. Rewelacja, uśmiałam się setnie, ale po cichu (mlodzi jeszcze śpią). Opisałaś to wspaniale, normalnie Chmielewska ;):))) Jestem pod wrażeniem i banan mi z twarzy nie schodzi:D


    A co do współczesnych stylów glazurowo-terakotowych, też miałam problem 4 lata temu na co się zdecydować. Za dużo tego. Nic mi się nie podobało. Jak w 2000 urządzałam kawalerkę był mniejszy wybór i wybrałam. Teraz nic mi nie pasowało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Że ci banan na twarzy siedzi to niezwykle uskrzydlające, Izabelko. W sumie - humoru nigdy dość, a ja w tym szarym żywocie lubię tak na wesoło. Ale Chmielewska to o wiele za wiele! Nie dość, że ćwikła z chrzanem, pastewny z kranem to teraz jeszcze burak palony na mej twarzy! Chyba stanie się to moim warzywem symbolizującym. Mnie samą....

      Co do tych glazur i innych... Można zbzikować. Najprawdopodobniej, jak siebie znam, wezmę coś niezwykle prostego i klasycznego...

      Usuń
  3. hahhahaah, ja tez zawsze jestem ASYSTENTKA - podaj, podnies, w myslach czytaj jaki kolejny krok :)
    W Niemcowie tez mozna wszystko odniesc, oddac, wymienic- czasami nawet bez paragonu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli jest nas całkiem sporo - tych asystentek ;).

      Usuń
  4. Najgorsze w remoncie to oprócz brudu i kurzu w całym domu... zakupy. Nie znoszę chodzić po sklepach budowlanych ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nawet lubię, ale potrzebuję czasu by się w to wetrzeć...

      Usuń
  5. Odpowiedzi
    1. Ja najbardziej nie cierpię ich zaczynać. Potem już jakoś leci!

      Usuń
  6. Pocieszyłaś mnie, że nie tylko ja mam alergię na naprawy prowadzone w domu rękami mego męża. Ale z uwagi na znacznie dłuższy staż małżeński, odzwyczaiłam go od wymagania ode mnie bym służyła za pomagiera-podziwiacza w jednej osobie.Po prostu kiedyś go od czegoś -tam odgoniłam i zrobiłam sama. I zwróciłam "łagodnie" uwagę, że gdy ja coś robię to nie każę nikomu przy sobie sterczeć i pomagać. Jeszcze kilka lat i zapewne też opanujesz tę sztukę:))))
    Miłego, ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anabell, zdarzało mi się coś zrobić samej, bo on "nie miał teraz czasu, nie wiedział jak etc". Nie powiem, podziwiał mnie wtedy i doceniał, ale zwykle jednak "lubi" jak jestem obok... Miłego!

      Usuń
  7. Pieczołowicie zbieram paragony od rzeczy, które mają mi służyć "dłużej". Kseruje i skanuje, zapisuje w pliku i jak coś nie tak, pędzę z reklamacją. W zanadrzu mam do oddania sweterek, od którego odklejają się perełki. Nigdy nie mam gwarancji, że załatwię sprawę pozytywnie, ale nie po to wydaję kasę, żeby po 4 założeniach/ 2 praniach wyrzucić ciuch do śmieci:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko się zgadza Żółwinko, ale ja naprawdę miałam obawy widząc jak on ten kran maltretował... Bo czasem bywa też tak, że ludzie nadużywają instytucji reklamacji czy zwrotu a ja mam "zawyżone" poczucie uczciwości" i wydaje mi się, że jak jestem winna to nie powinnam nadużywać środków. Poza tym, ten kran to była totalna lipa i chyba sklep doskonale o tym wiedział, bo zupełnie w sprawę nie wnikał.

      Usuń
  8. to ja zazwyczaj bylam taki Twój typ: jak oddać, podkulić ogon i nie przyznawać się, ale teraz coś sie zmieniło, rekalmuję jak coś mi nie pasuje, lekarkę nawet zareklamowałam i teraz mam się zgłosić na przesłuchanie do OIL... nie wiem czy tak sprawnie mi pójdzie jak Twojemu Em

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wiesz Stokrotko, lekarka to nie kran, ale też jak Ci się uda to i satysfakcja większa. Powodzenia!

      Usuń
    2. ale ja nie tylko lekarkę, ona to skrajny przypadek:)

      Usuń
  9. Skąd ja znam tą historię ;)
    Nienawidzę remontów właśnie dlatego, że fucha asystenta doprowadza mnie do szału! Wolę sama coś zrobić niż "przynieść, podać, pozamiatać" oraz czoło otrzeć, koordynaty na młotek podać, itp. No ale widzę, że Adam potrzebuje takiego wsparcia z mojej strony i nie odmawiam. Ostatnio zostaje lekko odsunięta od tej przykrej remontowej powinności przez dziecko i cieszę się jak głupia.
    Podziwiam Em szczerze, ja nie potrafię tak "iść jak przecinak" i reklamować, załatwiać, negocjować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też nie umiem, ale cieszę się, że on nie jest taki "cichociemny" jak ja, bo zawsze więcej zdziała.

      Usuń
  10. Nienawidzę remontów, a zakupów to już w ogóle...
    Ale czytając uśmiałam się do łez :):):):)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I o to chodzi, o śmiech! Nie o remont, czy zakupy ;)

      Usuń
  11. ja żyję w ciągłej "budowie" i ni jest mi do śmiechu ale czytając to uśmiałam się i poprawiłam sobie humor :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem Magbill, wiem, że Ty ciągle w budowie i jak wiem - posiadanie domu, to ZAWSZE COŚ do zrobienia dookoła. A uśmiech tutaj wart więcej niż wszystkie krany ;).

      Usuń
  12. hahahahahhaha uwielbiam Cię:****

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tym bardziej żałuję tej Łodzi.. eh!

      Usuń
  13. Powiem Ci, że czyta się Ciebie rewelacyjnie!
    Mój Jurek, nie musi mieć mnie przy sobie, całe szczęście ;)
    Ale z reklamacją ma podobnie jak Twój Em ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Olu! No to gratuluję Jurka ;-). Ja przeważnie jestem jednak swojemu niezbędna, a jak się uchylam to słyszę co chwile "Jo!, come for a moment"...

      Usuń
  14. Ja sobie nadrabiam i czytam z wielkim uśmiechem na twarzy... :-)))))
    Uwielbiam ten Twój sposób opisywania i zabawy z językiem... tylko Ty tak potrafisz! :-)
    I jacy Wy fajni razem jesteście! :-D

    Ps. Maksi w tle mnie rozwalił na łopatki! :-)))))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak Julitko, Maxi i jego "o mój gat" jest zaiste rozwalający.

      A u nas - cóż, nie zawsze puder i róż, ale na humor nie narzekamy. Zresztą, bez niego nie wyobrażam sobie życia i... pisania!

      Za Twoje puderkowe słowa - jak zawsze dziękuję i posypuję sobie nimi czerwone poliki ;).

      Usuń

Dobre słowo zawsze mile widziane :-).