środa, 7 listopada 2018

ListoPADŁ na kalendarz

Taka była piękna pogoda w Zaduszki, że mówiłam wszem i wobec - jutro spotka nas kara za tę dzisiejszą pogodę, bo to nie jest normalne, ani sprawiedliwe, by na progu listopada cieszyć się przepięknym błękitem nieba i chodzić w cienkiej bluzce... I w zasadzie tak było... Kara przyszła już następnego dnia, kiedy to od rana siąpił deszcz, a słońce nawet nie podało nam dłoni.

1 listopada też było ładnie i dlatego chyba pół dnia przegadałam na cmentarzu z rodziną (dalszą taką), którą spotykam właściwie tylko tam, raz na rok (albo i rzadziej). Trudno mi nazwać te Listopadowe Święta czasem zadumy i refleksji. Ja tam nigdy nie umiem się skupić i zadumać, bo i jak to zrobić, gdy dokoła ludzie, którzy podchodzą, witają się, pozdrawiają, składają urodzinowe życzenia, pytają itp, itd. Mówią czasem - no, przynajmniej z fejsbuka znamy Twoich chłopaków i od razu pytają ich o piłkarskie sukcesy... Bo o czym jak o czym, ale o ich graniu to chyba wiedzą wszyscy. Taki im po prostu robię pijar na tych social mediach... Że każdy wie. Każdy, kto też social media śledzi. Co ciekawe - ja często nawet nie spodziewam się, że ktoś śledzi. Bo niby jest w znajomych, ale nigdy się nie ujawnia, nie pisze, nie komentuje, nie lajkuje itp. A wszystko wie ;-). 

Zwykle mamy do odwiedzenia 4 cmentarze. Dwa w Kolnie (stary i nowy), jeden w Borkowie i jeden w Janowie. Kolno to moje rodzinne miasteczko, Borkowo - rodzinna wieś Mamy, Janowo - wieś siostry mojej mamy. Siostra ta, starsza od niej kilka lat, zmarła niemal dokładnie 3 lata po niej... No więc, u mamy bywamy na grobie bardzo często i 1 Listopada nie jest jakimś szczególnym dniem odwiedzin. Inne groby odwiedzamy zwłaszcza wtedy... Jest jeszcze duży grobowiec na tym tzw nowym cmentarzu, gdzie leżą moi dziadkowie (ze strony taty), trzej bracia dziadka i jedna stryjenka. I tam też zachodzimy częściej niż raz w roku, ale nie tak często jak do mamy. Mama zawsze mówiła, że nie chciałaby być tam z nimi pochowana, więc ma swój własny "dom"... Jest to dość duży, kamienny grobowiec, gdzie miejsca starczy pewnie jeszcze i dla ojca i komu tam akurat zajdzie potrzeba (oby jak najdłużej NIE). Ciekawe, czy mama go "lubi"... Ona była skromną i prostą osobą i najbardziej to by ją pewnie "cieszyła" mogiła z murawą i brzozowym krzyżem, a nie "belweder' jak to określała, ale taka mogiła to raczej już nie wchodziła w grę... 

Minęło już prawie 5,5 roku od śmierci mamy i choć na codzień nie myśli się o niej notorycznie, to jednak ciągle jeszcze bardzo często. Żywa pamięć po Tobie, Mamo... Brakuje nam Ciebie. Zawsze mówiłaś, że czekasz na dni, kiedy moi chłopcy podrosną i  przyjadą do Ciebie do P. wystrojeni w koszule, tacy młodzieńcy... Tymczasem... przyjdą do Ciebie w tych koszulach co najwyżej na grób, zapalić świeczkę... Mało Cię pamiętają i strasznie żałują, że już Cię nie ma. A ja żałuję i za siebie i za nich. I za Ciebie. Choć  mam nadzieję, że tam, gdzie jesteś, jest Ci lepiej... 

I tyle. Nie chce mi się więcej pisać, a miałam i o tym i o owym... Może next time. 


środa, 24 października 2018

Pro, anty i foto

Widzę właśnie w telewizji śniadaniowej jakiś reportaż o mleku... wielbłądzim. I to od wielbłądów, które ktoś hoduje w Polsce. No nic to już wielce egzotycznego. Mamy wszak w Polsce strusie, alpaki, lamy i pewnie całą masę innych, zupełnie nie-polskich zwierząt. No, ale ja nie o tym chciałam - choć na temat alpak i lam mogłabym napisać więcej, gdyż mój kuzyn wraz ze swoją żoną prowadzą na Kaszubach gospodarstwo agroturystyczne, w którym główną atrakcją są właśnie alpaki i lamy. I nawet jedna z ich lam - moja ulubiona Dama - zagrała ostatnio w reklamie Bakkalandu! 

No, ale ja ciągle nie o tym. Chciałam napisać, że w kwestii mleka, serów i mięsa jestem strasznie konserwatywna. Mleko - tylko krowie. Sery - tylko z mleka krowiego. Mięso - tylko wieprzowe, wołowe i drobiowe (drób bez większych ograniczeń). Żadne mleko kozie, żadne oscypki, kozie serki, żadna jagnięcina, nie daj panie baranina czy koźlina, broń Boże konina, tylko wyjątkowo króliczyna. Próbowałam kiedyś jelenia i był dobry, toteż dziczyzna wchodziłaby w rachubę, ale jednak tutaj też byłabym ostrożna. Nie mam oporów przed próbowaniem wszelkich roślin i lubię chyba wszystkie dostępne u nas warzywa i zioła, ale te mleka i mięsa to naprawdę, naprawdę tradycyjnie... Chyba nawet nie spróbowałabym takiego wielbłądziego mleka... 

A taki np mój pan mąż spróbuje wszystkiego. Pamiętam jak na naszej pierwszej randce w Paryżu zamówił nam żabie udka. Owszem, zjadłam 2 kawałki i nawet nie mogę powiedzieć, że to było niedobre, ale niestety rosło mi w gębie... Em spałaszował zaś porcję swoją i dokończył moją. W Polsce od razu zaczął jeść dosłownie wszystko, choć między kuchnią indyjską czy karaibską (gdzie mąż mieszkał 5 lat) a polską, jest jednak kolosalna różnica. Pamiętam jego pierwszą wizytę u mnie. Jadł ze smakiem moją ogórkową, opiekane makrele w occie, kiełbasę i wędzony ser. Potem już był na polskiej Wigilii i chyba nikt nie pochłonął tyle smażonego karpia co on. Nie gardził też zupą rybną, śledziem z cebulą i w ogóle wszystkim, co było na stole. Moja ŚP mama czasami gotowała zupę czerninę i pewnego razu, podczas naszego wyjazdu do Pastorczyka, natrafiliśmy na taki czarny obiad. Ja jestem przywykła, bo od dziecka ta zupa u nas bywała, no ale Em to nawet nie wiedział, że taka zupa istnieje. Co drugi Polak na samą myśl ma torsje, a Em co? Dolewał sobie raz po raz... Ten człowiek naprawdę wszystko zje... Wiem, że nie przepada za galaretką, ale nie znaczy, że jej nie zje. Po prostu - jak powiedział, nie rozumie fenomenu tego dania. Ja natomiast za dobrą galaretkę z nóżek to dam się pokroić. Także - nie mam żadnego problemu z Hindusem w Polsce. ŻADNEGO. Bigosy, flaki, rolady, bekony, żurki, rosoły, kaszanka, pasztet, wątróbka... Wsio. I my jemy głównie po polsku (europejsku) i aż czasem mi żal, że tak mało po indyjsku. Chłopcy w kwestii jedzenia są dość wybredni. Olek bardziej otwiera się na nowe smaki, ale mały najchętniej jadłby tylko pierogi z truskawkami, naleśniki z serem, placki z dżemem,  placki z jabłkami, chruściki, gofry... Taka słodka łyżeczka z niego. Jeśli mięso to najlepiej kurczak, kotlet schabowy, albo kiełbasa z ogniska... Olek przepada za tatarem, nie pogardzi śledziem, kaszanką, kanapką z boczkiem czy słoniną, bardzo lubi flaki, bigos... Obaj lubią sushi :-). A wracając na chwilę do Maksia - o ile w domu wybrzydza - zwłaszcza w potrawach i produktach mięsnych - o tyle obiady szkolne zjada w całości - jak leci. I wszystko jest tam taaaakie dobre! Ja ponoć dobry gotuję tylko rosół i robię dobre schabowe. 

A ja na śniadanie dziś zjadłam... bezika z kremem. Chodziło to cudo za mną już od kilku dni i musiałam sobie uczynić zadość. Z czarną, gorzką kawą - idealny... Jak poszlibyśmy we czwórkę do cukierni, to każde z nas bez zastanowienia wybrałoby: ja - bezę, Olek - eklerkę, Maksio - kokosankę, Em - wuzetkę ;-). 

I to by chyba było na tyle.. Na obiad mam kotlety mielone z wczoraj. Maks mówi, że są ohydne, bo mają w środku cebulę (muszę przestać ją dodawać, jeśli chcę, by je jadł bez obrzydzenia)... Eeee, najwyżej jemu ugotuję pierogi z truskawkami. Te z Biedry są naprawdę dobre, a sama z pewnością nie będę gnieść. Nie przepadam za pierogami, a jedyne, na które czasem się łaszczę to te z jagodami. 

Pogoda przepiękna, ale tylko w domu. Na dworze urywa łeb i kapie jak z zepsutego kranu. 

Post był zdecydowanie nieplanowany. I pewnie dlatego się napisał... I wydaje mi się, że kiedyś już podobny spreparowałam, ale co tam... Może powinnam była napisać coś o wyborach, na których oczywiście byliśmy, albo o wynikach wyborów etc, ale jestem "cienka w te sprawy". Niepobitym mistrzem polityki pozostaje dla mnie Star i ja wolałabym nawet nie otwierać ust w tej branży w jej obecności, ha ha ha. Już lepiej pozostanę przy piłce, żarciu, czy polskiej wsi. Albo zdjęciach! 

No właśnie - kto mnie obserwuje na FB i Insta - wie, że się tam produkuję. Kto nie - proszę bardzo. 

1. Maksymilian Pierwszoklasista - wprost po pasowaniu (12.10.2018). Było wtedy tak pięknie ciepło i słonecznie, że wystarczyła sama koszula... Ach...




2. Matka Dżoana okiem Maksia.


3. O dwóch takich, co są moimi synami. 



4. Kilka piłkarskich kadrów

Kto wygrał mecz??? Warmia! Ten mały, czarny z 10 to nasz ;-)

Gola Maksi! (Turniej w Mońkach - pomimo fenomenalnej gry - gola nie strzelił ;-))

Kibice na meczu  Jagiellonia Białystok- Pogoń Szczecin (wygraliśmy 2:1)
Po turnieju w Goniądzu - spacer w Biebrzańskim Parku Narodowym 



piątek, 19 października 2018

Żywot(nik) piłkarskiej matki

Ostatni post na Żywotniku powstał przy okazji moich imienin. Lada dzień (no, może lada tydzień) będą moje urodziny. Czyżby zanosiło się na to, że będę pisała na swoim blogu AŻ dwa razy do roku? Tak, tak. Słowo AŻ zaczyna tu nabierać realnego znaczenia. A szkoda! Bo choć uwielbiam (!!!) zdjęcia i zaczęłam posługiwać się nimi bardziej niż pismem, to jednak wartość pisma ciągle wydaje mi się większa. 

I tyle tytułem wstępu...

A co od maja w moim życiu?

1.) Jedno jest w tym życiu niezmienne - piłka nożna. Tej było, jest i na pewno będzie z nami bardzo dużo. Aż chwilami mam wrażenie, że życie nasze piłką się toczy... Bo? 

- bo obaj intensywnie uczestniczą we wszystkich swoich treningach klubowych (nie iść na  jeden trening, to jak dostać szlaban na wszelkie wychodne przez cały rok). Każdy ma trening w innych godzinach i w innych miejscach...

- obaj jeżdżą na turnieje, przy czym Aleksander Pan, jeździ na turnieje rocznika swojego i rok starszego oraz bierze udział we wszelkich innych, dostępnych rozgrywkach piłkarskich szkolnych i pozaszkolnych

- godziny spędzone na Orlikach w tzw czasie wolnym są niepoliczalne

- jeśli tylko nic - NAPRAWDĘ - ważnego nie stoi nam na drodze, uczestniczymy we wszystkich meczach ligowych naszej Warmii Grajewo rozgrywanych na rodzimym stadionie

- oglądaliśmy zdecydowaną większość meczów World Cup i na koniec trzymaliśmy kciuki za Chorwację. Reprezentacja Polski trochę nas zawiodła (no ok, więcej niż trochę...)

- teraz śledzimy zmagania Ligi Narodów i Polska znów nas... zawodzi

- nie podoba mi się trener Brzęczek (Nawałka może i nawalił na WC, ale to był jednak GOSĆ)

- naszym idolem nadal pozostaje Ronaldo i w związku z tym kibicujemy teraz Juve, a nie Realowi... 

- dziękujemy bardzo (również tu na blogu) kochanej LUX za pocztówkę z pomnikiem Christiano przysłanej z Madery, skąd boski płaksa pochodzi, a gdzie LUXi szczęśliwie wybrała się na wakacje

- dzisiaj Oleś rozgrywa mecz ligowy rocznika 2007, jutro turniej rocznika 2008, a Maks w niedzielę kończy turniejowe rozgrywki rocznika 2010/2011

- a na dokładkę - dzisiaj jedziemy też na mecz Jagiellonii Białystok z Pogonią Szczecin. Wrócimy koło północy...

- co weekend mecz lub turniej, a jeśli tylko nic NAPRAWDĘ ważnego nie stoi mi na drodze, jestem z chłopakami na każdym wydarzeniu

- zostałam też nadwornym fotografem młodej Warmii..

I tyle o piłce, choć był to jedynie wielki skrót ;-).

2.) Starszy zakończył czwartą klasę z wyróżnieniem. Średnia nie była ani 6.0, ani 5,99, ani nawet 5,5, ale więcej niż 5 i chwała mu za to. Dostał również dyplom za 100 % frekwencji w roku szkolnym. 

3.) Naszą pierwszą (i w zasadzie jedyną) wyprawą wakacyjną była podróż do Gdyni. Zapakowałam samochód czwórką dzieci (moje, siostry i średniego brata) i pojechaliśmy na tydzień do mojego najmłodszego brata marynarza. W końcu! Po tylu latach obecności młodego na Pomorzu, wybrałam się tam na dłużej, niż 2 dni... Nie było nam łatwo ogarnąć z bratem 6 dzieci, ale ogólnie wypad był udany jak cholera. 

4.) Praktycznie całe pozostałe wakacje spędziliśmy na Pastorczyku. Nie ma lepszego miejsca. 

5.). W sierpniu poleciałam na chwilę do Amsterdamu. Niby po coś, a w zasadzie to na randkę z EM. Amsterdam jest mi już całkiem bliski i czuję do niego miętę, ale to wypady w teren lubię najbardziej. Tym razem pojechaliśmy Vespą do PIĘKNEGO miasta Utrecht. Zauroczyłam się nim bardzo-bardzo. Mało tego - w Utrecht spotkaliśmy się z Ardiolą, którą być może część z Was zna z jej bloga http://ardiola.blogspot.com. Spotkanie co prawda dość krótkie, ale strasznie miło było wyściskać się z Alą i pogadać o wszystkim i o niczym. Ala jest taka, jaką ją sobie wyobrażałam - entuzjastyczna, serdeczna, bardzo uśmiechnięta i ciepła :-) :-) :-).

6.) Od rozpoczęcia roku szkolnego minie zaraz dwa miesiące... Maksymilian doskonale czuje się jako pierwszoklasista, chętnie odrabia prace domowe i na razie dostaje prawie same szóstki ;-). W jego klasie jest 7 chłopców i... 13 dziewcząt, a nowa pani jest podobno jedną z najlepszych nauczycielek w szkole, do jakiej to opinii zaczynam się już przychylać całym swym ciałem. 

7.) Piątoklasista radzi sobie nieźle, ale ani nie kuje jak dzięcioł, ani nie ma samych szóstek i piątek. Zaczynamy docenić wartość oceny "4", a jeśli wpadnie "3" to jeszcze Pan Aleks idzie ją z marszu poprawiać (jeszcze, bo nie wiem jak to będzie w przyszłości). Ulubionym przedmiotem niezmiennie jest W-F i obecnie matematyka, a niechęć żywi kolega do rosyjskiego i angielskiego. 

8.) Em poleciał na półtora miesiąca do Indii. Rodzice w wieku podeszłym, zdrowie nadwyrężone... Trzeba. W zasadzie to cieszę się, że Em ma dobre stosunki z rodzicami i jeżeli tylko się do nich wybiera - jestem ZA. Ja do swojego rodzinnego domu mam 50 km, on 8 godzin lotu samolotem... 

9.) Jesień jak dotąd była przepiękna, ale dzisiaj od rana nie ma słońca, a mnie potwornie boli łeb..

10.) Myska wróciła do pisania i było to dla mnie "mocne uderzenie" :-). 

A teraz idę do szkoły przyprowadzić Pierwszaka. 

Buziaki!

czwartek, 24 maja 2018

Joanny i Zuzanny

Wszystkim Joannom i Zuzannom - ofiaruję dziś... wszystkie kwiaty Holandii (na przykład). 

Nie obchodzę imienin jako takich, ale kiedyś, gdy byłam mała, wszelkie imieniny obchodzono hucznie lub co najmniej "jakoś". Nie zwracało się uwagi na urodziny, ale imieniny - zwłaszcza te najbardziej popularne typu: Stanisław, Jadwiga, Krystyna, Barbara, Anna, Kazimierz, Andrzej, Wojciech, nie przechodziły bez echa. Mój rodzinny Pastorczyk to (jak wszyscy tu już wiedzą) tylko 2 domostwa (gospodarstwa) i zarówno u nas jak i u sąsiadów, główni gospodarze (czyli również moi rodzice) to Stanisław i Jadwiga właśnie. I zawsze na tego Stanisława (8 maja) i Jadwigi (15 października) odbywały się biby. Mama nie cierpiała tych imprez, bo zawsze przez dom przewijały się hordy rozmaitych gości (głównie nie zapowiedzianych, ale najczęściej spodziewanych), którzy przywozili kwiatka i zasiadali za stołem. Jedli, pili, krzyczeli, chodzili od nas do sąsiada i od sąsiada do nas... Zasadniczo byli to różni faceci (znajomi, koledzy, kuzyni...), którzy nie wylewali za kołnierz i takie imieniny traktowali jako super okazję do popijawy i ogólnie - rozrywki. Nasz Stanisław, jak już popił z towarzystwem, to nie nadawał się do żadnej roboty i mama oraz my - dzieci - sami musieliśmy zajmować się obrządkiem, którego z racji rozmiarów farmy, zawsze było dużo. Następnego dnia, Stanisław odpoczywał po sutych imieninach, najczęściej do popołudnia... I o ile można by jakoś zrozumieć imieniny Stanisława, to z Jadwigą gorzej... Bo jakie ta Jadwiga miała święto z tymi ciągnącymi na traktorach, rowerach, czy motocyklach chłopach przywożących jej goździki lub gerbery, a następnie moszczącymi się za stołem i ucztującymi do późnego wieczora... Biedna mama. Dosłownie. Na szczęście, z czasem te imprezy odeszły do lamusa, niektórzy notoryczni goście odeszli do Bozi (lub Lucyfera), solenizantom (naszym i sąsiedzkim) chyba już się to wszystko ujadło i zapanował spokój. 

Ja na imieniny zawsze dostawałam od dziadków i stryja Franka (którzy z nami mieszkali) bukiet bzu lub bujana z ogródka i jakiś większy banknot. To akurat było bardzo miłe! W Pastorczyku, koło domu, odkąd żyję, zawsze była (czyli nadal jest) ściana pięknego bzu. Tak ze 30 (lub nawet więcej) metrów krzaków, które w maju sprawiają, że cała osada obłędnie pachnie. Obok bzu rośnie też wiekowy kasztanowiec, a w ogrodach owocowe drzewa, które to rośliny w kwietniu i maju stanowią raj dla oczu i miód dla duszy. Uwielbiam czas kwitnienia krzewów i drzew... I kwitnące łąki mleczy (czy mleczów?). 

Dzisiaj, z okazji swoich imienin, zamierzam po południu wybrać się na samochodowy szrot koło Ełku. Siostra poprosiła mnie o poszukanie lewego lusterka i pasów do swojego (a wcześniej mojego) samochodu, który ma chyba z 27 lat i ciężko już dostać do niego jakiekolwiek części ;-). 

Apropos siostry i samochodu.

Pisałam ostatnio, że w/w spodziewa się trzeciego dziecka.

I dziecko to przyszło na świat 6 maja, w niedzielę, około 3 rano. 

W samochodzie, tuż pod szpitalem ;-). Po prostu. 

Po dwóch synkach, którzy obecnie mają 6 i 2 latka, teraz narodziła się panna Agatka. 

Bet tak długo zwlekała z wyjazdem do szpitala, że ani ona, ani Agatka nie wytrzymały już do samego szpitala i dziecko zostało odebrane w ich czerwonym Seacie, na parkingu przed szpitalem. Mąż Bet brał we wszystkim czynny udział. W dokumentach napisali chyba - poród uliczny, co i jest i nie jest prawdą. W każdym razie, rodzice zgodnie uznali, że czerwony Seat ma u nich teraz dożywocie, a Agata zawsze będzie mogła się chwalić, że jest prawdziwą "blacharką" ha ha ha ;-).

Mała ma sie wspaniale. Bracia ją uwielbiają, choć 2 letni Stasiek nie bardzo jeszcze kuma, co to za osoba zajęła teraz najbliższe miejsce przy jego mamie. Nasz Aleksander, którego drugie imię to Matka Teresa, nie mógł wyjść z podziwu dla nowej siostry, od razu kazał ją sobie dać na kolana i piał nad nią zachwyty. Maks trzymał się trochę na dystans i jedyne co zauważył to to, że najmniejszy dotychczas Staś teraz wygląda przy małej jak gigant.

12 maja, pierwszą komunię miała moja bratanica z Gdyni. Pojechaliśmy tam już 11-ego, a wróciliśmy 13-ego. Pociągiem. Dziewięć osób. Mój ojciec, ja, Em i 6 dzieci w wieku od 5 do 13 lat. W tamtą stronę podróż 6,5 godziny, powrót o godzinę mniej. Trochę męcząca ta włóczęga, bo pociąg bez klimy, a słońce nie próżnowało... Niemniej, podróż udana, impreza również. Wszystko niemal idealnie. Mieliśmy nawet szansę spędzić 2 godziny na molo i plaży w Gdyni-Orłowo. Bałtyk cudowny. Musimy tam jechać na dłużej. To śmieszne, że mam nad morzem rodzonego brata, a bywam tam od wielkiego dzwonu. Brat bardzo często przyjeżdża do Pastorczyka i mamy kontakt idealny, ale jakoś zawsze nam daleko do tej Gdyni... 

Gdyby ktoś nie wiedział, to się trochę pochwalę. Ten brat jest ode mnie 7 lat młodszy, czyli ma niecałe 38 lat i skończył Akademię Marynarki Wojennej (z wyróżnieniem :-)). Od kilku lat pracuje na łodzi podwodnej i ma już stopień komandora podporucznika, co w wojskach lądowych równa się majorowi. Jeszcze 6 awansów i admirał, ha ha. Niemniej, jest to bardzo skromny chłopak i nigdy się sobą nie chełpi. W związku z tym, ja się za niego pochełpiłam, bo to taki mój najbliższy brat. Jego córki są w wieku naszych chłopaków, toteż i pod tym względem mamy wiele wspólnego :-). 

Em od około 5 maja jest już w Polsce. Przywiózł połacie włoskiej skóry i szyje swoje torby. Jeśli ktoś ma na jakąś ochotę - zapraszamy!

Poza tym... piłka i turnieje, imprezy typu piknik rodzinny, jarmark średniowieczny, dzień dziecka i takie tam. Bez końca coś. Rok szkolny zbliża się ku końcowi i dowierzyć nie mogę, że Aleksander pójdzie już do V klasy, a mały Maks do I. 

A na koniec dodam, że jak ślepy ojciec i matka ślepa, to i dziecko poczęło niedowidzieć... Tak. Nasz Oleś od tygodnia nosi okulary. I nawet mu w nich ładnie. 

Czy wpis ten mnie zrehabilitował? 

Od dawna stroiłam się na jakąś notkę, ale nawet jak coś zaczęłam, to nie udawało mi się dokończyć. 

Ale tak ostatecznie, to do napisania zmobilizowała mnie kochana LUXusowa... Dzięki Luxi!!! 


piątek, 13 kwietnia 2018

Gra o milion ;-)

Lubię oglądać "Milionerów". Nie codziennie, nie zawsze, ale jeśli mam okazję - zerkam. Niedawno, miliona zgarnęła przemiła i inteligentna pani w nieco starszym wieku, o pięknym uśmiechu i w bardzo ładnych, krótkich siwych włosach. Bardzo jej kibicowałam i uważam, że ten milion trafił w najbardziej odpowiednie ręce. Moi faceci również mnie namawiają na udział w tym teleturnieju, ale śmiem wątpić, by kiedykolwiek ich namowy zakończyły się powodzeniem. Mój starszy piłkarz, ogląda czasem na You Tube coś a'la Milionerzy piłkarscy. "Turniej" odbywa się chyba online, ale szczegółów nie znam, bo choć siłą okoliczności jestem wkręcona w tematy piłki nożnej, to nie jest ona jedynym sensem mojego życia tak, jak jest dla moich synów. Kto wie, może kiedyś będzie, bo jak z Olesia lub Maksia (albo obu) wyrośnie kiedyś międzynarodowa gwiazda futbolu, to wiadomo już dziś, że ja - matka - będę ich pierwszym, niepobitym niczyją lepszością fanem, wspieraczem,  fotografem, prawnikiem, menadżerem i czym tam jeszcze można być. Chociaż nie. Funkcję menadżera zaklepał już sobie dawno Em, wobec czego nie będę mu na tym polu lazła w paradę. Ostatecznie to on ma doświadczenie i umiejętności menadżerskie, więc niech wykorzystuje!

Ale zaraz, o czym ja tu miałam na myśli napisać, skoro zaczęłam o Milionerach. Aha. O tym, że wczoraj Aleksander mnie zadziwił. Padło bowiem pytanie o 40 tysięcy i dotyczyło piłki nożnej. Zawsze, jeśli tylko widzę tego typu pytania, to szybko wołam Aleksa, by mógł się sprawdzić i wykazać. Tym razem chodziło o to, kto w pierwszej wygranej z Niemcami w 2014 roku, strzelił dla Polski gole. 

Phi, mamo, to ty nie wiesz? Milik i Mila - odpowiedział zanim przeczytał wersje odpowiedzi. Milik z główki, a Mila z akcji. Patrz, jak to było - rzekł z podnieceniem i wziąwszy piłkę, zaczął mi demonstrować i opisywać podania i strzały. 

Pamiętam, że całkiem niedawno też było jakieś piłkarskie pytanie i zanim Hubert dokończył je czytać, Oleś już odpowiedział. On ma naprawdę dużą wiedzę i dobrą pamięć w tej dziedzinie. 

Zapytany o to, kim chce być w przyszłości, nie ma żadnych watpliwości. Maksymalny też ich na razie nie ma. 

I co ja na to? Jak na lato. Ja widzę, że ta piłka jest ich pasją. Nie zainteresowaniem, nie chwilowym zauroczeniem, nie krótką przygodą, nie kaprysem... Odkąd zaczęli chodzić na treningi Warmii, a było to 3 lata temu, przepadli za futbolem z kretesem. Nie iść na trening to kara, płacz i zgrzytanie zębów. Udział w turnieju to wielkie święto. Wyjście na dwór równa się 2,3,4 godziny z piłką na Orliku. Najlepszy prezent? Piłka lub coś do piłki. Najpiękniejsze buty? Korki lub halówki. Najlepszy ciuch? Dres lub strój piłkarski. Najlepsza i w sumie jedyna gra na tablecie? Fifa. Najlepszy program w telewizji? Mecz. Internet? You Tube z tematem futbol. Najlepsze rozmowy? O piłce. Największe marzenia? Mecz na żywo na Narodowym, na Euro, na Mistrzostwach Świata. Wycieczka marzeń? Portugalia lub Hiszpania...

Obaj chłopcy ogólnie kochają sport. Najlepszy przedmiot w szkole? W-f... Ale to akurat po mamusi. Bo mamusia też najbardziej lubiła w-f. I bardzo chciała studiować na AWF. Tymczasem skończyła prawo, zdała egzamin prokuratorski i wiele lat pracowała w obsłudze prawnej spółdzielni, wcale nie czerpiąc z tego satysfakcji. 

Dlatego mamusia pozwoli być swoim synom tym, kim zechcą. I będzie stała za ich wyborami murem. Nie mam marzeń, by moje dzieci zostały lekarzami, prawnikami, czy inżynierami. Gdyby chciały, a jeszcze niewiadomo, czy nie zechcą, bo mają dopiero 7 i 10 lat, to będę ich wspierać, a jakże, ale to ma być ich wybór. Jeśli popełnią błędy i źle wybiorą - cóż, zawsze można wszystko w swoim życiu zmienić. 

Może wydaję się teraz taka mądralińska, bo dzieci są małe, zdrowe, chodzą do szkoły, dobrze się uczą, mają swoje pasje, więc wszystko wydaje się uporządkowane i proste... Nie wiem, co przyniesie los i jak się potoczy przyszłość nas wszystkich, ale wiem (i chyba wszyscy wiedzą), że nie ma lepszej trampoliny w życiu jak wsparcie rodziców, akceptacja wyborów i zajmowanie się tym, co się kocha i w czym jest się dobrym. A przeważnie jest tak, że jak się lubi, co się robi, to jest szansa na sukces i szczęście... O ile słowo sukces jest trochę przereklamowany, to chyba szczęście i spełnienie jest błogosławieństwem i dla samego szczęściarza i ludzi dookoła niego ;-).

No, to sobie pofilozofowałam i posnułam myślami po kątach. A wszystko przez tę piłkę. Wszystko to jej wina. 

Fajnie, że moje Messie i Ronaldy mogą teraz grać na dworze, bo tym samym mniej grają w domu. A przez to, że grają w domu - w dużym pokoju mam puste, łyse ściany, których nie trawię, nie mam jednej zasłony, bo albo i tak wisiała wciśnięta w kąt, albo zwisała na jednej żabce. Roleta z dolnej części balkonowego okna została tak zmasakrowana piłką, że w ogóle musiałam ją zerwać i wyrzucić. Żeby mi nocą nie świeciła uliczna latarnia w tę akurat część okna, powiesiłam na niej specjalny patyczek na przylepce i wieszam tam na noc kawałek materiału... Ale nocą dobierają się do tej zasłonki koty i w zasadzie rano leży już ona zmemłana na podłodze. Koty zresztą żyją w komitywie z piłkarzami, bo one też zrywały zasłonę i często wiszą na firance (takiej już nawet tylko do parapetu). Kwiaty na parapecie albo zostały uszkodzone przez piłkę, albo pogryzione przez Kevina. Bo Kevin, od czasu do czasu, lubi sobie, na przykład, pogryźć kaktusa... Ściana nad kanapą też już straszy swoim wyglądem. Nie dość, że jest jasna, łysa i obszerna, to jeszcze brudna od uderzeń piłkami. Bo kanapę pod tą ścianą, u nas rozkłada się nie tylko, by na niej spać. Tam też ćwiczy się sztukę bramkarską. Jeden staje z piłką przy komódce z telewizorem, a drugi zakłada rękawice bramkarskie i stoi na tej rozłożonej kanapie. Ten pierwszy wykonuje strzały, a ten drugi broni, rzucając się na kanapie jak Fabiański czy Buffon. Także, nie muszę oglądać TV, by oglądać "etapy", karne i mecze. A jak leci mecz, to sekretarz Aleksander rozrysowuje boisko, wybiera kluby, rozstawia zawodników i zapisuje wyniki...

Jutro Aleksander ma wyjazdowy turniej ze swoim rocznikiem, a w niedzielę trenerzy jak zwykle zabierają go na turniej rocznika starszego. Ja i Maks pewnie też pojedziemy kibicować, robić zdjęcia i nagrywać filmiki. W następną sobotę, turniej w Grajewie rozgrywa grupa Maksia. I potem to już pewnie każdy weekend podobny. 

I wiecie co? Dobrze mi z tym ;-). 

I z piłką na gołych ścianach i z kotami dyndającymi na firanach. 

Przewrotka.

Tak dałem kopa, że aż mi rękę wyrwało.

Rożny

Trening - ciężka praca...

Nie oddam!

Jak w raju...

Nówki z raju...

Miłość, aż do zdarcia...

Matka Joanna Cierpliwa oczekująca na boisku... 

środa, 11 kwietnia 2018

Wiosenny porządek

W ubiegły piątek zrobiłam sobie na nowo kudły na blond. U fryzjerki. Stwierdzam, że wyglądam za blado i żeby nadać sobie trochę wyrazistości, muszę codziennie choć troszeczkę pomalować oczy. Z blondem najlepiej mi, kiedy już pojawi się ciemny odrost. Inaczej - jestem kompletnie bez wyrazu. 

Przyszła wiosna i strasznie mi z tego powodu dobrze. Serum rewitalizacyjne. Słońce, błękit, ciepło... Z ulgą pochowałam w pawlacze i do piwnicy zimowe okrycia i buty. Jeśli czapka, to ewentualnie taka z daszkiem. A najlepiej żadna. Po co ukrywać ten nowy blond, nie? Jeszcze tylko tydzień, dwa i świat się zazieleni, zakwitnie i zauroczy mnie na amen. Jeśli znów zginę, to znaczy, że pochłonęła mnie wiosna. Bo idę w nią jak w otchłań... Biorę aparat, telefon i idę. A to w park, a to w las, a to nad jezioro, a to na tory, a to w miasto, a to na boisko, a to na wieś... Gdziekolwiek. Byle blisko słońca i natury. Niedługo nie starczy mi nośników na zdjęcia, ale nie wiem, jak zaradzić temu uzależnieniu... 

Święta Wielkanocne były w przewadze zimne, wietrzne i mokre. Jak zwykle spędziliśmy je w naszym P. Z dużą ilością rodziny i jedzenia. Pomogłam bratowej przy kuchni i  w porządkach, ale w tym roku to głównie skoncentrowałam się na istocie tych Świąt. Po raz pierwszy w życiu uczestniczyłam w całym Triduum Paschalnym i odkryłam, że bez tego te Święta nie są tym, za co je miałam. Co tam pasztety, rzeżucha, święconka i kolorowe jajka... Wszystko to jest cudowne i wspaniałe, ale to jedynie dopełnia tej właściwej PEŁNI. 

Poza tym... rozpoczęła się piłkarska runda wiosenna i choć wyciągnęłam na wierzch szpilki i inne balerinki, to jednak adidasy i trampki są najbardziej pożądane. Jak nie mecz na stadionie, to turniejowe weekendy. I wydatki. Nowe korki, nowy klubowy dres, zapisy na letnie obozy piłkarskie... Pójdę z torbami, zanim te moje Ronalda i Messie zarobią na siebie (może i na mnie przy okazji ;-)). A jak korki, to nie byle jakieś tam za 100 zł. Muszą być: ze skarpetką, Nike lub Adidas i za adekwatną cenę. Cóż, taki ze mnie uległy typ, że choć obiecałam takie cuda dopiero za dobre świadectwo, to już na Gwiazdkę kupiłam markowe halówki i już teraz muszę kupić markowe, zajebiste w swej pomarańczowej krasie korki. Dla Aleksandra. Ale to wszystko tylko za dobre oceny na półrocze i dlatego, że stare buty już są po prostu za małe! Na szczęście, buty piłkarskie i piłki to jedyne dobra materialne, których "wymaga" Ronaldo. Już nie ma jęczenia o konsolę (tu z ojcem nie zmiękniemy), ani pytań o instalację nowej gry na tablet. W zasadzie to jedyną rozrywką chłopaków jest albo gra w piłkę na dworze, albo oglądanie piłki na YouTube. Czasem pograją w Fifę na tablecie i tyle. 

Em jest jeszcze w Indiach, ale już w następnym tygodniu wraca do Amsterdamu, a na początku maja do nas :). Tym razem mieliśmy 3 miesiące rozłąki, ale jak zawsze - zleciało szybko i niebawem w domu znowu będzie większy bałagan, walizy w każdym kącie, koszule do prasowania, galimatias, dużo śmiechu i wspólne wypady. Pierwszy - do Gdyni. Na komunię mojej brataniczki. A tak a propos bratanic i siostrzeńców, to lada moment znów będę ciotką, a mój ojciec dziadkiem. Moja sis niebawem zasili nas bowiem swoim trzecim dzieckiem. Z piłkarskiej jedenastki zrobi się dwunastka. Bynajmniej nie parszywa, ha ha ha. Płeć dwunastki jeszcze nieznana. 

No, tak oto zrobiłam tu wiosenny porządek i mogę iść dalej. 


piątek, 2 marca 2018

Piotruś Pan

Za chwil kilka muszę wyjść i przyprowadzić ze szkoły zerówkowicza, a następnie udać się do Biblioteki Miejskiej, żeby wypożyczyć dla czwartoklasisty lekturę. Zadzwoniłam tam już skoro świt, żeby o książkę zapytać i ewentualnie zaklepać, gdyż w bibliotece szkolnej rozeszła się w trymiga i czwartoklasista poprosił mamusię o interwencję. 

Pani bibliotekarka z przykrością poinformowała, że książki "Piotruś Pan" już nie mają, po czym za kilka chwil oddzwoniła do mnie z radosną nowiną, że jednak znalazła jeszcze jakiegoś "Piotrusia Pana", ale jest on bardzo stary i poszarpany, a na tytuł ma "Przygody Piotrusia Pana", a nie tylko tak goło "Piotruś Pan". Zbiła mnie trochę z pantałyku tą informacją, ale jednak poprosiłam książkę odłożyć. Na marginesie, pani zapytała mnie do której klasy ta lektura i zdziwiła się nieco, że do czwartej i że w ogóle jest to lektura szkolna, ale zapewniła, że odkłada i mamy ją jak w banku. Po rozmowie z tą bardzo miłą, swoją drogą, panią, sprawdziłam internety w poszukiwaniu informacji na temat "Piotrusia Pana" oraz "Przygód Piotrusia Pana". Nie rozwiały mych watpliwości poszukiwania i porównywanie. Ani trochę! Ja sama Piotrusia Pana nie znam. No, chyba, że chodzi o któregoś z moich ciotecznych braci, kolegę z pracy, czy jakichś innych, znanych mi osobiście Piotrusiów (z których chyba ani jeden nie jest właściwym Piotrusiem Panem). Nigdy nie czytałam o przygodach Piotrusia, ani chyba nawet nie oglądałam filmu, a nawet jeśli oglądałam, to musiało być to bardzo dawno temu, bo nic z tego nie pamiętam. 

Tak więc siedzę i targana niepewnością przeglądam ten Internet i przeglądam. Nagle dzwonek domofonu. Olek. Kurka wodna, to on już? To ja aż tyle czasu grzebię się w tych Piotrusiach? 

Olek, dobrze że jesteś. Powiedz mi szybko, jaki jest dokładny tytuł tej twojej lektury: "Piotruś Pan", czy "Przygody Piotrusia Pana", bo wiesz w bibliotece miejskiej jest tylko jedna, taka stara i...

Mamo! Ale to ma być "Król Maciuś Pierwszy"!




czwartek, 1 marca 2018

Fotobudka zimowa

Kurka wodna! Zimno! Słonecznie jak w czerwcu, ale wystarczy przejść się na 20 minutowy spacer i już ciągnie człeka do ciepłego domu. Może należałoby się pancernie ubrać i wtedy dałoby się połazić godzinę, ale w zasadzie miałam dziś na sobie 2 pary spodni, w tym jedne narciarskie, a i tak było mi zimno. Śnieg skrzypiał pod stopami jak pazury Kevina drapiące o szybę (tak, tak, Kevin czasem tak mocno szoruje szyby w oknach, że mało z nich wióry nie lecą) a dłonie niemal zamarzały, kiedy wyciągałam telefon i robiłam zdjęcia. Miałam zamiar zrobić ich sporo, bo warunki oświetleniowe i krajobrazowe bardzo sprzyjały, ale nie tyle zamarzające łapy, co szybko wyłączający się na mrozie telefon sprawiły, że cyknęłam jedynie kilka fotek i zrezygnowana wróciłam do chaty. 

Niezłe zdjęcia robi ten iPhone i jest najlepszym aparatem z tej racji, że poręczny, mały i zawsze pod ręką, w kieszeni, bądź małej torebce. Jako żona fotografa, mam w domu różne profesjonalne kamery i aparaty, ale przyznam szczerze, że nie umiem i nie za bardzo lubię z nich korzystać. Może pewnego dnia przekonam się chociaż do niewielkiej Leicy, bo wielkiego "karabinu" Nikona nie wyobrażam sobie zabierać na każde wyjście z domu. Ostatnio robię wyjątkowo dużo zdjęć i przypuszczam, że niedługo utonę w ich ilości... Owszem, zawsze lubiłam ten "sport", ale ostatnio jakoś bardziej. Najwdzięczniejszym tematem fotografii są oczywiście nasze koty, ale żeby zrobić im przyzwoite i ciekawe zdjęcie, to trzeba za nimi latać z aparatem jak... ten kot z pęcherzem. Trzeba mieć je na oku, bo nigdy niewiadomo, kiedy kot znajdzie się w sytuacji godnej zatrzymania w kadrze. Moi chłopcy również są ciekawym tematem fotograficznym, ale obaj (a zwłaszcza Oleś) unikają oka Saurona jak diabeł święconej wody. Zdjęcia outdoor wydają się w takich okolicznościach najłatwiejsze do uzyskania, ale   i z nimi nie zawsze jest tak łatwo, bo choćby jak dziś - po kilku szotach iPhone odmówił współpracy. Tak, czy siak, robienie zdjęć to bardzo fajne hobby i zamierzam je pielęgnować. 

Aleja drzew
Wielki Igrek
Winter!
Starostwo Powiatowe w zimowej krasie
Flaga, bo Dzień Żołnierzy Wyklętych 
Kevin i Kiara
A kuku

wtorek, 27 lutego 2018

Zimowo i po-urodzinowo

Nie doceniłam zimy w przedostatnim wpisie. Nie wierzyłam w jej siłę w końcu lutego. I co? I przegrałam. Wczoraj wczesnym rankiem było -20. I nadal jest siarczyście zimno. I śniegu poprószyło. I ma tak być co najmniej do końca tego tygodnia. Ciekawe jak my pobiegniemy w najbliższą niedzielę w tym Wilczym Biegu, na który się zapisaliśmy... Zasadniczo prawie wcale nie biegamy, a jak już się do biegu zgłosiliśmy, to jeszcze przyjdzie nam truchtać w ostrym mrozie... No nic to. Zobaczymy. Może się ociepli? Może zamiast -15 będzie tylko jakieś -10?

Urodziny przeszły do historii. Od piątku wieczorem, do niedzieli po południu, nasz dom był pełen. Przybyło sześcioro dodatkowych dzieci i mój najmłodszy brat. W niedzielę, na krojenie tortu i szampana przyjechało moich dwóch pozostałych braci, jeden bratanek, a w międzyczasie przyszła jeszcze Sama z Tiną. 

Tort był w kształcie... piłki. Prezentował się bardzo ładnie, a smakował jak... tradycyjny czekoladowo-wiśniwoy tort. Osobiście ledwo go spróbowałam, bo dla mnie - jeśli już tort -  to albo bezowy, albo lodowy ;-). Największą popularnością spośród menu, cieszyły się jednak wśród dzieci eklerki, pierogi z owocami (jagody, truskawki) oraz pieczony kurczak i moja bezbłędna surówka z kapusty pekińskiej i marchewki (plus majonez pół na pół ze śmietaną). 

Urodziny chłopaków to chyba jedyna okazja w roku, by zjechała do nas rodzina w tak szerokim wachlarzu :-). I nic to, że dzieci narobiły totalnego bajzlu w całym domu i wszyscy spaliśmy na śledzia i gdzie popadło. W tym bowiem jest cała KWINTESENCJA  takiego spotkania.


Za rok, Aleksander będzie już... nastolatkiem. Młodszym, ale jednak. Maksymilian będzie w I klasie... A ja? Ja będę nadal sobą, czyli piękna, młoda i na swój sposób nienormalna ;-).

piątek, 23 lutego 2018

Pełna Dziesiątka i Szczęśliwa Siódemka

Ja dzisiaj to jak ta Kokoszka-Smakoszka... W garach bulgocą flaki, nóżki i ozory... A wszystko to menu urodzinowe... chłopaków ;-). Tak-tak, wiem-wiem - pasuje to menu do dzieciaków jak garbaty do ściany, ale spoko-loko - dzieciom zamówimy pizzę, zrobimy kanapki i upieczemy kurczaka, ale nie samymi dziećmi dom przepełniony będzie. A ci, którzy będą i dziećmi nie są, chętnie podjedzą galaretki, flaczków, czy tatara. Ba, sama się napcham, bo lubię, a u siebie gotuję takie rzeczy raz na kilka lat.

Dziś najmroźniejszy dzień tego roku. I zapewne całej tej zimy. Mówią, że owa zmarzlina może potrwać nawet i ze dwa tygodnie. Spoko. Niech mrozi. Przynajmniej jest dużo słońca, a i zarazy, bakterie i inne dziadostwo mróz wytnie w pień.

Siedem lat temu też był taki mroźny dzień. Słoneczny. Bystry. Bolesny z rana i szczęśliwy tuż po południu. Tuż po 12 w dzień, czyli w środku dnia i zarazem w środku tygodnia, bo w środę, przyszedł na świat Maksymilian. Bordowy jak ćwikła i z nieregularną, bujną fryzurą. 

Przyszedł na świat dokładnie w trzecie urodziny Olesia. Nie wiem, czy to sobie zaplanował (bo ja na pewno nie planowałam!), czy zrobił to spontanicznie... 

Kiedy na świat przyszedł Olek, dzień był również bardzo zimny i słoneczny, choć pan Aleksander wybrał sobie na wielkie przyjście sobotę wieczorem. Był malutki i miał równie bujne i ciemne włosy jak Maksi. 

I tym oto sposobem, urodziny mają tego samego dnia. Zapewne tak to miało się stać i tak się stało. I jest to sympatyczne. Miłe. Trochę niebywałe, trochę niezwykłe... Niby ja i moja siostra też urodziłyśmy się prawie tego samego dnia (1 i 2 listopada), ale PRAWIE w tym przypadku robi wielką różnicę, prawda?

Ciągle małe dzieci, nagle stają nam się duże... Aleksander uczy się w szkole o rozmnażaniu, oblicza pola i obwody figur, dzieli pod kreską, pochłania dość grube lektury, jest gospodarzem klasy, czyta Maksiowi bajki na dobranoc, robi mi drobne zakupy....

Maksio uczy się czytać i pisać, wypożycza książeczki z bibliotek, sam bierze kąpiel, coraz lepiej gra w piłkę, nie wyłudza już niepotrzebnych zabawek...

Nic, tylko wyglądać jak Oleś umówi się z dziewczyną na pizzę, a Maksi pójdzie do I Komunii...

Mam dobrych i mądrych synów, choć nie są bez wad, przywar i skaz ;-). Tak jak i ja nie jestem matką idealną i jak nie jest "bez win" ich kochany tata.

Nie jest też proste, ani idealne nasze życie, ale jest NASZE i tylko nasze i dlatego tak bardzo je cenimy, pomimo burz, upadków, drobnych złości i niewielkich konfliktów...

Nie wiem jak to zabrzmi, ale wcale nie waham ani wstydzę się napisać, że Ci dwaj młodzieńcy, którzy dziś mają swoje święto, są moją największą chlubą i moim największym życiowym osiągnięciem. I nie chciałabym, by coś innego było na topie. Ktoś powie - dzieci urosną, odejdą, zostaniesz sama ze swoim życiem. Obym tylko dożyła tych czasów, kiedy odejdą w swoje strony... Ja zawsze mam i na pewno będę miała co robić. My - bo przecież nie jestem sama. Jest Em. I nic nie zapowiada tego, że go nie będzie! Jesteśmy razem już 10 lat i choć jego często fizycznie z nami nie ma, to tak w ogóle JEST. Bardzo jest :-).

Urodziny są dzisiaj, ale tort w kształcie piłki i toast planowane są na niedzielę, kiedy to większa ilość osób będzie mogła się zjawić. A rodzinne dzieciaki przyjadą do nas już dzisiaj wieczorem oraz jutro. Urodziny zatem - 100 % rodzinne. Obaj chłopcy ponieśli jednak do szkoły cukierki, żeby poczęstować kolegów i koleżanki. Taki starodawny, ale ciągle żywy zwyczaj :-). 

wtorek, 20 lutego 2018

Torem i piłką ku wiośnie

Nie lubię tak długo nie pisać, bo potem nie wiem o czym ma być kolejny post! Choć... w gruncie rzeczy to ja nigdy nie wiem o czym ma być post, który właśnie przybieram się napisać. Ten typ tak ma. Pisze, a nie wie o czym. 

Słyszałam, że w końcu nadchodzi do nas zima. Że ma być ostry mróz. O śniegu nie mówiono. Czegokolwiek by jednak nie było, ja już w zimę tego sezonu nie wierzę. Nawet jeśli pomrozi przez kilka dni i nawet jeśli napada śniegu - ja już i tak czuję zbliżającą się wiosnę!

Wyszłam dziś rano do szkoły (zaprowadzić Maksia, nie że ja sama po nauki) i tak: ciepło (jak na luty) i bardzo słonecznie, a na drzewie przy sąsiednim budynku ptasie trele na całe miasto! I chyba właśnie te trele zasiały we mnie poczucie wiosny. Poczucie i zarazem pragnienie, by ta wiosna już ku nam podążała. Czym prędzej!

W związku z tą niebywałą aurą, zaprowadziwszy zerówkowicza na zajęcia, obrałam kurs na park. Z parku przeprawiłam się przez zasuszoną łączkę na piaszczystą drogę, z drogi przelazłam zaś przez rów na tereny przy-torowe. Słońce bawiło się niebem jak dziecko w piaskownicy i zarówno stary tor, jak i długaśny pociąg towarowy stojący bezczynnie na stacji, wyglądały w tym słońcu majestatycznie. Ba, nawet suche badyle i bezlistne krzaczki oraz drzewa wydawały się w jego blasku po prostu piękne. Zrobiłam kilka zdjęć telefonem i wróciłam do domu. Nie był to długi spacer, ale na początek dobry i taki. W sobotę 3 marca wybieram się z chłopakami na Wilczy Bieg i muszę mieć jako taką kondycję, co by ten niecały kilometr przebiec bez zadyszki i zawału ;-).

Chłopcy mają energię niespożytą, bo: są młodzi jak kwietniowe listki, kochają sport i trenują piłkę. Trenują na treningach, trenują na boiskach, trenują w domu. Zwłaszcza Aleksander. Pisałam to już sto razy i mówiłam razy tysiąc, ale nie zaszkodzi powtórzyć raz jeszcze: ten chłopak zamiast głowy ma piłkę, a zamiast serca... piłkę ;-). Obawiam się też, że jego wątroba, nerki, żołądek oraz wszelkie inne narządy to też piłki... Tak, Aleksander składa się z samych piłek. Syn piłka, po prostu. Maksymilian również gra i trenuje, ale ma też inne zainteresowania i z samych piłek już się nie składa. Olek zakomunikował jasno, że ma tylko TĘ jedną pasję i cała reszta życia to marny pył. Cień. Całe szczęście, że w szkole idzie mu bardzo dobrze, bo na etapie IV klasy SP odrzucić wszystko i poświęcić się tylko piłce, to trochę by było zbyt wiele (jak na moje, nie jego, oko).

A jak piłka, to i turnieje. I ja na te turnieje zwykle chadzam (bądź jeżdżę). I są emocje! I to wielkie! Na ostatnim turnieju Maksia, oglądałam każdy jego mecz (a grali 6) i przeżywałam je włącznie z gryzieniem paznokci i wstawaniem z krzesełka. Ba, raz jak wstałam spontanicznie z takiego krzesełka by wykrzyknąć GOOOOL! i chciałam  z powrotem na to krzesełko siąść, to ledwo nie huknęłam tyłkiem o podłogę, bo krzesełko  - takie jak w kinie - złożyło się błyskawicznie tuż po moim wyskoku! Aleksander też był na tym turnieju jako widz i przeżywał go chyba stokroć bardziej emocjonalnie, niż zawodnik Maks. Oglądał wszystko bardzo dokładnie, komentował, dawał trenerskie rady, buczał z rozpaczy, bądź piszczał z radości. Ale czegóż innego spodziewać się po synu-piłce... ;-).

A teraz pora na drugą kawę dnia. Kolejny post będzie chyba o Kevinie - czy kto chce, czy nie chce :-).




Poranne torowisko


Fotograf poranny



wtorek, 23 stycznia 2018

Plan nie tylko na dziś

Dzisiaj rozpoczęło mi się mniej więcej o 6.30, kiedy to obudziłam się i poczułam, że jestem idealnie wyspana. Ot, tak po prostu. To naprawdę wielkie błogosławieństwo - otworzyć oczy i poczuć, że można od razu wstać, bez ziewania, bez przeciągania się i bez walenia z nienawiścią budzika w... ekran. Oczywiście nie zerwałam się z łóżka w te pędy, bo jeszcze by mi się zakręciło z tego porannego szczęścia we łbie. Pobawiłam się zatem najpierw z Kevinem (a raczej on ze mną), potem przejrzałam aktualności na telefonie (niestety), następnie poprzytulałam się z Maksiem, który dzisiaj spał ze mną i wreszcie uznawszy, że pora na siku i kawę, wyskoczyłam prosto w kapcie i udałam się do łazienno-kuchennej części mieszkania. 

Po pierwszej kawie zabrałam się za układanie w kuchennych szafkach, czego skutkiem ułożyłam plan gastronomiczny na nadchodzące dni. Znalazłam bowiem w tych szafkach: zestaw do samodzielnego wykonania sushi, papier ryżowy, 4 paczki soczewicy, woreczek kaszy jaglanej i makaron cannelloni. I jeszcze mąkę z ciecierzycy, która póki co pozostaje bez planu, bo nie wiem co mam z taką mąką zrobić. Ciecierzycę czasem przyrządzam, i owszem, ale mąki jeszcze nie używałam i będę musiała zasięgnąć na nią idei z Internetu. 

Także, ten tego.

Plan na dzisiaj jest taki, że:

- najpierw zmniejszę ilość soczewicy i ugotuję jedną jej paczkę w standardowym stylu indyjskim - aromatyczną i na gęsto.

I w zasadzie to wszystko jeśli chodzi o dzisiejsze gotowanie ;-) ;-) ;-). 

Jutro zabieram się za sajgonki, które bardzo lubię, ale sama nigdy nie robiłam, więc czeka mnie wyzwanie.

Pojutrze napcham jakimś nadzieniem  rurki cannelloni. Nie przepadam za makaronami - szczerze. Tak jak nie mogę żyć bez ziemniaków, tak makaron plasuj się u mnie na dość dalekim miejscu, ale skoro już te grube makaronowe rury kiedyś kupiłam, to w końcu muszę je i wykorzystać.

Kaszkę jaglaną... ugotuję sobie kiedyś zamiast ziemniaków.

Samodzielne sushi... Hmmm, zbieram się na nie od kilku lat... Ciekawe, ile jeszcze tych lat upłynie, zanim dokonam dzieła...

*. *. *

Poza tym, że przetrząchnęłam kuchenne szafki i ułożyłam plany kulinarne na kilka dni, to co by tu jeszcze dziś zrobić, żeby drugi dzień ferii nie poszedł na zmarnowanie...

To tak:

1. Biblioteka miejska. Jak dotąd wypożyczyłam tam i przeczytałam aż jedną książkę. Ale za to grubą! Ponad 800 stron! Powieść "Hinduskie zaślubiny", która określana jest mianem indyjskiego "Przeminęło z wiatrem". Nie czytałam "Przeminęło z wiatrem" (oglądałam jedynie na wyrywki film), stąd nie mam porównania, ale książka nawet mi się podobała. Wszystko, co traktuje o Indiach, nawet jeśli to tylko beletrystyka - zawsze biorę jak w dym. Ciekawe co wpadnie mi w ręce dzisiaj?

Znacznie częściej z biblioteki miejskiej korzystają chłopcy - Olek pobiera stamtąd głównie lektury, a Maksio książki, które czytam mu przed snem. 

2. Lodowisko. Znowu.

3. Późnym popołudniem obaj piłkarze mają treningi.

4. Wieczorem, koniecznie jakiś film. Wczoraj oglądaliśmy "Różową panterę" - dość sympatyczną komedię ze Stevem Martinem i Jeanem Reno. O tak! Właśnie takich prostych komedii ostatnio nam brak. Takich totalnie do śmiechu! Bo ktoś się przewrócił o własne nogi, albo pierdnął do mikrofonu. W komediach takich, dodatkowo rozśmieszający jest śmiech chłopaków i ich komentarze. 

Zna ktoś dobre tytuły prostych komedii? Z wartką akcją, nieskomplikowaną fabułą i kupą śmiechu? Poproszę!

Jutro przybędzie mi na kilka feryjnych dni dodatkowe dziecko - mój siostrzeniec Tom. Zamierzamy zabrać cały gang na basen i na kręgle. 

I na lodowisko. Znowu.

W najbliższy weekend Olek ma dwudniowy turniej piłkarski w Ełku. 

A po turniejowym weekendzie pojedziemy na kilka dni do P. 

Śnieg jeszcze leży, ale nowego nie przybywa, a w prognozach wielka odwilż z temperaturą do +8 C... 

Em niemal skończył szycie swoich skórzanych akcesoriów. Jestem pod wielkim wrażeniem i muszę mu niebawem poświęcić tutaj post. 

Dochodzi 10.30. Trzej moi chłopi wstali całkiem niedawno i siedzą teraz w piżamach przy tabletach i telefonach. A ja przy komputerze!!! 

Zgroza!!!

Idę coś z tym zrobić, bo woła to o pomstę do nieba!

PS. Cała nadzieja w kotach, bo póki co, tylko one nie używają w tym domu urządzeń cyfrowych. Chociaż... poleżeć na ciepłym laptopie - sam rozkosz :-).