wtorek, 20 lutego 2018

Torem i piłką ku wiośnie

Nie lubię tak długo nie pisać, bo potem nie wiem o czym ma być kolejny post! Choć... w gruncie rzeczy to ja nigdy nie wiem o czym ma być post, który właśnie przybieram się napisać. Ten typ tak ma. Pisze, a nie wie o czym. 

Słyszałam, że w końcu nadchodzi do nas zima. Że ma być ostry mróz. O śniegu nie mówiono. Czegokolwiek by jednak nie było, ja już w zimę tego sezonu nie wierzę. Nawet jeśli pomrozi przez kilka dni i nawet jeśli napada śniegu - ja już i tak czuję zbliżającą się wiosnę!

Wyszłam dziś rano do szkoły (zaprowadzić Maksia, nie że ja sama po nauki) i tak: ciepło (jak na luty) i bardzo słonecznie, a na drzewie przy sąsiednim budynku ptasie trele na całe miasto! I chyba właśnie te trele zasiały we mnie poczucie wiosny. Poczucie i zarazem pragnienie, by ta wiosna już ku nam podążała. Czym prędzej!

W związku z tą niebywałą aurą, zaprowadziwszy zerówkowicza na zajęcia, obrałam kurs na park. Z parku przeprawiłam się przez zasuszoną łączkę na piaszczystą drogę, z drogi przelazłam zaś przez rów na tereny przy-torowe. Słońce bawiło się niebem jak dziecko w piaskownicy i zarówno stary tor, jak i długaśny pociąg towarowy stojący bezczynnie na stacji, wyglądały w tym słońcu majestatycznie. Ba, nawet suche badyle i bezlistne krzaczki oraz drzewa wydawały się w jego blasku po prostu piękne. Zrobiłam kilka zdjęć telefonem i wróciłam do domu. Nie był to długi spacer, ale na początek dobry i taki. W sobotę 3 marca wybieram się z chłopakami na Wilczy Bieg i muszę mieć jako taką kondycję, co by ten niecały kilometr przebiec bez zadyszki i zawału ;-).

Chłopcy mają energię niespożytą, bo: są młodzi jak kwietniowe listki, kochają sport i trenują piłkę. Trenują na treningach, trenują na boiskach, trenują w domu. Zwłaszcza Aleksander. Pisałam to już sto razy i mówiłam razy tysiąc, ale nie zaszkodzi powtórzyć raz jeszcze: ten chłopak zamiast głowy ma piłkę, a zamiast serca... piłkę ;-). Obawiam się też, że jego wątroba, nerki, żołądek oraz wszelkie inne narządy to też piłki... Tak, Aleksander składa się z samych piłek. Syn piłka, po prostu. Maksymilian również gra i trenuje, ale ma też inne zainteresowania i z samych piłek już się nie składa. Olek zakomunikował jasno, że ma tylko TĘ jedną pasję i cała reszta życia to marny pył. Cień. Całe szczęście, że w szkole idzie mu bardzo dobrze, bo na etapie IV klasy SP odrzucić wszystko i poświęcić się tylko piłce, to trochę by było zbyt wiele (jak na moje, nie jego, oko).

A jak piłka, to i turnieje. I ja na te turnieje zwykle chadzam (bądź jeżdżę). I są emocje! I to wielkie! Na ostatnim turnieju Maksia, oglądałam każdy jego mecz (a grali 6) i przeżywałam je włącznie z gryzieniem paznokci i wstawaniem z krzesełka. Ba, raz jak wstałam spontanicznie z takiego krzesełka by wykrzyknąć GOOOOL! i chciałam  z powrotem na to krzesełko siąść, to ledwo nie huknęłam tyłkiem o podłogę, bo krzesełko  - takie jak w kinie - złożyło się błyskawicznie tuż po moim wyskoku! Aleksander też był na tym turnieju jako widz i przeżywał go chyba stokroć bardziej emocjonalnie, niż zawodnik Maks. Oglądał wszystko bardzo dokładnie, komentował, dawał trenerskie rady, buczał z rozpaczy, bądź piszczał z radości. Ale czegóż innego spodziewać się po synu-piłce... ;-).

A teraz pora na drugą kawę dnia. Znów załączam kilka zdjęć - piłkarzy i dzisiejszego poranka na torowisku :-). Kolejny post będzie o Kevinie - czy kto chce, czy nie chce :-).

Turniej Aleksandra 


Turniej Maksymiliana




Poranne torowisko


Fotograf poranny



wtorek, 23 stycznia 2018

Plan nie tylko na dziś

Dzisiaj rozpoczęło mi się mniej więcej o 6.30, kiedy to obudziłam się i poczułam, że jestem idealnie wyspana. Ot, tak po prostu. To naprawdę wielkie błogosławieństwo - otworzyć oczy i poczuć, że można od razu wstać, bez ziewania, bez przeciągania się i bez walenia z nienawiścią budzika w... ekran. Oczywiście nie zerwałam się z łóżka w te pędy, bo jeszcze by mi się zakręciło z tego porannego szczęścia we łbie. Pobawiłam się zatem najpierw z Kevinem (a raczej on ze mną), potem przejrzałam aktualności na telefonie (niestety), następnie poprzytulałam się z Maksiem, który dzisiaj spał ze mną i wreszcie uznawszy, że pora na siku i kawę, wyskoczyłam prosto w kapcie i udałam się do łazienno-kuchennej części mieszkania. 

Po pierwszej kawie zabrałam się za układanie w kuchennych szafkach, czego skutkiem ułożyłam plan gastronomiczny na nadchodzące dni. Znalazłam bowiem w tych szafkach: zestaw do samodzielnego wykonania sushi, papier ryżowy, 4 paczki soczewicy, woreczek kaszy jaglanej i makaron cannelloni. I jeszcze mąkę z ciecierzycy, która póki co pozostaje bez planu, bo nie wiem co mam z taką mąką zrobić. Ciecierzycę czasem przyrządzam, i owszem, ale mąki jeszcze nie używałam i będę musiała zasięgnąć na nią idei z Internetu. 

Także, ten tego.

Plan na dzisiaj jest taki, że:

- najpierw zmniejszę ilość soczewicy i ugotuję jedną jej paczkę w standardowym stylu indyjskim - aromatyczną i na gęsto.

I w zasadzie to wszystko jeśli chodzi o dzisiejsze gotowanie ;-) ;-) ;-). 

Jutro zabieram się za sajgonki, które bardzo lubię, ale sama nigdy nie robiłam, więc czeka mnie wyzwanie.

Pojutrze napcham jakimś nadzieniem  rurki cannelloni. Nie przepadam za makaronami - szczerze. Tak jak nie mogę żyć bez ziemniaków, tak makaron plasuj się u mnie na dość dalekim miejscu, ale skoro już te grube makaronowe rury kiedyś kupiłam, to w końcu muszę je i wykorzystać.

Kaszkę jaglaną... ugotuję sobie kiedyś zamiast ziemniaków.

Samodzielne sushi... Hmmm, zbieram się na nie od kilku lat... Ciekawe, ile jeszcze tych lat upłynie, zanim dokonam dzieła...

*. *. *

Poza tym, że przetrząchnęłam kuchenne szafki i ułożyłam plany kulinarne na kilka dni, to co by tu jeszcze dziś zrobić, żeby drugi dzień ferii nie poszedł na zmarnowanie...

To tak:

1. Biblioteka miejska. Jak dotąd wypożyczyłam tam i przeczytałam aż jedną książkę. Ale za to grubą! Ponad 800 stron! Powieść "Hinduskie zaślubiny", która określana jest mianem indyjskiego "Przeminęło z wiatrem". Nie czytałam "Przeminęło z wiatrem" (oglądałam jedynie na wyrywki film), stąd nie mam porównania, ale książka nawet mi się podobała. Wszystko, co traktuje o Indiach, nawet jeśli to tylko beletrystyka - zawsze biorę jak w dym. Ciekawe co wpadnie mi w ręce dzisiaj?

Znacznie częściej z biblioteki miejskiej korzystają chłopcy - Olek pobiera stamtąd głównie lektury, a Maksio książki, które czytam mu przed snem. 

2. Lodowisko. Znowu.

3. Późnym popołudniem obaj piłkarze mają treningi.

4. Wieczorem, koniecznie jakiś film. Wczoraj oglądaliśmy "Różową panterę" - dość sympatyczną komedię ze Stevem Martinem i Jeanem Reno. O tak! Właśnie takich prostych komedii ostatnio nam brak. Takich totalnie do śmiechu! Bo ktoś się przewrócił o własne nogi, albo pierdnął do mikrofonu. W komediach takich, dodatkowo rozśmieszający jest śmiech chłopaków i ich komentarze. 

Zna ktoś dobre tytuły prostych komedii? Z wartką akcją, nieskomplikowaną fabułą i kupą śmiechu? Poproszę!

Jutro przybędzie mi na kilka feryjnych dni dodatkowe dziecko - mój siostrzeniec Tom. Zamierzamy zabrać cały gang na basen i na kręgle. 

I na lodowisko. Znowu.

W najbliższy weekend Olek ma dwudniowy turniej piłkarski w Ełku. 

A po turniejowym weekendzie pojedziemy na kilka dni do P. 

Śnieg jeszcze leży, ale nowego nie przybywa, a w prognozach wielka odwilż z temperaturą do +8 C... 

Em niemal skończył szycie swoich skórzanych akcesoriów. Jestem pod wielkim wrażeniem i muszę mu niebawem poświęcić tutaj post. 

Dochodzi 10.30. Trzej moi chłopi wstali całkiem niedawno i siedzą teraz w piżamach przy tabletach i telefonach. A ja przy komputerze!!! 

Zgroza!!!

Idę coś z tym zrobić, bo woła to o pomstę do nieba!

PS. Cała nadzieja w kotach, bo póki co, tylko one nie używają w tym domu urządzeń cyfrowych. Chociaż... poleżeć na ciepłym laptopie - sam rozkosz :-).

niedziela, 21 stycznia 2018

Na lód!

Pora rozprostować kości i udać się na łyżwy. Ale to dopiero po tym, jak skończy się w TV "Władca pierścieni", który to film namiętnie śledzi Maksymilianin. Też lubię, ale nigdy nie obejrzałam żadnego odcinka z uwagą od A do Z. Zawsze po kawałku, z przerwami i w rozproszeniu. 

Można powiedzieć, że właśnie rozpoczęły się u nas ferie, więc trzeba trochę ruszyć tyłek i wyjść z chłopakami na śnieg i lód. Jeszcze do niedawna zima była tylko w kalendarzu, na Antarktydzie i w Kanadzie, ale kilka dni temu przyszła w końcu i do nas. Jest trochę śniegu, jest lekki mróz i słońce, czyli pogoda jak ta la-la. Na narty nie mamy za bardzo gdzie iść (bo trzeba byłoby jechać), na sanki raczej też nie (bo nawet takowych nie mamy), pozostają więc stare i poczciwe łyżwy.

Potem trzeba będzie pomyśleć o jakimś obiedzie i coś czuję, że skończy się albo na pizzy, albo na tym podobnym, odświętnym fast foodzie. 

Em całe ostatnie dnie spędza na szyciu swoich skórzanych toreb (a raczej całych zestawów), bo ma zamówienia z Indii, do których wybiera się na początku lutego. Trochę przyglądałam się tej jego robocie i myślę, że też bym dała radę, ale na razie nie zamierzam mu odbierać mistrzostwa :-). 

Kiara ochoczo dziś wychodzi na balkon i spędza tam całkiem pokaźne chwile. Przez ostatnie co najmniej pół godziny leżała na słońcu na zawnętrznym parapecie. Kiedy wróciła, była tak napuszona i świeża oraz miała tak lodowaty nos, że wydzieraliśmy ją sobie z chłopakami z rąk, bo taki odświeżony na mrozie kot jest u nas obiektem pożądania ;-). Kevin też wyściubił na chwilę swoje wąsy za próg balkonu, ale ten chłopak wszystkiego się boi, a zimna zwłaszcza. Ledwo wyszedł, już chciał z powrotem...

No dobra, "Władca pierścieni" się skończył, idę więc przyodziewać siebie i małolatów w pancerne ubrania i ruszamy na taflę. Em z nami nie chodzi, a jeżeli już to jedynie w charakterze filmowca i obserwatora. Obaj chłopca jeżdżą od początku tak, jakby się na płozach urodzili, ale to wiadomo - talent po mamusi. Bo mamusia, choć za kilka lat dobije półwiecza, to sprytem i gracją bije niejednego nastolatka. No co? Chyba można czasem samą siebie pochwalić? Skoro inni tego nie robią, hę?

Wpis został sfabrykowany w międzyczasie i głównie dlatego, żeby życzenia na Boże Narodzenie 2017 już tak mocno nie atakowały oczu odwiedzających :-). Ich czas zdecydowanie już się skończył. 


piątek, 22 grudnia 2017

Just before Christmas

Nie mogłam wcześniej napisać. No nie mogłam i już. Znacie takie sytuacje, kiedy po prostu czegoś nie możecie i kwitujecie to właśnie takim stwierdzeniem: nie mogę i już?! Jestem przekonana, że znacie i czasem używacie. Bo czasem tak jest. I już.

DLA WSZYSTKICH, KTÓRZY TU CZASEM BŁĄDZĄ, BĄDŹ PRZYCHODZĄ SPECJALNIE 

DLA WSZYSTKICH, KTÓRYCH ZNAM I DLA TYCH, KTÓRYCH NIE ZNAM

ŻYCZĘ WSPANIAŁYCH ŚWIĄT!

SPOKOJNYCH, BĄDŹ SZALONYCH - WEDLE ŻYCZENIA

ZDROWYCH - BO JAK ZDROWIE ZAWIEDZIE, TO I MILION W LOTTO NIE UCIESZY

RODZINNYCH 

UŚMIECHNIĘTYCH

BŁOGOSŁAWIONYCH PRZEZ TEGO, DZIĘKI KTÓREMU TE ŚWIĘTA MAMY

JEŚLI CHCECIE SIĘ Z KIMŚ POJEDNAĆ, KOGOŚ PRZEPROSIĆ, KOMUŚ COŚ WYNAGRODZIĆ - NIE ZWLEKAJCIE ANI DNIA

JESLI KTOŚ WYCIĄGNIE DO WAS RĘKĘ NA POJEDNANIE - BIERZCIE JAK W DYM

ŻYCZĘ WIARY, DOBRYCH DUSZ DOOKOŁA I POKOJU W SERCU ORAZ NA NIEBIE!


M E R R Y   C H R I S T M A S !!!


My swoje Święta spędzimy tradycyjnie na Pastorczyku w szerokim gronie rodzinnym. Dzisiaj wraca do domu Em. Niedawno wylądował w Warszawie i niebawem ruszy w pociągową podróż do Gr. 

A na koniec - kilka zdjęć, żeby ten wpis nie był taki goły jak ten na rogu stodoły ;-).

1. Karmnik na szkolną licytację charytatywną. Wykonał mój tata, pomalował mój szwagier, a ozdobiłam i zadbałam o zawartość - jam ci! 



2. Bombeczka wykonana ręcznie przez mistrza kurzych piór, czyli... mnie :-). Bombkę nazwałam NONangry Birds Bomb. Podobnych nie było i sprzedała się nawet nie wiem kiedy, jak i za ile :-).



3. Torebka z naszej kolekcji poświęcona na licytację (jedna z 3) opatrzona wizytówką przeze mnie wykonaną i karteluszkiem wykonanym NIE przeze mnie (ale wypisanym w środku oczywiście przeze mnie ;-)).



4. Cały zestaw licytacyjny pieczołowicie przeze mnie przygotowany, opakowany i zaniesiony do szkoły. Potem - elegancko sprzedany za całkiem niezłą kasę ;-). 


5. A to taki oto Maksymilian na kiermaszu - nieco wymęczony chorobą, ale za to głośno śpiewający pastorałkę. 


5. A to już Kevin, który zestawił choinkę na podłogę, bo na stoliku mu się nie podobało... 


6. Maksymalny Master Chef Junior na szkolnym pieczeniu ciasteczek :-).


7. Żeby nie było, że nie ma Olka - oto proszę. Przed wyjazdem na turniej piłkarski. Kevin też się pakował, ale... ostatecznie został w domku z mamusią :-).



Matka nie zrobiła sobie ostatnimi czasy nawet selfie, także proszę się nie dopominać... Może po Świętach...

PS. Okazuje się, że wcale nie mam dwóch lewych łap i potrafię coś wymyślić, sklecić i jeszcze to sprzedać! No, z tymi dwiema lewymi łapami... to tak nie licząc moich dwóch leworęcznych synalków, dla których lewe to prawe ha ha ha ;-). 

A h o j !

sobota, 18 listopada 2017

Sobota

Od rana do prawie teraz - sprzątałam. Nie, żeby tak od A do Z, ale przynajmniej odkurzyłam i wymopowałam podłogi. Reszta niech poczeka do grudnia. W mopowaniu pomagał mi Maksio, bo jak powiedział, bardzo lubi zmywać podłogi. Cale szczęście, bo ja nie przepadam. Olek nie pomagał w niczym. Łaził do 11 w piżamie, w międzyczasie przeczytał 20 stron lektury (Mikołajek) i zagrał w jedyną grę, w jaką gra na laptopie. Następnie stwierdził, że pora iść na Orlik. Maks w te pędy rzucił mopa ze słowami "ja też, ja też!!! No i poszli. Przed wyjściem zagoniłam ich do śniadania, bo wiem, że jak już wyruszą na ten Orlik to 2-3-4 bite godziny tam spędzą. 

Na śniadanie - wiadomo - jajka. Zaproponowałam sadzone. Yeeeees! odkrzyknęli chórem w duecie. No to tak: Oleś dostał indycze, a Maksio - kacze. Oba te rodzaje jaj mają twarde skorupy i żeby je rozbić trzeba naprawdę porządnie walnąć nimi w kant patelni, albo - jak to zwykle robię - ciachnąć z całej siły ostrzem noża. Zarówno jaja kacze, jak i indycze, poza twardą skorupą, mają jeszcze o wiele gęstszą konsystencję, niż kurze - zwłaszcza białko, które przypomina gęsty kisiel. Rzecz jasna, oba jaja są też większe, stąd po jednym na śniadanie styknęło. 

Aha - jajka indycze nie polecają się do ubijania! Biszkopt z ich udziałem spiekł się na zakalca. Nie był to jednak mój biszkopt, a mojej bratowej - tej od całego tego  drobiu.  I to ona odradza. A ja, choć nie jestem żadnym ekspertem od biszkoptów, ani ciast w ogóle, zgodziłam się z nią w ciemno. Ciężkie i kleiste białko bowiem, dobrze sprawuje się na patelni, ale ni cholery nie da się ubić na pianę. Kontynuując wątek jajek dodam jeszcze, że bardzo dobre i podobne do kurzych, choć ciut bardziej intensywne w barwie i mniejsze, są jajka perlicze. Gęsie mają zaś wielkie żółtka i Mama często dodawała je do pączków, które robiła dość często i które były na pewno najlepsze na świecie. Nawet, jeśli drugiego dnia stawały się twardawe i Mama żartowała, że spokojnie można nimi walić o ścianę i czekać z drżeniem serca, co pęknie pierwsze - pączek czy ściana ;-). Ach, miała ta Mama dystans do siebie i poczucie humoru. Zupełnie jak ja... Ale gotowała wspaniale. Niby prosto i zwyczajnie, ale mało kto już tak dziś potrafi. I wcale nie jest to tylko moja opinia i wcale nie piszę tego dlatego, że Mamy już na Ziemi nie ma, a o zmarłych źle się nie mówi. O nie! Mama naprawdę TO UMIAŁA. Pewne potrawy i wyroby z pewnością odeszły wraz nią... Nikt nie umie ich tak zrobić jak Ona i już. 

No i tak. Zanim zdążyłam się rozpisać, Orlikowscy wrócili. Nie było ich niecałe 2 godziny. Bo zimno, bo towarzysze też się już rozeszli... Olek wziął się za lekcje, a Maks ogląda bajki na iPdzie. Koty śpią na parapecie. Zatopione w sennych marzeniach leżą jak zaczarowane... osiem łapek w uroczym nieładzie, splecione ogony, opadnięte wargi ukazujące ostre ząbki, sterczące we wszystkie strony świata wąsiki... Nic, tylko siedzieć i na nie patrzeć...

Po sprzątaniu wzięłam gorący prysznic. Włosy wyschły mi "na pniu"... Cholernie szybko mi rosną! Ledwo pomaluję odrosty, a tu już nowe na widoku... Mogłabym ich w ogóle nie malować, ale lubię siebie w wersji blond i zamierzam tak jeszcze pozostać. No i na razie jeszcze znowu hoduję te kłaki. I za jakiś czas pewnie znowu je obetnę. Taki wieczny cyrkiel z tymi moimi włosami...

To teraz idę do dalszych zajęć. A na wieczór mamy popcorn i Dzielnego Koguta Mańka. Do obejrzenia. Drobiowo dziś u nas. Jak nie jaja, to koguty. Kukurykuuu!!!