sobota, 18 listopada 2017

Sobota

Od rana do prawie teraz - sprzątałam. Nie, żeby tak od A do Z, ale przynajmniej odkurzyłam i wymopowałam podłogi. Reszta niech poczeka do grudnia. W mopowaniu pomagał mi Maksio, bo jak powiedział, bardzo lubi zmywać podłogi. Cale szczęście, bo ja nie przepadam. Olek nie pomagał w niczym. Łaził do 11 w piżamie, w międzyczasie przeczytał 20 stron lektury (Mikołajek) i zagrał w jedyną grę, w jaką gra na laptopie. Następnie stwierdził, że pora iść na Orlik. Maks w te pędy rzucił mopa ze słowami "ja też, ja też!!! No i poszli. Przed wyjściem zagoniłam ich do śniadania, bo wiem, że jak już wyruszą na ten Orlik to 2-3-4 bite godziny tam spędzą. 

Na śniadanie - wiadomo - jajka. Zaproponowałam sadzone. Yeeeees! odkrzyknęli chórem w duecie. No to tak: Oleś dostał indycze, a Maksio - kacze. Oba te rodzaje jaj mają twarde skorupy i żeby je rozbić trzeba naprawdę porządnie walnąć nimi w kant patelni, albo - jak to zwykle robię - ciachnąć z całej siły ostrzem noża. Zarówno jaja kacze, jak i indycze, poza twardą skorupą, mają jeszcze o wiele gęstszą konsystencję, niż kurze - zwłaszcza białko, które przypomina gęsty kisiel. Rzecz jasna, oba jaja są też większe, stąd po jednym na śniadanie styknęło. 

Aha - jajka indycze nie polecają się do ubijania! Biszkopt z ich udziałem spiekł się na zakalca. Nie był to jednak mój biszkopt, a mojej bratowej - tej od całego tego  drobiu.  I to ona odradza. A ja, choć nie jestem żadnym ekspertem od biszkoptów, ani ciast w ogóle, zgodziłam się z nią w ciemno. Ciężkie i kleiste białko bowiem, dobrze sprawuje się na patelni, ale ni cholery nie da się ubić na pianę. Kontynuując wątek jajek dodam jeszcze, że bardzo dobre i podobne do kurzych, choć ciut bardziej intensywne w barwie i mniejsze, są jajka perlicze. Gęsie mają zaś wielkie żółtka i Mama często dodawała je do pączków, które robiła dość często i które były na pewno najlepsze na świecie. Nawet, jeśli drugiego dnia stawały się twardawe i Mama żartowała, że spokojnie można nimi walić o ścianę i czekać z drżeniem serca, co pęknie pierwsze - pączek czy ściana ;-). Ach, miała ta Mama dystans do siebie i poczucie humoru. Zupełnie jak ja... Ale gotowała wspaniale. Niby prosto i zwyczajnie, ale mało kto już tak dziś potrafi. I wcale nie jest to tylko moja opinia i wcale nie piszę tego dlatego, że Mamy już na Ziemi nie ma, a o zmarłych źle się nie mówi. O nie! Mama naprawdę TO UMIAŁA. Pewne potrawy i wyroby z pewnością odeszły wraz nią... Nikt nie umie ich tak zrobić jak Ona i już. 

No i tak. Zanim zdążyłam się rozpisać, Orlikowscy wrócili. Nie było ich niecałe 2 godziny. Bo zimno, bo towarzysze też się już rozeszli... Olek wziął się za lekcje, a Maks ogląda bajki na iPdzie. Koty śpią na parapecie. Zatopione w sennych marzeniach leżą jak zaczarowane... osiem łapek w uroczym nieładzie, splecione ogony, opadnięte wargi ukazujące ostre ząbki, sterczące we wszystkie strony świata wąsiki... Nic, tylko siedzieć i na nie patrzeć...

Po sprzątaniu wzięłam gorący prysznic. Włosy wyschły mi "na pniu"... Cholernie szybko mi rosną! Ledwo pomaluję odrosty, a tu już nowe na widoku... Mogłabym ich w ogóle nie malować, ale lubię siebie w wersji blond i zamierzam tak jeszcze pozostać. No i na razie jeszcze znowu hoduję te kłaki. I za jakiś czas pewnie znowu je obetnę. Taki wieczny cyrkiel z tymi moimi włosami...

To teraz idę do dalszych zajęć. A na wieczór mamy popcorn i Dzielnego Koguta Mańka. Do obejrzenia. Drobiowo dziś u nas. Jak nie jaja, to koguty. Kukurykuuu!!!

wtorek, 14 listopada 2017

Chmury, koty i kury

Ciemne chmury. Zimno. To fakt numer 1, który nie wymaga udowodnienia. Wystarczy, że mam na sobie 2 pary skarpet i zazdroszczę swoim kotom ciepłych futerek. A futerka mają naprawdę ciepłe i tak miłe w dotyku, że ręka raz przyłożona do kota, chciałaby już zostać tam na stałe... Nocą oba koty śpią... ze mną. Kevin lubi umościć się blisko przy twarzy, bo jest czuły i ceni sobie naprawdę bliski kontakt z człowiekiem. Mruczy mi więc do ucha i masia wąsikami po policzkach. Kiara zwykle leży mi gdzieś na brzuchu lub w nogach. Wydaje mi się, że wwala mi się teraz na łóżko tylko dlatego, że zrobiło się zimno i w związku z tym poszukuje jakiegoś dodatkowego źródła ciepła. Generalnie jest bowiem egocentryczką i nie przepada za czułostkami. Za młodu była inna, ale z wiekiem (choć nie jest stara, ma jakie 3,5 roku) i po sterylizacji stała się, prosto mówiąc, nieco wredna i samolubna. 

Chłopcy śpią w pokoju obok i bardzo chcą oraz starają się, by koty spały z nimi, ale próżne ich zabiegi i starania. Nawet jeśli uda im się przytrzymać kota pod kołdrą na dłużej lub ulec kociej manipulacji - że niby już zgodziły się z nimi spać - po niedługiej chwili koty już są u mnie... Nie wiem dlaczego tak jest, ale w zasadzie zawsze tak było. Wszystkie koty i wszystkie psy zawsze mnie bardzo lubiły. Gdzie ja, tam one. Pisałam już chyba o tym. Psy potrafią nawet opuścić swoich właścicieli i podążyć za mną... W P. jest taki sympatyczny piesek Riko. Na co dzień jest "ogonem" mojej bratowej. Gdzie ona, tam on. Chodzi z nią do obory, pomaga zaganiać krowy itp, itd. Ale kiedy pojawię się ja - koniec. Riko porzuca swoją panią i nie odstępuje na krok właśnie mnie. Nie chodzi już za bratową, a non stop waruje pod drzwiami domu, bo a nuż pojawię się ja... Bratowa jest wtedy śmiertelnie na niego obrażona. Może powinna być obrażona na mnie, ale ja NIC, po prostu NIC nie robię w tym względzie, by przekabacić Rikiego na swoja stronę! Nie mam w tym żadnego interesu, choć powszechnie wiadomo, że moje serce zawsze mocno bije dla zwierząt. 

A koty w domu są uzależniające. Bez końca wszyscy musimy je zaczepiać, głaskać, mówić do nich, dawać całuski, przytulać, nosić na rękach, wymyślać im coraz to nowe pseudonimy i imiona poboczne, bawić się z nimi, snuć o nich historyjki i opowieści, wymyślać rymowanki... Ktoś mądry słusznie powiedział, że dom bez kota to... głupota ;-). Ale nie chcę tu obrażać tych, którzy kota nie chcą, nie mają lub nie lubią... Ja mówię o NASZYM domu. 

Znowu było o kotach? I słusznie. Na pewno będzie jeszcze nie jeden raz. Miauuuu!

Tymczasem, idę sobie zrobić śniadanie.

Ostatnio przywiozłam z P. całe wiaderko jajek (ponad 30 sztuk). Kurzych, kaczych i indyczych. Wszelki drób   na naszej wsi, jak widać nie próżnuje. Wszystko co może, niesie się. Jajek bez liku. Toteż nabrałam, ile się dało. Jajka idą u nas hurtowo, a kiedy jest Em - mega hurtowo. Zauważyłam też, że jajka ostatnio poszybowały potwornie w górę. Cenowo. Nie mam zielonego pojęcia, jak to się dzieje, że jednego dnia jajka klasy M, sztuk 10, kosztują 4 zł, a następnego już ponad 6... Czary mary, hokus pokus. Tylko ludzie tak potrafią. Bo kury i inne jajkozniosy, proszę państwa, co najwyżej... robią sobie z tego jaja. Podobnie było z masłem. Jednego dnia 4 zł, drugiego 6. Nie słyszałam, by krowy w oborze wnosiły o wzrost cen ich mleka. Jedyne o co często mogłyby wnosić, to - lepsze warunki hodowli i nie traktowanie ich tak bardzo instrumentalnie, jak to się - niestety - robi. Bo jest w tym względzie źle. Człowiek czyni sobie ziemie poddaną i wykorzystuje zwierzęta w sposoby okrutne - byle tylko się nachapać, zarobić i sobie dogodzić. Zawsze byłam w wielkim nieporozumieniu ze światem, jeśli chodzi o traktowanie zwierząt i pewnie nigdy do tego porozumienia nie dojdę.

Z jajek z P. będę zaś robić... dzisiaj - jajka w koszulkach. Posłużą mi też do weekendowego ciasta, naleśników, panierowania kotletów i czego tam jeszcze moja wyobraźnia mi nie podpowie.

Ożywianie Żywotnika trwa. O kotach, jajkach, krowach... Nieważne. Byle podlewać, byle pisać, byle pozostawiać jakiś ślad. Pewnie będę sobie za to kiedyś wdzięczna... 

niedziela, 5 listopada 2017

Moja soja

Pośród moich nie-rozlicznych talentów posiadam jeden szczególny, a mianowicie potrafię zrobić coś z niczego, lub wiele z "niewiela". Współczesne nazewnictwo określiłoby to zapewne jako KREATYWNOŚĆ, ale jakoś nie lubię tego słowa. Może, bo jest nadużywane i wszędzie go pełno? Ale nie, nie będę pisać o słowach, bo jak się rozkręcę, to napiszę o nich traktat, a tak naprawdę to chcę jedynie napisać o dzisiejszym swym wspaniałym daniu przygotowanym z tego, co akurat miałam pod przysłowiową ręką. 

Otóż więc tak: znalazłam wczoraj w kuchennej szafce paczkę kotletów sojowych (tzn. nie znalazłam ich ot tak, kiedyś je po prostu kupiłam i wrzuciłam do tej szafki...). Postanowiłam spożytkować owo wege-zawalisko i w związku z tym:

1. Zagotowałam wodę z wegetą (taką z rynku, na wagę, z małą ilością soli i ogólnie taką gruboziarnistą), listkiem laurowym, zielem angielskim, 2 ząbkami czosnku i... chyba już niczym. 

2. Do wody tejże wrzuciłam suche kotlety sojowe i warzyłam je do miękkości. 

3. Odcedziłam uwarzone kotleciki i z braku pomysłu na dalszą ich obróbkę oraz w ogóle braku apetytu na "mięso" sojowe - zostawiłam je na durszlaku na całą, długą noc.

4. Rankiem uznałam, że kotlety należy natychmiast spożytkować, bo się zmarnują, ale na pewno nie chcę smażyć ich a'la schabowe, gdyż na dzisiejszy obiad planuję prawdziwe schabowe ze świniaka.

5. Pokroiłam zatem kotlety w nieregularną kostkę. 

6. Otworzyłam lodówkę i wyciągnęłam z niej to, co leżało długo i prosiło o uwagę, czyli:

- pół cukinii,
- zieloną paprykę,
- pół wielkiej cukrowej cebuli.

7. Co trzeba było - obrałam i wydrążyłam, a następnie wszystko pokroiłam w niewielkie kawałki.

8. Wyciągnęłam patelnię typu wok, i:

- wlałam nań trochę oleju, a kiedy ten zaczął skrzeczeć, zaszczyciłam go przyprawami w ziarenkach: kardamonem, kuminem, czarną gorczycą, kozieradką i kolendrą,

- podsmażyłam ziarenka, bacząc, by nie robić tego zbyt długo, bo ziarenka szybko lubią się spalić,

- na podsmażone nasionka wrzuciłam 2 posiekane byle jak ząbki czosnku i pokrojoną w duże kawały cebulę cukrową,

- podsmażyłam całość przez chwilę, po czym dorzuciłam cukinię i zieloną paprykę, a po chwili również cząstki kotlecików sojowych,

- wymieszawszy pieczołowicie wszystkie składniki drewnianą łyżką, dosypałam: sól i czarny pieprz do smaku, pół łyżeczki mielonego imbiru, dwie szczypty mielonej trawy cytrynowej, ździebko garam masala i mielonej czerwonej papryki, a na koniec wrzuciłam garść mrożonych komli kopru i natki pietruszki,

- wszystko dusiłam jeszcze przez kilka minut, po czym wyłączyłam grzanie na kuchni i zajęłam się czymś zupełnie innym.

A potem zgłodniałam. I nałożyłam sobie kopiastą salaterę mojego spontanicznego sojowego curry z cukinią i zieloną papryką... I potem nałożyłam sobie raz jeszcze i... miałam ochotę na trzeci, ale obżarstwo to grzech, a ja jestem wierząca i dość praktykująca, więc zrezygnowanam i zostawiłam sobie na później :-). Nawet nieźle się złożyło, bo zdążyłam jeszcze zrobić zdjęcie ;-). 


Ani Olek, ani Maks nie spróbowali mojego delikatesu, bo mają długie zęby na dania, które nie są polskim kotletem, kurczakiem, czy - najchętniej - kanapką z masłem i żółtym serem... Męż na pewno by zjadł z ochotą, ale tak się składa, że po dość długim pobycie w Pl, jest teraz na trochę w Ams.


I co? Jest Dżoana domowym Masterchefem? Jest ;-). Dzieci i Em zawsze wysyłają mnie do dwóch programów w TV - do Masterchefa właśnie i do... Milionerów. Do żadnego z nich się nie wybieram, bo np. nie umiem flambirować i nie ugotowałabym żywcem kraba, ani małża oraz wstyd by mi było odpaść na pytaniu za 500 zł, ale jeżeli będzie kiedyś jakiś program typu - Kocia Matka, czy Matka Wariatka - kto wie?


Miłej niedzieli, kochani! 

poniedziałek, 30 października 2017

Kevin i Kiara

Pogoda bez zmian, czyli przepięknie okropna. Nawet koty nie chcą wychodzić na balkon dłużej, niż na kilka minut. Wyjdą, powęszą wiatr, odwiedzą balkon sąsiadów, zmoczą łapki na zapadanej terakocie i siadają na zewnętrznym parapecie (to Kiara), bądź wprost przed drzwiami (to Kevinek) i patrząc wybałuszonymi oczkami do środka, wołają błagalnie - wpuść nas już, wpuść! No i oczywiście wpuszczam. I napawam się przez chwilę zapachem tych wspaniałych, nastroszonych na chłodzie kotów... Tak, tak. Świeży, wywietrzony kotek naprawdę ładnie pachnie i do tego ma cudownie zimny, wilgotny nosek, którym można sobie robić pieczątki na policzkach :-). Dodatkowo, intensywnie różowy nos Kevina staje się na zimnie jeszcze bardziej różowy, a przepastnie czarny nosek Kiary błyszczy jeszcze bardziej, jak najwyższej jakości węgiel. Ach te nasze koty! Ta moja mała zagroda! Mój inwentarz! 

Pomimo tego, że: 

- dużo jedzą (zwłaszcza Kevin, bo rośnie) 
- zużywają dużo żwirku i roznoszą go na łapach po domu, co jest irytujące zwłaszcza, gdy chodzi się boso

 a zatem "rujnują" nas finansowo ;-)

- wszędzie zostawiają sierść (śpią w szafach i na zostawionych tu i ówdzie ubraniach)
- drapią meble (głównie kanapę i tapicerowaną pufę na kapcie)
- wygrzebują ziemię z kwiatów i wdrapują się na te większe (to Kevin!)
- łażą po meblach i strącają z nich różne rzeczy 
- włażą do mokrych zlewów i robią potem mokre ślady po podłodze
- wspinają się po nodze (Kevin!)
- roznoszą gumki od włosów, spinki i drobną biżuterię po całym domu (Kevin!)

to właśnie pomimo tego, są to kochane sierściuchy, bez których nasze życie miałoby o wiele niższą jakość! Zwłaszcza dla mnie i chłopaków. Em nie posiadał doświadczenia w posiadaniu kotów, stąd już pojawienie się u nas Kiary (3 lata temu) było dla niego swoistym novum, ale na dzień dzisiejszy można powiedzieć, że jest już dość wprawnym kociarzem. Może nie ma na punkcie kotów takiego świra jak ja i chłopcy, ale odnosi się do nich z czułością i szacunkiem. Czasami przemawia do nich jak guru, przeprasza, gdy musi zsunąć je ze swojego fotela lub wyprosić z pokoju. Niby ciągle podchodzi do nich z małą rezerwą, ale wiem, że uległ już kociemu czarowi i traktuje nasze koty jak członków rodziny. Jeśli zwraca się do nich per "beta" - nie może być inaczej. "Beta" najczęściej mówi się bowiem do dziecka :-). Prawdą jest też to, że Em zazwyczaj łatwo ulega temu, co ja i chłopcy lubimy, propagujemy, wymyślamy, hołubimy... Mamy z nim pod tym względem łatwo i cieszę się, że nie jest sztywniakiem, który terroryzuje rodzinę swoimi zasadami. Ba, to raczej rodzinka terroryzuje jego, ale jest to raczej przyjemny terror, jak mniemam, bo cóż to za terror, który polega - na przykład - na sprowadzeniu do domu kotów - pięknych, uroczych i miękkich jak aksamit... Myliłby się jednak ten, kto uznałby, że w związku z powyższym, Em to rodzaj kapcia, bo nijak to pojęcie do niego nie pasuje. To jest po prostu normalny, ciepły facet, który wie, że jego szczęście zależy od szczęścia jego dzieci, żony i... kotów ;-).

Największy problem koty sprawiają wtedy, kiedy musimy gdzieś wyjechać, bo trzeba myśleć co z nimi zrobić. Ale i to da się zorganizować. Kiedy jedziemy do P., oba koty też jadą i na dodatek siedzą w jednej torbie. Nie jest to najlepszy pomysł, bo Kiara, choć jako tako już akceptuje Kevina, to jednak nie przepada za nim i więcej na niego warczy i syczy, niż okazuje mu swą miłość, ale na razie jedna torba musi im wystarczyć... Kiedy Kevin urośnie, na pewno trzeba będzie kupić drugą. I wtedy, nasze podróże z kotami będą wyglądały jak cygańska włóczęga - walizki i torby z ubraniami, torby z jedzeniem, torby z kotami... Miauuu!

Kevina znalazłam około 3 miesięcy temu. Na środku szosy, na granicy miasta Kolna i wsi Gromadzyn, tuż obok cmentarza. Mała, chuda, kosmata istota z brudną buzią, zakrwawioną wargą, przekrwionymi i zastrachanymi oczkami i podkulonym ogonem. Mało brakło, a rozjechałabym kolesia na miazgę, bo szara sierść i szara szosa zlewały się w jedno. W ostatniej chwili ominęłam zawalidrogę, szybko stanęłam na poboczu, podbiegłam do niej i bez zastanowienia zgarnęłam do bagażnika. Obok, na wjeździe do małego bloku stał gruby jegomość, który ciekawie przyglądał się mojej akcji. Zapytałam, czy nie wie co to za kot, ale wzruszył jedynie ramionami i ze spokojem wycedził - a bo ja wiem? może kto wywalił? Pewnie! Może nawet on sam! Bo kotek siedział w zasięgu jego wzroku, a gość nawet nie pofatygował się, by go chociaż odrzucić do rowu. Ech, ludzie! Od razu zawiozłam kociaka do weterynarza, gdzie dostał zastrzyki i potem już stał maskotką i ulubieńcem wszystkich dzieciaków w P. Szybko doszedł do siebie i dzisiaj mamy już  ślicznego, wesołego rozrabiakę, który najbardziej na świecie kocha swoją... przybraną mamę ;-) ;-) ;-). No co? Może sobie i pochlebiam, ale ten kociak naprawdę jest bardzo uczuciowy :-). 

Mówiłam już, że o kotach mogę bez końca? 

Ale na razie to tyle, bo mi zaraz ten koci tekst wzrośnie do lwich rozmiarów!




sobota, 28 października 2017

Dom medialny po przerwie

Pusto w tym moim domu medialnym, że aż strach włazić... Ale nic to, włażę... Może nic mi się na łeb nie zawali, a przy okazji kurz rozdmucham i rozejrzę się po kątach. A nuż okaże się, że nie jestem tu sama? Że są tu gdzieś jeszcze jakieś żywa dusze, które zaglądają do tej oazy zapomnienia w poszukiwaniu... No właśnie, czegóż tu można szukać? 


* * *

Listopad się zbliża. Ulubiony miesiąc wszystkich, ha ha ha. Także mój. Ale mój to tak naprawdę, nie z żadnym przekąsem, czy złośliwie. Bo pewna jestem, że każdy z nas kocha miesiąc, w którym się urodził, nawet jeśli jest to tak nikczemny miesiąc jak listopad. W tym roku moje urodziny będą dość wyjątkowe, bo złożone z dwóch takich samych cyfr. Nie wiem co i czy w ogóle to coś oznacza, ale takie - powiedzmy - samo 44 było tajemniczym imieniem w "Dziadach" Adama Mickiewicza. Podobno nikt do końca nie wie, o co wieszczowi chodziło z tym numerycznym imieniem, ale nie ulega wątpliwości, że Dziady i 44 to w tym roku bardzo trafny duet jeśli o mnie chodzi. 44, bo wiadomo - tyle już lat nosi mnie ten świat, a Dziady, bo niezmiennie mam urodziny w Zaduszki, które jakby nie było - zawsze brzmią bardzo po dziadowsku.

Dzisiaj jeszcze jest październik, ale pogoda już iście listopadowa - ciemno jak w grobie, mokro jak w bagnie, ponuro jak w piwnicy i szaro jak w wiadrze z popiołem. Ale to na zewnątrz, bo wewnątrz jest całkiem ciepło i kolorowo. Dzieci rozpraszają ciemność petardami śmiechu, koty zaś... no, koty to ciepło, miękkość i miłość same w sobie. Sam fakt, że są, sprawia, iż codzienna egzystencja staje się lekka jak koci wąs i aksamitna jak futerko Kevina. Kocham te moje koty jak nie wiem co i wyznaję zasadę, że kot w dom, to prawie jak... bóg w dom! Gdybym miała psy, myślałabym tak samo - wyjaśniając tym samym, że nie uznaję przewagi kota nad psem, ani odwrotnie. No, ale tak się akurat składa, że mamy obecnie dwa koty i do kotów pieję peany i jestem gotowa pisać dla nich i o nich wiersze. Miau!!!

Tydzień temu ślub wziął mój 27 letni chrześniak. Wesele było super, a super tym bardziej, że obfitowało w rodzinę i znajomych. Dużo dobrego jedzenia, picia i muzyki. Jadłam jednak niewiele, piłam bez procentów, a tańczyłam... zależnie od partnera ;-). Dużo natomiast ucinałam pogawędek, gdyż okazja spotkania tak wielu bliskich osób w jednym miejscu, nie zdarza się często. Od tego gadania, do dzisiaj mam chrypę!

Otrzymałam wiele komplementów co do swojego wyglądu, ale drugi raz w życiu (pierwszy był z okazji wesela siostry blisko dwa lata temu) poszłam do specjalistek od urody, które to panie udoskonaliły mnie na tę wyjątkową okazję. 

Fryzjerka miała pokręcić mi nieco moje błogie włosy, by stanowiły rozczochraną szopę (przynajmniej tak to sobie wyobrażałam), ale ta zrobiła mi lokówką tak zwane - nomen omen - loki, którym nie pożałowała lakieru i odniosłam wrażenie, że niosę na głowie stężały makron. Oczywiście roztrzepałam go w domu na wszystkie cztery świata strony, bo nie byłabym sobą, gdybym tak nie zrobiła, ale ilośc lakieru sprawiła, że fryzura trzymała jednak fason do rana. 

Manikiurzystka zajęła się moimi łapami dzień przed weselem. Bardzo uważałam przez ostatnie 2 tygodnie, by nieco podhodować pazury, nie połamać ich i nie poobgryzać, toteż pani w czarnych rękawiczkach miała z czego spiłować i nadać bardziej delikatny kształt. Moje łapy i paznokcie, niestety, nie mają naturalnie wdzięcznego wyglądu i bardziej nadają się do fizycznej roboty, niż reklamy pierścionków czy lakieru, ale jak tak pani w czarnych rękawiczkach nad nimi popracowała, to okazały się nawet-nawet. Kolor lakieru wybrałam sobie sama i oczywiście była to ciemna czerwień.

Pani od makijażu również zrobiła dobrą robotę. Zastrzegłam, że make-up ma być delikatny i taki też był, choć miałam trochę... doklejonych rzęs (!) i jakby nie było pudrową tapetę. Tapeta owa była ponoć normalna i naprawdę subtelna, ale jeśli na co dzień nie nosi prawie żadnej, to każda wygląda jak... tapeta ;-). 

Sukienkę miałam rzecz jasna prostą i granatową. Do ozdoby nieco srebra i voilà - Dżoana gotowa. To naprawdę miło słyszeć pytania o receptę na młodość i słowa - wyglądasz jak dziewczynka - nawet jeśli nie jest to do końca prawda :-).

Mój chrześniak "miał szczęście" - jego rodzice chrzestni wyglądali na weselu jak jego starsze rodzeństwo, bo kiedy dostąpili zaszczytu zostania chrzestnymi mieli zaledwie po 17 (ja) i 15 lat! Ja też "miałam szczęście" być na tym weselu funkcyjnie w tak młodym (?) wieku, ale to chyba pierwszy i ostatni raz, bo dwójka moich pozostałych chrześniaków ma dopiero 6 i 5 lat, a zatem dopiero komunie przed nami, a gdzie mowa o weselach... Czym tu się jednak przejmować... Czy chrzestna po 60, abo 70 nie może nadal wyglądać sexi, tańczyć jak balerina i pić szampana całą noc? Może. I tak właśnie będzie. 

Dobra. 

Za oknem jakaś oficjalna impreza. W strugach deszczu zacina orkiestra dęta. Ciekawe, co tam się dzieje? Dowiem się :-).

A tymczasem - lokal wirtualny odkurzony i tylko czekać na ciąg dalszy.

Bo tęskno było.