czwartek, 24 maja 2018

Joanny i Zuzanny

Wszystkim Joannom i Zuzannom - ofiaruję dziś... wszystkie kwiaty Holandii (na przykład). 

Nie obchodzę imienin jako takich, ale kiedyś, gdy byłam mała, wszelkie imieniny obchodzono hucznie lub co najmniej "jakoś". Nie zwracało się uwagi na urodziny, ale imieniny - zwłaszcza te najbardziej popularne typu: Stanisław, Jadwiga, Krystyna, Barbara, Anna, Kazimierz, Andrzej, Wojciech, nie przechodziły bez echa. Mój rodzinny Pastorczyk to (jak wszyscy tu już wiedzą) tylko 2 domostwa (gospodarstwa) i zarówno u nas jak i u sąsiadów, główni gospodarze (czyli również moi rodzice) to Stanisław i Jadwiga właśnie. I zawsze na tego Stanisława (8 maja) i Jadwigi (15 października) odbywały się biby. Mama nie cierpiała tych imprez, bo zawsze przez dom przewijały się hordy rozmaitych gości (głównie nie zapowiedzianych, ale najczęściej spodziewanych), którzy przywozili kwiatka i zasiadali za stołem. Jedli, pili, krzyczeli, chodzili od nas do sąsiada i od sąsiada do nas... Zasadniczo byli to różni faceci (znajomi, koledzy, kuzyni...), którzy nie wylewali za kołnierz i takie imieniny traktowali jako super okazję do popijawy i ogólnie - rozrywki. Nasz Stanisław, jak już popił z towarzystwem, to nie nadawał się do żadnej roboty i mama oraz my - dzieci - sami musieliśmy zajmować się obrządkiem, którego z racji rozmiarów farmy, zawsze było dużo. Następnego dnia, Stanisław odpoczywał po sutych imieninach, najczęściej do popołudnia... I o ile można by jakoś zrozumieć imieniny Stanisława, to z Jadwigą gorzej... Bo jakie ta Jadwiga miała święto z tymi ciągnącymi na traktorach, rowerach, czy motocyklach chłopach przywożących jej goździki lub gerbery, a następnie moszczącymi się za stołem i ucztującymi do późnego wieczora... Biedna mama. Dosłownie. Na szczęście, z czasem te imprezy odeszły do lamusa, niektórzy notoryczni goście odeszli do Bozi (lub Lucyfera), solenizantom (naszym i sąsiedzkim) chyba już się to wszystko ujadło i zapanował spokój. 

Ja na imieniny zawsze dostawałam od dziadków i stryja Franka (którzy z nami mieszkali) bukiet bzu lub bujana z ogródka i jakiś większy banknot. To akurat było bardzo miłe! W Pastorczyku, koło domu, odkąd żyję, zawsze była (czyli nadal jest) ściana pięknego bzu. Tak ze 30 (lub nawet więcej) metrów krzaków, które w maju sprawiają, że cała osada obłędnie pachnie. Obok bzu rośnie też wiekowy kasztanowiec, a w ogrodach owocowe drzewa, które to rośliny w kwietniu i maju stanowią raj dla oczu i miód dla duszy. Uwielbiam czas kwitnienia krzewów i drzew... I kwitnące łąki mleczy (czy mleczów?). 

Dzisiaj, z okazji swoich imienin, zamierzam po południu wybrać się na samochodowy szrot koło Ełku. Siostra poprosiła mnie o poszukanie lewego lusterka i pasów do swojego (a wcześniej mojego) samochodu, który ma chyba z 27 lat i ciężko już dostać do niego jakiekolwiek części ;-). 

Apropos siostry i samochodu.

Pisałam ostatnio, że w/w spodziewa się trzeciego dziecka.

I dziecko to przyszło na świat 6 maja, w niedzielę, około 3 rano. 

W samochodzie, tuż pod szpitalem ;-). Po prostu. 

Po dwóch synkach, którzy obecnie mają 6 i 2 latka, teraz narodziła się panna Agatka. 

Bet tak długo zwlekała z wyjazdem do szpitala, że ani ona, ani Agatka nie wytrzymały już do samego szpitala i dziecko zostało odebrane w ich czerwonym Seacie, na parkingu przed szpitalem. Mąż Bet brał we wszystkim czynny udział. W dokumentach napisali chyba - poród uliczny, co i jest i nie jest prawdą. W każdym razie, rodzice zgodnie uznali, że czerwony Seat ma u nich teraz dożywocie, a Agata zawsze będzie mogła się chwalić, że jest prawdziwą "blacharką" ha ha ha ;-).

Mała ma sie wspaniale. Bracia ją uwielbiają, choć 2 letni Stasiek nie bardzo jeszcze kuma, co to za osoba zajęła teraz najbliższe miejsce przy jego mamie. Nasz Aleksander, którego drugie imię to Matka Teresa, nie mógł wyjść z podziwu dla nowej siostry, od razu kazał ją sobie dać na kolana i piał nad nią zachwyty. Maks trzymał się trochę na dystans i jedyne co zauważył to to, że najmniejszy dotychczas Staś teraz wygląda przy małej jak gigant.

12 maja, pierwszą komunię miała moja bratanica z Gdyni. Pojechaliśmy tam już 11-ego, a wróciliśmy 13-ego. Pociągiem. Dziewięć osób. Mój ojciec, ja, Em i 6 dzieci w wieku od 5 do 13 lat. W tamtą stronę podróż 6,5 godziny, powrót o godzinę mniej. Trochę męcząca ta włóczęga, bo pociąg bez klimy, a słońce nie próżnowało... Niemniej, podróż udana, impreza również. Wszystko niemal idealnie. Mieliśmy nawet szansę spędzić 2 godziny na molo i plaży w Gdyni-Orłowo. Bałtyk cudowny. Musimy tam jechać na dłużej. To śmieszne, że mam nad morzem rodzonego brata, a bywam tam od wielkiego dzwonu. Brat bardzo często przyjeżdża do Pastorczyka i mamy kontakt idealny, ale jakoś zawsze nam daleko do tej Gdyni... 

Gdyby ktoś nie wiedział, to się trochę pochwalę. Ten brat jest ode mnie 7 lat młodszy, czyli ma niecałe 38 lat i skończył Akademię Marynarki Wojennej (z wyróżnieniem :-)). Od kilku lat pracuje na łodzi podwodnej i ma już stopień komandora podporucznika, co w wojskach lądowych równa się majorowi. Jeszcze 6 awansów i admirał, ha ha. Niemniej, jest to bardzo skromny chłopak i nigdy się sobą nie chełpi. W związku z tym, ja się za niego pochełpiłam, bo to taki mój najbliższy brat. Jego córki są w wieku naszych chłopaków, toteż i pod tym względem mamy wiele wspólnego :-). 

Em od około 5 maja jest już w Polsce. Przywiózł połacie włoskiej skóry i szyje swoje torby. Jeśli ktoś ma na jakąś ochotę - zapraszamy!

Poza tym... piłka i turnieje, imprezy typu piknik rodzinny, jarmark średniowieczny, dzień dziecka i takie tam. Bez końca coś. Rok szkolny zbliża się ku końcowi i dowierzyć nie mogę, że Aleksander pójdzie już do V klasy, a mały Maks do I. 

A na koniec dodam, że jak ślepy ojciec i matka ślepa, to i dziecko poczęło niedowidzieć... Tak. Nasz Oleś od tygodnia nosi okulary. I nawet mu w nich ładnie. 

Czy wpis ten mnie zrehabilitował? 

Od dawna stroiłam się na jakąś notkę, ale nawet jak coś zaczęłam, to nie udawało mi się dokończyć. 

Ale tak ostatecznie, to do napisania zmobilizowała mnie kochana LUXusowa... Dzięki Luxi!!! 


piątek, 13 kwietnia 2018

Gra o milion ;-)

Lubię oglądać "Milionerów". Nie codziennie, nie zawsze, ale jeśli mam okazję - zerkam. Niedawno, miliona zgarnęła przemiła i inteligentna pani w nieco starszym wieku, o pięknym uśmiechu i w bardzo ładnych, krótkich siwych włosach. Bardzo jej kibicowałam i uważam, że ten milion trafił w najbardziej odpowiednie ręce. Moi faceci również mnie namawiają na udział w tym teleturnieju, ale śmiem wątpić, by kiedykolwiek ich namowy zakończyły się powodzeniem. Mój starszy piłkarz, ogląda czasem na You Tube coś a'la Milionerzy piłkarscy. "Turniej" odbywa się chyba online, ale szczegółów nie znam, bo choć siłą okoliczności jestem wkręcona w tematy piłki nożnej, to nie jest ona jedynym sensem mojego życia tak, jak jest dla moich synów. Kto wie, może kiedyś będzie, bo jak z Olesia lub Maksia (albo obu) wyrośnie kiedyś międzynarodowa gwiazda futbolu, to wiadomo już dziś, że ja - matka - będę ich pierwszym, niepobitym niczyją lepszością fanem, wspieraczem,  fotografem, prawnikiem, menadżerem i czym tam jeszcze można być. Chociaż nie. Funkcję menadżera zaklepał już sobie dawno Em, wobec czego nie będę mu na tym polu lazła w paradę. Ostatecznie to on ma doświadczenie i umiejętności menadżerskie, więc niech wykorzystuje!

Ale zaraz, o czym ja tu miałam na myśli napisać, skoro zaczęłam o Milionerach. Aha. O tym, że wczoraj Aleksander mnie zadziwił. Padło bowiem pytanie o 40 tysięcy i dotyczyło piłki nożnej. Zawsze, jeśli tylko widzę tego typu pytania, to szybko wołam Aleksa, by mógł się sprawdzić i wykazać. Tym razem chodziło o to, kto w pierwszej wygranej z Niemcami w 2014 roku, strzelił dla Polski gole. 

Phi, mamo, to ty nie wiesz? Milik i Mila - odpowiedział zanim przeczytał wersje odpowiedzi. Milik z główki, a Mila z akcji. Patrz, jak to było - rzekł z podnieceniem i wziąwszy piłkę, zaczął mi demonstrować i opisywać podania i strzały. 

Pamiętam, że całkiem niedawno też było jakieś piłkarskie pytanie i zanim Hubert dokończył je czytać, Oleś już odpowiedział. On ma naprawdę dużą wiedzę i dobrą pamięć w tej dziedzinie. 

Zapytany o to, kim chce być w przyszłości, nie ma żadnych watpliwości. Maksymalny też ich na razie nie ma. 

I co ja na to? Jak na lato. Ja widzę, że ta piłka jest ich pasją. Nie zainteresowaniem, nie chwilowym zauroczeniem, nie krótką przygodą, nie kaprysem... Odkąd zaczęli chodzić na treningi Warmii, a było to 3 lata temu, przepadli za futbolem z kretesem. Nie iść na trening to kara, płacz i zgrzytanie zębów. Udział w turnieju to wielkie święto. Wyjście na dwór równa się 2,3,4 godziny z piłką na Orliku. Najlepszy prezent? Piłka lub coś do piłki. Najpiękniejsze buty? Korki lub halówki. Najlepszy ciuch? Dres lub strój piłkarski. Najlepsza i w sumie jedyna gra na tablecie? Fifa. Najlepszy program w telewizji? Mecz. Internet? You Tube z tematem futbol. Najlepsze rozmowy? O piłce. Największe marzenia? Mecz na żywo na Narodowym, na Euro, na Mistrzostwach Świata. Wycieczka marzeń? Portugalia lub Hiszpania...

Obaj chłopcy ogólnie kochają sport. Najlepszy przedmiot w szkole? W-f... Ale to akurat po mamusi. Bo mamusia też najbardziej lubiła w-f. I bardzo chciała studiować na AWF. Tymczasem skończyła prawo, zdała egzamin prokuratorski i wiele lat pracowała w obsłudze prawnej spółdzielni, wcale nie czerpiąc z tego satysfakcji. 

Dlatego mamusia pozwoli być swoim synom tym, kim zechcą. I będzie stała za ich wyborami murem. Nie mam marzeń, by moje dzieci zostały lekarzami, prawnikami, czy inżynierami. Gdyby chciały, a jeszcze niewiadomo, czy nie zechcą, bo mają dopiero 7 i 10 lat, to będę ich wspierać, a jakże, ale to ma być ich wybór. Jeśli popełnią błędy i źle wybiorą - cóż, zawsze można wszystko w swoim życiu zmienić. 

Może wydaję się teraz taka mądralińska, bo dzieci są małe, zdrowe, chodzą do szkoły, dobrze się uczą, mają swoje pasje, więc wszystko wydaje się uporządkowane i proste... Nie wiem, co przyniesie los i jak się potoczy przyszłość nas wszystkich, ale wiem (i chyba wszyscy wiedzą), że nie ma lepszej trampoliny w życiu jak wsparcie rodziców, akceptacja wyborów i zajmowanie się tym, co się kocha i w czym jest się dobrym. A przeważnie jest tak, że jak się lubi, co się robi, to jest szansa na sukces i szczęście... O ile słowo sukces jest trochę przereklamowany, to chyba szczęście i spełnienie jest błogosławieństwem i dla samego szczęściarza i ludzi dookoła niego ;-).

No, to sobie pofilozofowałam i posnułam myślami po kątach. A wszystko przez tę piłkę. Wszystko to jej wina. 

Fajnie, że moje Messie i Ronaldy mogą teraz grać na dworze, bo tym samym mniej grają w domu. A przez to, że grają w domu - w dużym pokoju mam puste, łyse ściany, których nie trawię, nie mam jednej zasłony, bo albo i tak wisiała wciśnięta w kąt, albo zwisała na jednej żabce. Roleta z dolnej części balkonowego okna została tak zmasakrowana piłką, że w ogóle musiałam ją zerwać i wyrzucić. Żeby mi nocą nie świeciła uliczna latarnia w tę akurat część okna, powiesiłam na niej specjalny patyczek na przylepce i wieszam tam na noc kawałek materiału... Ale nocą dobierają się do tej zasłonki koty i w zasadzie rano leży już ona zmemłana na podłodze. Koty zresztą żyją w komitywie z piłkarzami, bo one też zrywały zasłonę i często wiszą na firance (takiej już nawet tylko do parapetu). Kwiaty na parapecie albo zostały uszkodzone przez piłkę, albo pogryzione przez Kevina. Bo Kevin, od czasu do czasu, lubi sobie, na przykład, pogryźć kaktusa... Ściana nad kanapą też już straszy swoim wyglądem. Nie dość, że jest jasna, łysa i obszerna, to jeszcze brudna od uderzeń piłkami. Bo kanapę pod tą ścianą, u nas rozkłada się nie tylko, by na niej spać. Tam też ćwiczy się sztukę bramkarską. Jeden staje z piłką przy komódce z telewizorem, a drugi zakłada rękawice bramkarskie i stoi na tej rozłożonej kanapie. Ten pierwszy wykonuje strzały, a ten drugi broni, rzucając się na kanapie jak Fabiański czy Buffon. Także, nie muszę oglądać TV, by oglądać "etapy", karne i mecze. A jak leci mecz, to sekretarz Aleksander rozrysowuje boisko, wybiera kluby, rozstawia zawodników i zapisuje wyniki...

Jutro Aleksander ma wyjazdowy turniej ze swoim rocznikiem, a w niedzielę trenerzy jak zwykle zabierają go na turniej rocznika starszego. Ja i Maks pewnie też pojedziemy kibicować, robić zdjęcia i nagrywać filmiki. W następną sobotę, turniej w Grajewie rozgrywa grupa Maksia. I potem to już pewnie każdy weekend podobny. 

I wiecie co? Dobrze mi z tym ;-). 

I z piłką na gołych ścianach i z kotami dyndającymi na firanach. 

Przewrotka.

Tak dałem kopa, że aż mi rękę wyrwało.

Rożny

Trening - ciężka praca...

Nie oddam!

Jak w raju...

Nówki z raju...

Miłość, aż do zdarcia...

Matka Joanna Cierpliwa oczekująca na boisku... 

środa, 11 kwietnia 2018

Wiosenny porządek

W ubiegły piątek zrobiłam sobie na nowo kudły na blond. U fryzjerki. Stwierdzam, że wyglądam za blado i żeby nadać sobie trochę wyrazistości, muszę codziennie choć troszeczkę pomalować oczy. Z blondem najlepiej mi, kiedy już pojawi się ciemny odrost. Inaczej - jestem kompletnie bez wyrazu. 

Przyszła wiosna i strasznie mi z tego powodu dobrze. Serum rewitalizacyjne. Słońce, błękit, ciepło... Z ulgą pochowałam w pawlacze i do piwnicy zimowe okrycia i buty. Jeśli czapka, to ewentualnie taka z daszkiem. A najlepiej żadna. Po co ukrywać ten nowy blond, nie? Jeszcze tylko tydzień, dwa i świat się zazieleni, zakwitnie i zauroczy mnie na amen. Jeśli znów zginę, to znaczy, że pochłonęła mnie wiosna. Bo idę w nią jak w otchłań... Biorę aparat, telefon i idę. A to w park, a to w las, a to nad jezioro, a to na tory, a to w miasto, a to na boisko, a to na wieś... Gdziekolwiek. Byle blisko słońca i natury. Niedługo nie starczy mi nośników na zdjęcia, ale nie wiem, jak zaradzić temu uzależnieniu... 

Święta Wielkanocne były w przewadze zimne, wietrzne i mokre. Jak zwykle spędziliśmy je w naszym P. Z dużą ilością rodziny i jedzenia. Pomogłam bratowej przy kuchni i  w porządkach, ale w tym roku to głównie skoncentrowałam się na istocie tych Świąt. Po raz pierwszy w życiu uczestniczyłam w całym Triduum Paschalnym i odkryłam, że bez tego te Święta nie są tym, za co je miałam. Co tam pasztety, rzeżucha, święconka i kolorowe jajka... Wszystko to jest cudowne i wspaniałe, ale to jedynie dopełnia tej właściwej PEŁNI. 

Poza tym... rozpoczęła się piłkarska runda wiosenna i choć wyciągnęłam na wierzch szpilki i inne balerinki, to jednak adidasy i trampki są najbardziej pożądane. Jak nie mecz na stadionie, to turniejowe weekendy. I wydatki. Nowe korki, nowy klubowy dres, zapisy na letnie obozy piłkarskie... Pójdę z torbami, zanim te moje Ronalda i Messie zarobią na siebie (może i na mnie przy okazji ;-)). A jak korki, to nie byle jakieś tam za 100 zł. Muszą być: ze skarpetką, Nike lub Adidas i za adekwatną cenę. Cóż, taki ze mnie uległy typ, że choć obiecałam takie cuda dopiero za dobre świadectwo, to już na Gwiazdkę kupiłam markowe halówki i już teraz muszę kupić markowe, zajebiste w swej pomarańczowej krasie korki. Dla Aleksandra. Ale to wszystko tylko za dobre oceny na półrocze i dlatego, że stare buty już są po prostu za małe! Na szczęście, buty piłkarskie i piłki to jedyne dobra materialne, których "wymaga" Ronaldo. Już nie ma jęczenia o konsolę (tu z ojcem nie zmiękniemy), ani pytań o instalację nowej gry na tablet. W zasadzie to jedyną rozrywką chłopaków jest albo gra w piłkę na dworze, albo oglądanie piłki na YouTube. Czasem pograją w Fifę na tablecie i tyle. 

Em jest jeszcze w Indiach, ale już w następnym tygodniu wraca do Amsterdamu, a na początku maja do nas :). Tym razem mieliśmy 3 miesiące rozłąki, ale jak zawsze - zleciało szybko i niebawem w domu znowu będzie większy bałagan, walizy w każdym kącie, koszule do prasowania, galimatias, dużo śmiechu i wspólne wypady. Pierwszy - do Gdyni. Na komunię mojej brataniczki. A tak a propos bratanic i siostrzeńców, to lada moment znów będę ciotką, a mój ojciec dziadkiem. Moja sis niebawem zasili nas bowiem swoim trzecim dzieckiem. Z piłkarskiej jedenastki zrobi się dwunastka. Bynajmniej nie parszywa, ha ha ha. Płeć dwunastki jeszcze nieznana. 

No, tak oto zrobiłam tu wiosenny porządek i mogę iść dalej. 


piątek, 2 marca 2018

Piotruś Pan

Za chwil kilka muszę wyjść i przyprowadzić ze szkoły zerówkowicza, a następnie udać się do Biblioteki Miejskiej, żeby wypożyczyć dla czwartoklasisty lekturę. Zadzwoniłam tam już skoro świt, żeby o książkę zapytać i ewentualnie zaklepać, gdyż w bibliotece szkolnej rozeszła się w trymiga i czwartoklasista poprosił mamusię o interwencję. 

Pani bibliotekarka z przykrością poinformowała, że książki "Piotruś Pan" już nie mają, po czym za kilka chwil oddzwoniła do mnie z radosną nowiną, że jednak znalazła jeszcze jakiegoś "Piotrusia Pana", ale jest on bardzo stary i poszarpany, a na tytuł ma "Przygody Piotrusia Pana", a nie tylko tak goło "Piotruś Pan". Zbiła mnie trochę z pantałyku tą informacją, ale jednak poprosiłam książkę odłożyć. Na marginesie, pani zapytała mnie do której klasy ta lektura i zdziwiła się nieco, że do czwartej i że w ogóle jest to lektura szkolna, ale zapewniła, że odkłada i mamy ją jak w banku. Po rozmowie z tą bardzo miłą, swoją drogą, panią, sprawdziłam internety w poszukiwaniu informacji na temat "Piotrusia Pana" oraz "Przygód Piotrusia Pana". Nie rozwiały mych watpliwości poszukiwania i porównywanie. Ani trochę! Ja sama Piotrusia Pana nie znam. No, chyba, że chodzi o któregoś z moich ciotecznych braci, kolegę z pracy, czy jakichś innych, znanych mi osobiście Piotrusiów (z których chyba ani jeden nie jest właściwym Piotrusiem Panem). Nigdy nie czytałam o przygodach Piotrusia, ani chyba nawet nie oglądałam filmu, a nawet jeśli oglądałam, to musiało być to bardzo dawno temu, bo nic z tego nie pamiętam. 

Tak więc siedzę i targana niepewnością przeglądam ten Internet i przeglądam. Nagle dzwonek domofonu. Olek. Kurka wodna, to on już? To ja aż tyle czasu grzebię się w tych Piotrusiach? 

Olek, dobrze że jesteś. Powiedz mi szybko, jaki jest dokładny tytuł tej twojej lektury: "Piotruś Pan", czy "Przygody Piotrusia Pana", bo wiesz w bibliotece miejskiej jest tylko jedna, taka stara i...

Mamo! Ale to ma być "Król Maciuś Pierwszy"!




czwartek, 1 marca 2018

Fotobudka zimowa

Kurka wodna! Zimno! Słonecznie jak w czerwcu, ale wystarczy przejść się na 20 minutowy spacer i już ciągnie człeka do ciepłego domu. Może należałoby się pancernie ubrać i wtedy dałoby się połazić godzinę, ale w zasadzie miałam dziś na sobie 2 pary spodni, w tym jedne narciarskie, a i tak było mi zimno. Śnieg skrzypiał pod stopami jak pazury Kevina drapiące o szybę (tak, tak, Kevin czasem tak mocno szoruje szyby w oknach, że mało z nich wióry nie lecą) a dłonie niemal zamarzały, kiedy wyciągałam telefon i robiłam zdjęcia. Miałam zamiar zrobić ich sporo, bo warunki oświetleniowe i krajobrazowe bardzo sprzyjały, ale nie tyle zamarzające łapy, co szybko wyłączający się na mrozie telefon sprawiły, że cyknęłam jedynie kilka fotek i zrezygnowana wróciłam do chaty. 

Niezłe zdjęcia robi ten iPhone i jest najlepszym aparatem z tej racji, że poręczny, mały i zawsze pod ręką, w kieszeni, bądź małej torebce. Jako żona fotografa, mam w domu różne profesjonalne kamery i aparaty, ale przyznam szczerze, że nie umiem i nie za bardzo lubię z nich korzystać. Może pewnego dnia przekonam się chociaż do niewielkiej Leicy, bo wielkiego "karabinu" Nikona nie wyobrażam sobie zabierać na każde wyjście z domu. Ostatnio robię wyjątkowo dużo zdjęć i przypuszczam, że niedługo utonę w ich ilości... Owszem, zawsze lubiłam ten "sport", ale ostatnio jakoś bardziej. Najwdzięczniejszym tematem fotografii są oczywiście nasze koty, ale żeby zrobić im przyzwoite i ciekawe zdjęcie, to trzeba za nimi latać z aparatem jak... ten kot z pęcherzem. Trzeba mieć je na oku, bo nigdy niewiadomo, kiedy kot znajdzie się w sytuacji godnej zatrzymania w kadrze. Moi chłopcy również są ciekawym tematem fotograficznym, ale obaj (a zwłaszcza Oleś) unikają oka Saurona jak diabeł święconej wody. Zdjęcia outdoor wydają się w takich okolicznościach najłatwiejsze do uzyskania, ale   i z nimi nie zawsze jest tak łatwo, bo choćby jak dziś - po kilku szotach iPhone odmówił współpracy. Tak, czy siak, robienie zdjęć to bardzo fajne hobby i zamierzam je pielęgnować. 

Aleja drzew
Wielki Igrek
Winter!
Starostwo Powiatowe w zimowej krasie
Flaga, bo Dzień Żołnierzy Wyklętych 
Kevin i Kiara
A kuku