poniedziałek, 15 czerwca 2009

Mój synio i ja

Mój synio skutecznie odwodzi mnie od pisania i jakiegokolwiek rodzaju zajmowania się sobą. Jest po 21.30 i dopiero udało mi się go ululać. Niby mogłabym teraz zabłysnąć jakiś poczytnym postem na tym swoim opłakanym blogu, ha ha ha, ale jakoś już mi się nie chce. Najzwyczajniej w świecie jestem zrąbana całym dniem i najchętniej o tej porze walę się spać. Zdarzają mi się wieczory bardziej aktywne i wtedy udzielam się na swoim ulubionym desi forum albo czytam, ale te wieczory pozostają w mniejszości w porównaniu do tych zdechłych, które ledwo pozwolą mi zmyć gębę z makijażu (słabego to słabego ale jednak ;-)). Synio dzisiaj szalał jak najęty cyrkowiec. Przewalał się ze mną po podłodze, po łóżku, "pomagał" mi gotować obiad skutecznie kradnąc obierki od kartofli z kosza i roznosząc je po kątach. Wspólnie zjedliśmy wielki pęk rzodkiewek bo ja je uwielbiam a on wdał się we mnie i mimo, iż jest mały a rzodkiewki szczypią w język, uwielbia je na równi ze mną. Próbował wleźć z łóżka na parapet i prawie już mu się udało ale we właściwym czasie ściągnęłam go za fraki, gdyż w innym wypadku utknąłby gdzieś między kaloryferem a podłogą tłukąc przy okazji swój czarny łep. No właśnie, czarny łep. Ostatnio bawię się we fryzjerkę własnego syna. Po kilku zachodach z nożycami tak już mu uformowałam fryzurę, że przypomina pazia, grzyba albo... mnie samą. Tak tak, styl fryzury na moją modłę. Koniec końców mój syn, niechby choć za młodu wyglądał jak matka zechce. W sumie w większości jest podobny do ojca. Nie, żebym była z tego powodu sfrustrowana - wręcz przeciwnie - ale jednak maleńki matczyny akcent w wizerunku ponad rocznego synka nie zaszkodzi. Mój czarny, kudłaty łepek. Mój drobniak. Mały skrzat o różnych nastrojach ale jednak zwykle uśmiechnięty. Czasem denerwująco piszczy, knycha, marudzi, wymaga ze łzami w oczach i setką różnych grymasów na swojej malutkiej, śniadej buźce. Kombinator i wymyślacz niestworzonych pomysłów na urozmaicanie sobie życia.... Ale teraz śpi z rozmierzwioną czuprynką i bosymi stópkami wykopanymi spod kołdry. Ręce porozrzucane na cztery strony świata, uchylone usta ukazują szczerbate, bielutkie ząbki, którymi równie dobrze gryzie się truskawki jak i własne sandały czy poręcz od wózka. Kochane dziecię. Wtedy kiedy naprawdę jest kochane i wtedy gdy szlag mnie trafia widząc kolejny raz pod rząd wykopaną i porozwalaną po dywanie ziemię z donicy. Ziemię, jaka musi być posmakowana i wypluta na czystą, białą koszulkę. Trafia mnie wtedy szlag, a jakże, ale wiem, że zanim się obejrzę, będę za takimi zachowaniami tęsknić...

2 komentarze:

  1. A ja tęsknię za tym czarnym kudłaczkiem:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Musisz go koniecznie odwiedzić :-)

    OdpowiedzUsuń

Dobre słowo zawsze mile widziane :-).