piątek, 29 kwietnia 2011

Na szybko

Nie mam czasu i sił ani na pisanie ani na czytanie. Nieco przykre, prawda?

Znowu oczekujemy na vel Brodę, który tak w zasadzie przestał nią już być, tzn. przestał być Brodą. Podobno około miesiąca temu pozbył się jej totalnie-globalnie, gdyż sprowokowała go do tego elektryczna golarka - chciał brodę przyciąć (co czyni w stopniu znacznym odkąd znalazł pracę i poszedł między ludzi), ale golarka nie chciała współpracować w żądanym kierunku. Kiedy przyjechał do nas na Wielkanoc miał taki około miesięczny zarost. Stwierdziłam, że wygląda dobrze i nakazałam taki stan utrzymywać. W ogóle praca dodała mojemu Indianie pewnego animuszu, że tak to określę. Ten człowiek jednak musi pracować... I wolę go takiego - tzn. pracującego - nawet w Krakowie. A tak naprawdę to pracuje nie tylko w Krakowie, ale i w całej niemal Europie. Obleciał już Holandię, Francję, w której spotkaliśmy się w realu po raz pierwszy (ach.... :)), Niemcy, szykuje mu się Portugalia, Hiszpania... A potem może Azja? O ile zostanie w tej pracy - a mamy nadzieję, że tak :).

Ja i chłopcy nadal tkwimy na Pastorczyku. Pogoda piękna. Na tydzień przyjechał też tutaj mój brat z Gdyni z 2,5 letnią córcią i żoną w 2-paku. Jest więc ludno i gwarno a dzieci odbierają nam powoli rozum. Zastanawiam się jak to możliwe, że ja jeszcze siedzę przy komputerze (godzina blisko 23-cia...)? Dzień był długi i ciężki. Ostatniej nocy spałam z Olkiem i Maksymilkiem na jednym łóżku. Ja w środku... Wyobrażacie to sobie? Czy miałam szanse się wyspać? Żadne. I dlatego się nie wyspałam. Zupełnie. Dzieci zrobiły pobudkę przed 7. Potem rutyna domowo-podwórkowa, gotowanie, karmienie, przebieranie, wożenie na rowerku i tak dalej. W międzyczasie oglądałyśmy z mamą i bratową Joanną ślub Williama i Kate. Nie wnikałam w szczegóły bo się nie dało, ale młoda para ogólnie mi się podobała. Kate miała piękną suknię a niektóre kapelusze zaproszonych dam nadały by się elegancko jako kosze dla naszych niosek. Zastanawiałyśmy się też czy te drzewa w Katedrze to tak na stałe rosną czy to atrapy czy ki diabeł (ups, nie wypada przy okazji kościoła o diable ;-). 

Ślub ślubem, książęta i księżniczki sobie a człowiek zwykły musi na przykład zasiać warzywa w ogrodzie. Michał (średni brat) przeorał wczoraj ogród, przeleciał glebogryzarką a ja dzisiaj z mamuśką - za toporne grabie i do dzieła. Rolę trzeba było urównać i ugrabić, zebrać z niej wyorane kępy trawy, porobić "żłóbki" na nasiona itp. Jutro jeszcze będziemy działać dalej, bo dzisiaj stać nas było jedynie na marne preludium. Maksymilian spał w wózku na dworze pod jabłonką i tyle zrobiłam, na ile on mi pozwolił... Na łapach mam otarcia od trzonka tych cholernych, wielkich grabi. Stopy mam średnio królewskie pomimo królewskiego dnia, bo szarżowałam po tej ogrodowej glebie na bosaka. Jutro spodziewam się też zakwasów a na dodatek opaliłam sobie ramiona na raczka. 

Brat Andrzej (ten z Gdyni) wziął dzieciaki na spacer nad staw. Dzieci przytargały za jego sprawką kilka małży. Położyły je na słońce i bawiły się jak klockami. Ślimaki zaczęły wyłazić ze skorupek (pewnie z upału). Okrutnie mnie takie bestialstwo porusza. Kazałam zebrać małże do banery z wodą i zawiozłam ślimaki z powrotem do stawu. Samochodem. Staw nie jest jakoś specjalnie daleko, ale po całym ciężkim dniu już mi się nie chciało uprawiać pieszych wycieczek. Co za los! Nie dość, że człowiek chodzi jak nakręcany budzik i szarpie sobie siły i nerwy codziennością to jeszcze musi myśleć o jakichś biednych ślimakach! No, ale taka jestem - nie pozwalam bachorom na złe traktowanie żywych stworzeń - nawet jeśli to tylko małże.

Aha - Beata rzuciła Damiana. Po 5 latach. Bez konkretnego powodu. Po prostu - jak ja to określiłam - nastąpiło chyba "zmęczenie materiału". Pretekstem okazał się NOWY. Hmm... Zobaczymy co z tego będzie. Beata jednak zawsze robi to, co chce i uważa za słuszne. Po cichu dodam, że ta jej nowa słuszność jak na razie nie wydała mi się zbyt słuszna... ;-).

To tyle nowości z frontu podanych w skrócie i chaotycznie. Inaczej nie mogę, ale jak zawsze powtarzam tak i powtórzę teraz - kocham pisać i nawet jak padam na ryj to czasem muszę go zatrzymać na klawiaturze. Proszę o wybaczenie braku sensu, stylu i ... kapelusza ;-). Dzisiaj chodziłam w czapce z daszkiem ;-). 

czwartek, 21 kwietnia 2011

Mija dzień...

Melduję, że tako murzyn jako i baba piaskowa wyszły mnie niepospolicie dobrze. I wygląd mają nienaganny i w smaku jakieś takie wręcz delikatesowe. Nawet moja mama pochwaliła, co w przypadku moich wypieków nie zdarza jej się nazbyt często. Jutro jeszcze odpalę sernik i szarlotkę i będzie to tyle na temat ciast wielkanocnych anno domini 2011 wykonanych przeze mnie osobiście. Amen.

Vel Podcięta Broda przybył pociągiem z Krakowa do Warszawy około godziny 20 czy jakoś trochę po. Wysiadł na Zachodnim i poprosił o bilet do Łomży. Niestety, wszystkie już wyprzedane... Wiadomo, gorączka przedświątecznych podróży do domu. Udał się zatem na Stadion i teraz-zaraz rozstrzygnie się, czy ostatnie 2 autobusy w naszym kierunku (docelowy - Gołdap) - jeden o 22.25 a drugi o 22.30 (tak, tak, co 5 minut jak wynika z rozkładu online, jaki żem otwarła właśnie) będą jeszcze miały jakieś wolne miejsca. Przypuszczam, że co najmniej jeden to ten, który wyrusza właśnie z Zachodniego i na który nie było już biletów. Masakiera jakaś. Człowiek  jedzie na łeb na szyję do żony i dzieci z jednego krańca Polski na drugi i w efekcie utyka w środku nocy w stolicy. I ani rusz... A może jednak ruszy? Jeszcze kilka minut i się okaże. Panie Boże, wysłuchaj modlitwy naszej, proszę. Amen :).

Poza tym, pogoda dziś była przewspaniała. Zdecydowanie najpiękniejszy dzień w tym roku. Roboty miałam dużo i bolą mnie wszelkie boki i schaby, ale jeszcze nie mogę iść spać, bo przecież CZEKAM!

HURA! Udało się. Nasz Tatuńcio już w drodze :))). Pan Bóg jednak nie pozostawia modlących się do niego samym sobie :). Bóg istnieje! A moja wiara bywa wielka...

To teraz powoli spadam na drzemkę. Zanim bowiem Tatko do nas dotrze, to jeszcze ze 3 godzinki zejdzie :). Do Łomży ma po niego jechać Beata. Ja się nie wypuszczam. Muszę trwać na posterunku i czuwać nad Maksymalnym. Jeśli rozwali chałapę w środku nocy to nikt tu za bardzo się nim nie zajmie. Zresztą po co ma budzić śpiących? A Beata - wolny ptak - pojedzie po szwagra bardzo chętnie. Jak ich znam to się wyściskają i ucałują. "Moja kochana Szwagerika"- powie Mohi :).

Jutro Wielki Piątek.  Na Krzyżu umarł ten, dzięki któremu wierzę. Amen.

środa, 20 kwietnia 2011

Jutro

Jutro zamierzam upiec ciasta. Proste i skrzętne - babkę piaskową, murzynka i sernik. Nie wiem jak temu podołam mając Maksymiliana pod bokiem i Olka za oknem, ale się zawzięłam. Mistrzem cukierniczym nigdy nie byłam, stąd jak już zabiorę się za jakiś wypiek, liczę jedynie na łut szczęścia. Owszem, w smaku to nawet niezłe mi te moje placki wychodzą, ale do ideału im daleko. Zakalce zdarzają mi się co prawda bardzo rzadko, ale... ja w ogóle rzadko piekę. Od święta (czyli teraz na Wielkanoc akurat jest czas właściwy) lub od wielkiego dzwonu (czyli tak naprawdę nie wiem kiedy, bo dzwony - nawet małe - u mnie biją rzadko), albo czasem dla kaprysu (a te się zdarzają... od wielkiego dzwonu właśnie he he he). W każdym razie - ciasta to zdecydowanie nie moja branża.

Jutro późną nocą przyjeżdża też (HURA!) nasz Smok Wawelski czyli Pan Broda a najściślej mówiąc - mój mąż i ojciec moich synów. Miał przyjechać w piątek w nocy i wyjechać we wtorek po świętach rano, czyli opcja była bardzo fajna. Firma jednak nakazała wziąć mu wolny piątek a nie wtorek - stąd wyjechać będzie musiał już w Wielkanocny Poniedziałek niemal o świcie. Przechlapane. A raczej... nie będzie miał przechlapane, bo umknie tradycji Śmigusa Dyngusa. Szkoda :-(. Co jednak zrobić, Panie Święty? Ano nic. Trzeba szanować wolę pracodawcy i brać wolne, kiedy każą a nie kiedy się chce. Zwłaszcza jak jest się w tej pracy jeszcze żółtodziobem. I tutaj kłaniam się nisko i z uśmiechem w stronę mojej firmy i mojego działu - tam nigdy nikt nie miewał problemów z braniem urlopu kiedy tylko miał na to ochotę. 

Dodam, że nie widzieliśmy się z vel Brodą od 5 marca. Ja to ja - jestem jaka byłam, Oluś ma jedynie ogolone włosy a tak poza tym też wiele się nie zmienił, ale Maksymilian! Maksymilian jest już niezłym kawałkiem chłopczyka, dużo się uśmiecha a wręcz śmieje, robi minki, ssie kciuka od prawej łapki i zaczyna powoli coś tam po swojemu gadać (ghiii, guuu, eeee). Tata się zdziwi co też to matka mu uhodowała przez te prawie 2 miesiące. Dziś Maksymalny skończył 8 tygodni. I kiedy to zleciało? Jeszcze nie tak dawno latałam za łosiami w zaśnieżonych lasach Biebrzańskiej Puszczy, z pękatym brzuchem i w niecierpliwym oczekiwaniu na Maksymka. A tu proszę... Trzas-pras i zupełnie inna rzeczywistość.

Jutro też ma być równie piękna pogoda jak dziś. Mogę śmiało zaprotokołować stwierdzenie, że wiosna niniejszym naprawdę nadeszła. Prace polowe trwają nadal, bociany moszczą się na jajach, po podwórku brykają szpaki, w oborze pojawiły się już jaskółki, drzewa i krzaki zaczynają się zielenić, słońce przygrzewa... Żyć nie umierać.

Jutro będę miała pracowity dzień. Dziś w zasadzie też miałam i  jestem zmęczona. Nie zamierzałam więc już odpalać kompa, a tym bardziej nic pisać, ale jakoś tak... samo się napisało. Co prawda mam kilka zaczętych postów i mnóstwo myśli we łbie, które chciałam tu wyklikać, ale zawsze brak mi siły, by dobić z tym wszystkim do brzegu. Jednak co się odwlecze to nie uciecze.

Jutro Wielki Czwartek. Pierwszy z tych kilku ważniejszych Wielkich Dni. 

Jutro, jutro, jutro..... a tymczasem kończę, bo chciałabym pójść spać jeszcze dziś... 

Blogger bałaganiarz

Majsterkowałam na bloggerze i wstawiłam na tapecie swoje duże foto z Amsterdamu. Nie wygląda to wszystko jak należy, a nie mam teraz czasu na poprawki. Dlatego pozostawiam taki look do czasu, aż... znajdę nieco czasu. Przepraszam za bałagan i obiecuję, że na pewno go ogarnę. Nie ma to jak rozbabrać taką robotę przed świętami.... grrrr. Idę myć okna i wycierać wszędobylski kurz. 

środa, 13 kwietnia 2011

Blogger wieczorny

Chciałam trochę zmienić szatę swojego Żywotnika, bo ta ostatnia była mało przekonująca nawet dla moich oczu - nie mówiąc o innych, ale niestety - pogrzebałam jedynie w ustawieniach, wstawiłam jako tło jakieś własne foto i zmieniłam kolory. Nadal nie jest tak, jak bym sobie tego życzyła, ale na więcej zmian i eksperymentów nie mam już dzisiaj siły. Najważniejsze, że dominującym kolorem znów jest niebieski. Niebieski i zielony. Może to tęsknota za prawdziwą wiosną, której nadal nie ma? A może to moje uniwersalne kolory życia...? W każdym razie, w ich otoczeniu czuję się dobrze. Zwłaszcza na ekranie ;-).

Dopijam zieloną herbatę i nasłuchuję, czy Maksymalny nie merda się za bardzo w wózeczku. Po kąpieli powinien spać długo chociaż nadal nie mam z nim nocnych problemów - jeśli o spanie chodzi. Śpi spokojnie i czasami nawet do niego nie wstaję. Kiedy słyszę, że się obudził i zabiera się za ssanie własnej dłoni (niemiłosiernie cmokta) - dostaje cyca, trochę z niego łyknie i nadal śpi. Dobre dzieciątko. Aleksander zasnął u dziadka. Nałaził się dziś po mokrym podwórku, napracował po swojemu, namarzł, więc już po zaledwie jednej dziadkowej bajce odleciał do krainy snów - po to, by nabierać sił przed kolejnym, zawsze tutaj dla niego pracowitym dniem.

Ja też już na dzisiaj znikam a nad wyglądem Żywotnika popracuję innym razem.

Dhal czyli soczewica po mojemu

Przepis powinien być podany krótko, prosto i zrozumiale. Ja tak nie umiem (bo w ogóle nie umiem pisać krótko i na temat, niestety...) stąd podaję ich tutaj niewiele. Zanim bowiem ktoś dokopałby się do sedna dania, to z pewnością po drodze padł by z głodu. Jak już napisałam wcześniej, sama prawie nigdy nie gotuję dokładnie według przepisów, choć oczywiście często z nich korzystam. Zwykle jednak coś tam i tak zrobię po swojemu, czegoś dodam więcej lub mniej, czegoś nie dodam w ogóle, albo jedne coś zastąpię innym czymś. Jednocześnie, jeśli chodzi o kuchnię egzotyczną - często ogranicza mnie brak tego czy innego składnika.

Myślę jednak, że każda (każdy?) z nas miewa podobnie. Każda osoba gotuje po swojemu i chyba nawet jeśli wszystkie będą podążać ściśle za tym samym przepisem, to i tak to samo danie u każdego w efekcie będzie nieco inne. I w tym - jak dla mnie - kryje się magia gotowania.

Tak po trosze na sugestię Kerry-Marty, która po przeczytaniu mojego postu o wiejskim curry z kurczaka i cukinii zapytała o dhal - dziś napiszę o tym daniu. Napiszę jak zawsze po mojemu, choć wiele przepisów z pierwszej ręki podają również moje drogie koleżanki bloggerki, z których to pomysłów korzystam, na blogi których zaglądam i które polecam.

Dhal, jak dla mnie, to najprościej opisując po polsku - gęsta zupa z warzywa strączkowego. Początkowo myślałam, że chodzi tylko o soczewicę, ale Mohi uświadomił mnie, że równie dobrze może to być groch - cały lub bardzo u nas popularny - połówkowy.

Grochu w Polsce używamy często, często grochówkę gotuje moja mama i często ja sama, gdyż jest to jedna z moich ulubionych zup. Odkąd jednak mam męża z Indii i poznałam dzięki temu inne dziewczyny w desi związkach - poznałam też soczewicę. Owszem, słyszałam tę nazwę wcześniej, ale nie widziałam ani rośliny, ani jej nasion, ani nie jadłam niczego z niej przyrządzonego. Tymczasem okazało się, że można ją nabyć w polskich sklepach, w tym również w moim najbliższym sklepiku w Grajewie, w którym o dziwo, jakoś nigdy wcześniej jej nie widziałam... Jak dotąd spotkałam jedynie soczewicę zieloną i czerwoną. Zieloną częściej a czerwoną rzadziej. Zielona jest tańsza a czerwona droższa. Czerwonej użyłam tylko raz jeden i było to dość dawno - stąd nie powiem o niej wiele, ale jak dobrze pamiętam - rozgotowuje się szybciej niż zielona, ma mniejsze ziarenka i po ugotowaniu nie jest czerwona a żółta. Jeśli się mylę - proszę o poprawki wytrwane znawczynie.

Ja zwykle przyrządzam soczewicę zieloną - właśnie z uwagi na jej dość powszechną dostępność. Po raz pierwszy gotowałam ją idąc śladem przepisu, który był nieco "dziki", inny niż wszystkie. I na nim w zasadzie poprzestałam a jedynie od czasu do czasu robię inne wersje dhal'u - jak choćby ostatnio dhal z mlekiem kokosowym, który zaproponowała Nikki. Bardzo smaczna, oryginalna odmiana. 

Moja soczewicowa zupa ma się zaś następująco:

Składniki:

- zielona soczewica (paczki dostępne w naszych sklepach zwykle maja po 400 g i tak wystarczy - czasem są a'la ryż w torebkach - 4 x 100 g - wtedy po prostu wysypuję z torebek i mam jedne 400 g ;-))
- 3-4 spore cebule (można wspomóc kawałkiem pora, co ja robię często, bo na pora u mnie zawsze jest pora)
- 2-3 ząbki czosnku (jak nie mam zastępuję suszonym z torebki)
- 2-3 cm kawałek imbiru (jak nie mam świeżego to wiadomo - suszony z torebki)
- 2 spore marchewki
- 1 niewielki korzeń pietruszki i kawałek selera (oby nie za wiele, można też nie dodać w ogóle)
- kilka ziemniaków (wersja bardzo spolszczona zasugerowana przez moją MAMĘ - więc niekoniecznie, ale ja czasem dodaję - zwłaszcza, że lubi tak również Mohi)
- puszka pomidorów bez skórki bądź 2 łyżeczki koncentratu pomidorowego
- 2 kostki bulionowe (do wyboru, ale ja używam drobiowych i warzywnych)
- przyprawy: ziele angielskie, listek laurowy, kumin, kminek, kardamon, kurkuma, garam masala, chilli, pieprz czarny, kolendra, majeranek (u mnie MUSI być, bo jestem majerankowcem zwłaszcza jeśli chodzi o wszelakie warzywa strączkowe)

Przyprawy jednak - według mnie - zawsze są kwestią gustu, upodobań i dostępności, dlatego też ciężko mi tu podać co, ile czego i dlaczego. Na pewno zawsze warto mieć czosnek, imbir, kurkumę, kolendrę, garam masala (lub/i curry), pieprz i wspomniany majeranek (chyba, że ktoś nie lubi). Jednak wolność Tomku w swoim żołądku.

Soczewicę namaczam na kilka godzin, a jak zapomnę to obejdzie się i bez namaczania. Wrzucam do garnka z wodą, lekko solę i gotuję. W międzyczasie ciapię cebulę, imbir i czosnek a marchew, pietruszkę i selera ścieram na jarzynowej tarce. Na głębokiej patelni lub rondlu rozgrzewam olej i wrzucam na niego na kilka chwilek "twarde" przyprawy - ziele, listek, kumin, kminek, kardamon. Kiedy są już lekko przysmażone - wrzucam do nich cebulę z czosnkiem i imbirem a kiedy te się zarumienią - dorzucam starte warzywa. Smażę wszystko jakiś czas. Cała ta zasmażka ląduje w garnku z soczewicą - wtedy gdy ta jest już miękka (zależy jak kto lubi - mniej lub bardziej rozgotowana) i mieszając pichcę wszystko razem dosypując sypkie przyprawy i dorzucając kostki rosołowe. Najszybciej dodaję kurkumę, resztę bliżej końca gotowania. Bliżej końca dorzucam też pokrojone na małą kostkę ziemniaki i pomidory bądź koncentrat. Na samym końcu, tuż przed wyłączeniem zupy - sypię sporo majeranku i jak mam - garść zieleniny.

Zupa powinna gotować się dość długo aby zyskać zawiesistą konsystencję. Ja nie lubię ani jak jest wodnista ani zbyt gęsta, stąd albo dolewam wody, albo ją odparowuję. "Faktura" zupy po prostu musi być taka... wypośrodkowana :-). 

W Pastorczyku nie gotuję zupy nazbyt ostrej - bo wiadomo - podniebienia polskie a nie indyjskie, jednak lekko pikantna być musi. Komu mało ognia - dosypie sam sobie, a odjąć już się nie da - wolę więc być wstrzemięźliwa w sypaniu pieprzu, imbiru i chilli (papryczek chilli u nas raczej nie uświadczam stąd bazuję na sypkich).

I taka oto jest najpopularniejsza wersja dhal w mojej kuchni :-). Beata i jej Damian przepadają za nim, mama polubiła, tata traktuje jako miłą odmianę. Jedynie Michał (średni brat) ma na nią długie zęby. On chyba ma najbardziej polskie kubki (a raczej wiadra) smakowe z nas wszystkich. 

Nie wiem czy to był przepis... Raczej chyba gawęda lub ecie-pecie kulinarne. Jednak - SMACZNEGO!

wtorek, 12 kwietnia 2011

Moje wiejskie k(c)urry

Nie jestem wytrawną kucharką potraw indyjskich, jednak cokolwiek dotąd upichciłam smakowało mnie samej, mojemu indyjskiemu mężowi i innym osobom, które akurat miały ten zaszczyt być w pobliżu, kiedy oto prażyłam na patelni kumin, na desce ciapałam cebulę, kozikiem obierałam imbir a stół zastawiałam całym wachlarzem egzotycznych przypraw. Nie zabrzmiało to skromnie, wiem, ale czasem muszę dodać animuszu sama sobie, jeżeli akurat nie ma nikogo innego, kto by to dla mnie zrobił. :-). Tak dla higieny lepszego samopoczucia.

Pisząc o indyjskim jedzonku zmierzam jednak do tego, że wczoraj w telewizji zahaczyłam jednym okiem o program Roberta Makłowicza, który tym razem buszował po indyjskim stanie Kerala. Nie miałam możliwości oglądać całego programu z uwagą, bo Maksymilian i Aleksander - moi co prawda w połowie indyjscy synowie, a zatem związani poniekąd z treścią programu - wtedy byli bardzo upierdliwi po polsku. Niemniej jednak, rzuty okiem w stronę telewizora, gdzie przewijały się obrazki specjałów tamtejszej kuchni sprawiły, że nagle nabrałam ogromnego smaka na kurczaka w sosie curry. Ogólnie rzadko pichcę po indyjsku - zwłaszcza teraz, tu na Pastorczyku, gdzie raczej nie ma amatorów na takie jedzenie. Owszem, skubną, dziubną, spróbują i pochwalą, ale lud wiejski wychowany na baleronach, salcesonach, kapuście z mięsem, słoninie, korniszonach, jajach z majonezem, mlecznych zupach, kopytkach, śledziu z cebulą czy wędzoną makrelą - no więc taki lud - on ma już swoje kubły smakowe tak zdefiniowane, że do nowości z drugiej półkuli globu podchodzi jak pies do jeża. Jedynie młode pokolenie w postaci Beaty jest bardzo otwarte na nowe smaki i czasem wręcz mnie motywuje do upichcenia czegoś po indyjsku.

Zmierzając jednak do meritum tytułu dzisiejszego postu - natchniona przez Roberta Makłowicza - postanowiłam dziś zrobić swoje upragnione od wczoraj curry. Nie jestem tutaj zbyt dobrze zaopatrzona w przyprawy niezbędne do przyrządzenia takiego dania, jednak swego czasu przywiozłam co nieco z Grajewa na tzw. wszelki wypadek. Dodatkowo - z uwagi na to, że w Pastorczyku nie ma pod ręką sklepu a do Kolna trzeba jechać około 4 kilometry drogą, która bynajmniej nie nazywa się szosą i nią tym bardziej nie jest - oparłam się na składnikach, które akurat były dostępne w domu. Nie wszystkie spośród nich - wedle mojej wiedzy i znanych mi przepisów - dodaje się do chicken curry, ale skoro już leżały w lodówce bez perspektyw szybkiego wykorzystania... złożyły się na potrawę, która - jak się później okazało- rzuciła na kolana nawet tych, co do egzotycznego jedzenia podchodzą jak ten wspomniany pies do jeża.

Nie umiem gotować na wagę ani miarę. Zawsze wszystko robię na tzw. oko (no, wyjątkiem są ciasta). Zanim potrawa stanie na stole i jest gotowa do konsumpcji - próbuję, smakuję, przyprawiam i doprawiam do czasu, aż moje podniebienie uzna za stosowne zakończyć próbowanie a rozpocząć właściwe spożywanie.

Czego użyłam do mojego curry? Otóż więc:

- 1 duży, podwójny filet z kurczaka
- 1 spora cukinia
- 3 duże cebule
- pokaźny kawał pora
- pół pomidora, którego nikt nie chciał dojeść...
- 2 łyżeczki koncentratu pomidorowego
- 2 kostki bulionu warzywnego
- przyprawy: kumin, listek laurowy, ziele angielskie, kardamon, kurkuma, chilli, pieprz czarny, garam masala, curry w proszku, czosnek granulowany, imbir (czyli to, co akurat miałam i się nadawało ;-).

Jak robiłam?

W teflonowy garnek kilka łyżek oleju i na ogień. Na gorący już olej wrzuciłam pokruszony listek laurowy, ziarenka ziela angielskiego, kuminu oraz kardamonu, które uprzednio wyłupiłam z uroczych strączków (po chwili strączki też wrzuciłam na olej, co by nie marnować surowca LOL). Kiedy przyprawki lekko się podsmażyły dokoptowałam im do towarzystwa pokrojoną w kostkę cebulę. Kiedy cebula nabrała z wrażenia rumieńców - do towarzystwa dołączył filet kurczęcy pokrojony w małe kawałeczki oraz cukinia i por (cukinia w kostkę, por w krążki).  Wszystko podsypałam kurkumą, imbirem i chilli. Nieco później - proszek curry, garam masala i czosnek a na sam koniec czarny pieprz, wspomniane pół pomidora i koncentrat pomidorowy. Żadnej filozofii w dalszym przygotowywaniu tej potrawy nie było. Perkotało na małym ogniu podlewane rozpuszczonymi w gotowanej wodzie kostkami bulionu. Starałam się, aby sosu było sporo, ale by nie zawojował jednocześnie całej potrawy i nie uczynił jej wodnistą polewką. Koniec końców - konsystencja wyszła idealna. Nadmiar wody odparowałam zdejmując pod koniec przykrywkę z garnka. Cukinia - warzywo jak dla mnie tak samo idealne do wszystkiego jak szpinak - bo bez wyraźnego smaku - chyba najbardziej przyczyniła się do tej idealnej konsystencji. Dodałam ją głównie dlatego, że od dawna leżała w lodówce samotnie  i nikt nie widział dla niej ratunku. Nie miała przed sobą innej przyszłości jak tylko skończyć w korycie dla świni. Co prawda nie odmawiam świniom prawa do zjedzenia czasem czegoś innego niż tylko osypka z serwatką ( w sezonie też zielsko), ale z tej jednej cukinii to i tak by pożytku nie miały a my i owszem.

Danie przygotowało się względnie szybko i zjedzono je z ryżem na sypko. O!

Mnie smakowało bardzo. Beata po powrocie z pracy zjadła czubiasty talerz, a i po dojeniu krów widziałam, że znów "siedziała" w garnku wyżerając z niego wprost - widelcem. Ciekawski dziadek S. (czyli mój ojciec) również do gara zajrzał. Moja mama, dziwnym zbiegiem okoliczności, również znalazła się w pobliżu. I wszyscy jak jeden mąż - nachwalić się nie mogli. Dziadek, który lubi dość pikantne jedzenie dokończył dzieła i wyskrobał garnek do czysta, a mama, która pikantnego raczej nie lubi stwierdziła, że jutro też mogę coś takiego zrobić. 

Ot i proszę. Czy psa należy przyzwyczajać do jeża czy pokazywać mu jak się do niego bezboleśnie zabierać? Oczywiście moja rodzinka nie będzie jadała indyjskich potraw dzień w dzień, ale cieszy mnie jak coś zrobię a oni nie ominą tego z furą siana, wyczyszczą garnki i poproszą o jeszcze. Stwierdziłam, że skoro IM smakuje to chyba jestem całkiem niezła również w gotowaniu desi. Mohi zawsze mi to powtarzał, ale to są JEGO rodzime smaki - moi domownicy zaś - w tym względzie są bardzo wymagający. Skoro jednak zdołam ich zadowolić... to jutro ugotuję dhal. Nie pierwszy już tutaj raz, ale trzeba kuć żelazo póki gorące, ha ha ha. 

Zdjęcia mojego curry nie zdążyłam zrobić. Proszę wybaczyć. 

niedziela, 10 kwietnia 2011

O spaniu na dobranoc

Bet pojechała na imprezę. Rzadko wybywa, ale dzisiaj i owszem. Zapowiedziała, że nie wraca na noc do domu. Co się z tym wiąże? Ano to, że śpimy dziś u niej w pokoju. My, czyli ja i moje plony. Zasadniczo - tutaj w P. - ja śpię z Maksymilianem w pokoju na dole, a Aleksander szwęda się ze swoim snem po łóżku albo Beaty albo dziadka S. Ze mną i małym spać nie może, bo łóżko mamy niewielkie i jest nam za ciasno. Zdarzyło nam się jednak spać we trójkę raz jeden. Katorga. Olek niemiłosiernie odkrywa się przez całą noc i rzuca odnóżami na wszystkie strony świata, co jest niebezpieczne zwłaszcza dla Maksymalnego. Maksymalny, choć najbardziej minimalny z nas trojga, śpi w środku, Olek od ściany, a ja wiadomo - na krawędzi z brzega. Podczas gdy mały narażony jest na kopniaki i boksy od starszego brata, ja z kolei na upadek na glebę. Łóżko co prawda nie jest zbyt wysokie, ale zlądować z niego niespodziewanie w środku nocy... Mało przyjemne. Dlatego, po jednej wspólnej nocy w trójkącie - Olek dostał wilczy bilet i teraz przygarnia go albo Beata albo dziadek. Dziadek zwykle "przekupuje" go wizją opowiadania bajek. Bajki są zwykle bardzo improwizowane i wyssane przez dziadka z palca - stąd najbardziej atrakcyjne z możliwych i Olek je uwielbia. Ba, ich głównymi bohaterami zwykle są - Olek właśnie i jego brat cioteczny - Mikołaj. Do tego zawsze jakiś traktor, las, wilk... Prawdziwi bohaterowie w wyimaginowanej otoczce. Spanie z dziadkiem ma więc zalety. Beata bajek raczej nie opowiada (raz usiłowała, ale szybko jej się paliwo wyobraźni wyczerpało), ale do Beaty często przyjeżdża Damian - najlepszy "przyjaciel" Olka. Stąd Olu przebywa w pokoju Beaty do czasu aż go sen zmorzy. Kiedy zaśnie, Beata wrzuca go w kąt swego łoża, obkłada Wandą, Lodzią (pluszowe krowy) i psem z wywieszonym ozorem (też pluszowym - imienia chwilowo zapomniałam) i ... i tyle. I śpią sobie razem. Rano Bet wybywa do pracy a Olo śpi dalej, po czym przybiega do nas na dół. Zawsze słyszę kiedy biegnie, bo tupie bosymi nóżkami o podłogi z desek niczym stado cielaków.

Łoże Beaty jest duże - stąd śpimy w nim dzisiaj we troje. U dziadka śpi Mikołaj a Olek boi się spać sam na piętrze - stąd umościliśmy się tu wszyscy razem. 

Z uwagi na to, że Polską szargają obecnie okrutne wiatry - jakoś tu chłodno na tym piętrze... Brrr, wskakuję zaraz pod kołdrę do swoich zagrzanych już synalków. Mój stary laptop stoi niewzruszony w kuchni na stole a ja nadaję z komputera Beaty. Ten jej wielki ekran od telewizora jest bezlitosny dla moich oczu i karku. Jednak w tym wypadku - wolę mniejsze... 

Dobranoc :-).

PS. Przypomniało mi się - pies z długim, około 20-30 cm wywalonym jęzorkiem (jamnikowaty taki) nazywa się MEFISTO. Hau hau :-)

sobota, 9 kwietnia 2011

Nadawanie z Pastorczyka

Napiszę krótko, bo długo teraz nie jestem w stanie. Jednak należy to odnotować i ewentualnie podskoczyć z wrażenia w górę. Więc wirtualnie skaczę - hip hip hura! 

Siedzę w naszej dużej kuchni w Pastorczyku i na własnym laptopie przywleczonym z Grajewa piszę ten oto wpis. I co najwspanialsze - jestem ONLINE! Owszem, internet w Pastorczyku jest już od pewnego czasu, gdyż Beti ma bezprzewodowy od jednego z operatorów sieci komórkowych. Jednak Beti ma komputer stacjonarny i to w swoim pokoju na piętrze, gdzie nie ma okien na podwórko (a to ważne, gdyż okna na podwórko to okna na świat). Do tego - ona zamiast monitora używa ekranu swojego dużego telewizora LCD, wieczorami pisze na komputerze pracę magisterską albo ogląda właśnie telewizję. Stąd - z internetu korzystałam tutaj bardzo rzadko i z tak zwanego doskoku. Zmyśliłam się więc i przywiozłam swojego laptopa. Trzymam go na kuchennym stole i dziś wypróbowałam na nim owy internet Beti z pendrive'a. Działa jak ta lala. Hit git i beton! Extra!

A zatem - jeśli tylko czas i okoliczności mi pozwolą - będę czasem klikać posty stąd (jest to bardzo mistyczne odczucie) i w ogóle bywać na necie częściej niż się spodziewałam. 

Teraz muszę kończyć bo Maksymilian beczy a Aleksander przyszedł z podwórka - zmarznięty na kość i brudny jak świnia. Pora ogarnąć obu...

POZDRAWIAM SERDECZNIE Z NASZEJ WIEJSKIEJ KUCHNI!

środa, 6 kwietnia 2011

Rodzinka Pl

Oj, polatałam dziś po Grajewku jak niejaki pieseczek z języczkiem na szyi. Ze swymi szczeniaczkami, ma się rozumieć. Jak to dobrze, że już wiosna. Mogę w końcu wypełznąć z mieszkania i co nieco załatwić. Nie jest to jeszcze ani zbyt łatwe ani przyjemne, ale jednak rzeczywistość staje się powoli prostsza. Uff.

Pogoda dziś średnia na jeża. Nie pada, ale słońca też jak na lekarstwo. Na dodatek nieco wieje. Ubrałam rano swoje "plony" i wyszliśmy, a raczej wyjechaliśmy "w miasto". Maksymilian trzyma już główkę dość sztywno, ale jednak muszę Go nieść bardzo ostrożnie. Do tego ubieram go jeszcze względnie grubo i zakrywam częściowo cienkim kocykiem. Transport ręczny takiego węzełka wcale do łatwych nie należy... Dodatkowo muszę nieść torebkę, lawirować dwoma pękami kluczy (jedne od mieszkania, drugie od samochodu) i zważać na Aleksandra. 

Najpierw pojechaliśmy z nim do fryzjera. Siedział na fotelu jak trusia, ja wygodnie czekałam na niego na sofie a Maksymilian komfortowo spał mi na kolanach. Był zresztą gwiazdą salonu, bo jednak 6 tygodniowe niemowlaki do takich salonów zbyt często nie chadzają ;-). Olek został potraktowany maszynką i zamiast kudłatego stworka mam teraz całkiem poważnego człowieczka. Ścięcie włosów jednak dodaje nieco powagi takim dżentelmenom. Długie włosy były fajne, ale idzie wiosna, lato, słowem - ciepło. Lepiej zwalić z głowy zbędny balast. Zwłaszcza, że mam dość wyczesywania z niej przylepionych cukierków i gum do żucia oraz awantur przy kąpieli - bo długie włosy trzeba dłużej myć. Mycie włosów zaś urosło nagle to rangi dramatu. No więc teraz będzie szybko, gładko i bez łez (obym się jednak nie przeliczyła co do tych łez...). 

Po fryzjerze kolej na pocztę. Używałam kociej akrobacji, aby z jednym pod pachą a z drugim przy nodze wysłać polecony i sprawdzić naszą skrytkę (na szczęście nic nie było...). 

Poczta odpękana - kolej na Urząd Skarbowy. Wrzucić PITa, którego w końcu wczoraj rozpracowałam. Można było wysłać on-line, ale chyba jeszcze nie dorosłam do takiego rozwiązania, ha ha. Zawiozłam więc. Skoro już byłam na chodzie... 

Na koniec Apteka i Sklepik spożywczy.

Wszystko to niby takie proste, takie normalne i przyziemne. Sklep, apteka, fryzjer... Nic nadzwyczajnego, prawda? A jednak dla mnie były to dzisiaj nie lada wyczyny. Pakowanie obu delikwentów do samochodu, wpinanie i wypinanie ich z fotelików, targanie małego, zważanie na większego, posługiwanie się jedną ręką... Wróciłam do domu spocona jak mysz. Ale jakoś sobie poradziłam. 

Jutro znów zwijamy manele i na Pastorczyk. Co mnie jednak najbardziej przeraża w tych podróżach tam i nazad to... właśnie te manele. Pakowanie, znoszenie i wnoszenie z i na III piętro, myślenie co wziąć a co zostawić, czyszczenie lodówki ze wszystkiego co jeszcze zjadliwe a może się zepsuć... Jejku, jak ja mam tego dość. A jednak nie mogę osiąść w jednym miejscu. Jeszcze nie. I choć podróże kocham - to PODRÓŻE a nie ciągłe przejażdżki jedną trasą z bagażnikiem pełnym traktorków, klocków i łopatek, torbami niedojedzonych potraw, walizką ubrań i ubranek... Na dodatek teraz mam dwóch pasażerów w fotelikach. Jeden dajmy na to beczy, bo taka jego rola, a drugi na rondzie czy skrzyżowaniu jak zwykle woła siku albo żąda lizaka. Zwariować można bez najmniejszego wysiłku.

Jeżeli wyjdę cało z wychowania tej dwójki w takich to a nie innych okolicznościach w jakich przyszło mi właśnie żyć - sama sobie przyznam chyba jakiś medal. O ile jeszcze będę w stanie go unieść...

PS. Podoba mi się serial "Rodzinka Pl". Nawet bardzo. Myślałam, że może dziś obejrzę, ale... jeden właśnie chce serka (bo przecież czegoś ciągle trzeba chcieć, by żyć...) a drugi, który to niby już miał w końcu spać (dziś spał niewiele) znowu wydaje z sąsiedniego pokoju ostrzegawcze pobekiwania... Nie trzeba chyba nawet oglądać tego serialu (a jest jak dla mnie świetny) bo niemal identyczny odgrywa się u mnie w domu na żywo. Idę, albo zaraz pęknę od łez (nie moich!). Bekowisko sobie urządzili, kurde mol!!!!!!!!!!

wtorek, 5 kwietnia 2011

Słowo na wieczór

Miałam dzisiaj dzień pod wezwaniem świętego Pita. I bynajmniej nie Brada Pitta a Pita podatkowego. Swój rozliczyłam szybko i na dodatek wynik rozliczenia końcowego okazał się względnie zadowalający. Gorzej z Pitem Beaty. Niby też jest prosty jak drut, ale specem od księgowości i podatków to ja nigdy nie byłam, nie jestem i nie będę. I nie wiem tak do końca jak rozliczyć niewielki dochód otrzymywany przez Beti w ramach stażu z Urzędu Pracy. Owszem, rozliczyłam go, ale jeśli będzie źle - Beata urwie mi łep. Cóż jednak... mówi się trudno i żyje dalej. Beze łba. ;-)

Wczoraj nie miałam natchnienia na pisanie, choć do pisania ogólnie bardzo już tęskniłam. W Pastorczyku nie ma na nie szans, więc myślałam, że jak wpadnę do Grajewa to nie odstąpię laptopa. Akurat. Dzisiaj byłam z Maksymilkiem u lekarza. Poszłam na zalecaną przez pielęgniarkę środowiskową pierwszą wizytę kontrolną (powinnam była wcześniej, ale wiadomo jak jest...), a skończyło się na szczepionkach. Mały kończy jutro 6 tygodni, jest zdrowy, stąd udało się go od razu zaszczepić. Trzy ukłucia - w udziki i ramię. Płakał robaczek, nie powiem, ale generalnie zniósł to bardzo dzielnie i szybko się uspokoił. Aleksander na kilka godzin wyemigrował dziś do dziadka Władka. Mogłam więc spokojnie skoncentrować się tylko na Maksymku. Po szczepionce spał dość długo, ale już na wieczór mu odeszło i obaj ze starszym bratem odrywali mnie co chwila od moich nieszczęsnych Pitów. Koniec końców obaj polegli, a ja tu postanowiłam skrobnąć słówko na Żywotniku, co by mi nie zdechł na amen. 

Samochód mam już na chodzie, jestem mobilna, radzę więc sobie znacznie lepiej niż dotychczas. Mogę już nawet od biedy iść do sklepu. Malutkiego na ręce i wio. Pogoda póki co piękna, choć zapowiadają zmiany na gorsze. Normalka. Żadne słońce nie świeci przecież bez końca. 

No i tyle na co mnie teraz stać. Jest już po 23-ej, dopada mnie sen, więc idę do swoich kudłaczy. A! Właśnie! Większego kudłacza zamierzam jutro zaprowadzić na postrzyżyny. Niby fajnie mu z taką szopą na głowie, ale jednak trza by ją nieco zmodyfikować. Nie wiem tylko jak? Maszynką na króciótko czy jednak zostawić mu kawałek grzybka?

Nie wiem, prześpię się z tym i może mi idea przyświeci. Dobranoc, pchełki na noc :-).

środa, 23 marca 2011

Jestem zmęczona

Nie chce mi się pisać. Nie mam chęci, czasu ani nastroju. Zamknięcie w domu z dwójką maluchów niestety nie służy mi. Ogólnie daję radę, ale czasem już mi nerwy lekko "siadają". Nie daj Bóg jak mi obaj zaczną ryczeć. Maksymek bo malutki, a Olek bo miewa swoje potrzeby i chce, bym realizowała je natychmiast. Już rozumie, że czasem musi poczekać, ale jednak nie zawsze. Poza tym już znów trochę nudzi się w domu. Mimo wszystko podziwiam jego cierpliwość i wyrozumiałość. Mnie zaczyna bowiem jej brakować. Na dodatek dzisiaj beczał mi, że chce do taty, bo ja nie mogłam z nim bawić się samochodami. Zrobiło mi się najzwyczajniej w świecie żal. Żal nas wszystkich, bo tęsknota dogryza chyba całej naszej czwórce. Mały może jeszcze nie za bardzo ją "kapuje" (zapewne nie kapuje, dziś ma przecież dopiero tylko 4 tygodnie - albo ...już), ale prędzej czy później i jego dopadnie. Chyba, że zmienimy coś w naszym życiu. Jednak nie mam teraz do tego głowy. Odkładam na potem.

Żeby więc zmienić środowisko i otoczenie, jedziemy jutro znów na Pastorczyk. Przynajmniej Aleksander się ucieszy. Bo tak poza tym, w domu na Pastorczyku newsy nie są specjalnie zadowalające. Jednak dopiero jutro się dowiem szczegółów.

No i nie poddaję się mimo wszystko. Nie narzekam, bo przynajmniej póki co, nie trawią mnie choroby. Zawsze uważałam, że zdrowie to najważniejsze co mamy, ale jakoś dopiero jak go zabraknie to dopiero się je docenia... 

Chłopcy śpią, ale dziś dali mi nieźle popalić. Jestem zmęczona... Nawet słowa mi się nie kleją, a czasem dobrze sobie coś napisać - jakby lżej mi się wtedy robi. Jednak już uciekam poza komputer... 

sobota, 19 marca 2011

Zima jednak... trzyma

Zima trzyma. Wstałam rano, spojrzałam za okno i mnie zmroziło. Biało, bieluchno, bielusieńko. Samochody znów przypadane, drzewa znów pobielone. 

Nasz przyblokowsy parking

A już miałam przez chwilkę złudzenie, że w powietrzu czuć wiosnę. Był taki jeden dzień - akurat byliśmy wtedy na Pastorczyku - że serce mi pogodowo wręcz  rosło. Pełnia słońca i ciepełko jak aksamit. Zamiatałam zewnętrzne schody nowego domu i jednocześnie czułam, że dokonuję czegoś nadzwyczajnego. Było pięknie. Ciepło. Optymizm aż hurczał mi spod miotły!. Ubrana w koszulkę z krótkim rękawem, mrużyłam oślepione słoneczkiem gały i byłam szczęśliwa bez powodu. Co prawda to prawda - słońce jednak ma wielki wpływ na nasze życie.

I był to jedyny taki wspaniały, pachnący wiosną dzień - jak dotąd. Potem, pomimo słońca, na dworze było zimno a wręcz mroźnie. Od wczoraj nie ma już nawet słońca. Pochmurno. I teraz na domiar wszystkiego - biało jak w welonie panny młodej.

W marcu jak w garncu. Normalka. Kwiecień też może być różny, bo ostatecznie kwiecień to też plecień i przeplata. Troszku zimy, troszku lata. 

Wiosna, wiosna, wiosna ach to Ty... Ach, do siedmiu beczek prochu - wiosno, gdzie żeś więc Ty?

piątek, 18 marca 2011

P. jak Pastorczyk, Paweł, Piaskownica i tak Po kolei ;-)

Od minionej soboty do wczorajszego czwartku byliśmy całą trójcą na Pastorczyku. Przyjechali po nas Beata z Damianem. Zapakowali nas w Damianową, leciwą BM-kę i powieźli na polską, rozmarzającą gruntownie wieś. Zapakowaliśmy razem ze sobą tak wiele rzeczy, że ocierałam z czoła pot na samą o nich myśl, a Damian ocierał pot prawdziwy, bo wszystko nosił z III piętra na dół. Dobrze mieć Damiana w rodzinie. Czasami ;-). Bo wczoraj np. nie mógł nas przywieźć z powrotem do Grajewa.  Przywiózł nas za to mój najstarszy brat Paweł. Braci mam trzech i każdy jest idolem dla Aleksandra. Wczoraj więc był dzień pod wezwaniem świętego Pawła. Paweł ma duży samochód (no, żaden z moich braci nie ma lichego ani małego auta - tylko ja turlam się małym i na dodatek kiepskim, 20 letnim  gratem), Paweł jest super i wspaniały. Paweł ma najlepszy telefon (tzn. normalny, ale w oczach Olka - Boziu - cudo techniki), Paweł w ogóle jest herosem i Olu patrzy w niego jak w obrazek. Mniemam ponadto, że Paweł, który ma 2 córki, a bardzo by chciał mieć syna - na co się raczej nie zanosi - bardziej niż tylko przyjaźnie traktuje Aleksandra. W rodzinie - póki co - to ja, córka, obfituję teraz w synów. Jestem z tego powodu szczęśliwa, bo szczęśliwa jestem dlatego, że kocham po prostu swoje dzieci - jakiejkolwiek płci mi się nie udały. Ani bowiem ja nie wybierałam płci swych potomków, ani nie robili tego moi bracia. Nikt tu za bardzo w tym temacie - nie podskoczy, że tak się wyrażę. I tyle na ten temat.

Nasze siedzenie na wsi miało tę jedyną, wielką zaletę, że Aleksander mógł w końcu wychodzić na dwór. Baaa, nawet rozpoczął już swój sezon piaskownicowy. 




Piaskownica to jego pastorczykowska Mekka. Nie jest piaskownicą z prawdziwego zdarzenia, ale spełnia swoje cele. Jeśli aura nabierze plusowej temperatury na pewno zadbam, by piaskownica była bardziej zapiaszczona. Oznacza to ni mniej ni więcej jak tyle, bym zebrała ekipę (np. Olek i akurat inne, dostępne osoby na podorędziu typu Mikołaj (bratanek), Ola (bratanica), Jadwiga (nasza Mama ;-)), Beti (każdy już wie - moja sis jedyna), psy (Tomek, który ostatnio nazywa się Jakub) i wyruszyła w miejsce nazywane "za górą". Miejsce to jest "kopalnią" piasku właśnie. O ile nie zrobię kiedyś fotek i ich Wam tu nie wstawię - o tyle czcze jest moje gadanie o tej kopalni. Może jednak zdradzę tyle, że piasek tam jest żółty, miałki, miękki i fantastycznie miły (nie wiem dlaczego miły, ale tak go odbieram). Kopalnia leży jakieś 2 kilometry od naszego Pastorczyka i kiedy jadę tam z zebraną ekipą, to jadę tam swoim "ukochanym" gratem, w bagażniku mam stare wiadra, worki i czasem szpadel bądź szpadelek. Kiedy już piasek przybywa na nasze podwórko - ogólnie jest radość. Tyyyle nowego piachu. A potem ... jest rozwożenie owego daru ziemi po okolicy. Traktorkiem, samochodzikiem, rowerkiem z bagażniczkiem. Roznoszenie wiadereczkiem. Z łopateczką. Szufeleczką. Szpadelkiem. Sipką. Wszystko po to, by matusia kolejny raz siadła do swego grat...A!!!, zapakowawszy wory, wiadra, szpadle i tak dalej...


Życie jest cudowne. Patrząc na nie z tej, czy innej strony. Odkryłam więc niedawno nie tylko kopalnię piachu, ale też wykopałam pewne kopalniane fakty. Że na przykład - kto pod kim dołki kopie... sam w nie wpada? Nawet jeśli, to co? Wpadanie nie jest gorsze niż wypadanie. Wolę czasem wpaść niż wypaść. 

Wpadajcie więc tu do mnie (MOJE KOCHANE CZYTELNICZKI) - bo może nie zabrzmi to zbyt ekstra super strong - ale jednak bez WAS to jak jechać na zabawę i nie pobrykać przy disco polo ;-).

A TAK W OGÓLE TO WPIS MIAŁ BYĆ ZUPEŁNIE INNY, TYLKO TAK MI SIĘ ZESZŁO NA MANOWCE.


Absolutnie zeszłam z obranego tematu. Ale nie będę się wracać, choć widzę, że nie napisałam niczego, o czym miałam. Ale lipa, ha ha. Czasem jednak tak bywa. A co tam.

Wybaczta :( - mówiąc po prostu i po wiejsku :-).

piątek, 11 marca 2011

Nocnie i mlecznie

Poszłam spać po 12 w nocy, czyli można powiedzieć, że już dzisiaj. Jakoś tak się zasiedziałam...Wstałam około 9, w międzyczasie wstając też 2 razy w nocy, żeby przebrać Maksimusa. Kiedy berbeć ma nieporządek w pielusze - tak się wierci i knycha, że trzeba natychmiast interweniować. Kiedy wieczorem zaśnie - kładę go do łóżeczka. Ja śpię z Aleksandrem obok na dużym łóżku. Pierwsze nocne przebudzenie małego i zabieram go do nas, kładę w środku i śpimy we troje jak jaka święta trójca. Kiedy Maksi poczuje głód - dostaje natychmiast cyca w zęby (dziąsła raczej ;-)). Naje się, sapnie na prawo i lewo i znów zasypia. A ja nie muszę wstawać, palić lampki, brać go na ręce i książkowo do tego cyca przystawiać. Na leżąco. I każdy jest happy, bo wszystko odbywa się cicho, niepostrzeżenie, niemal w półśnie. Wstać muszę jedynie wtedy, kiedy jak wspomniałam, następuje alarm pieluchowy. Zwykle raz bądź 2 razy w nocy. Podsumowując - noce mamy raczej spokojne. Jedynie Aleksander niemiłosiernie się kręci i muszę go często "odkręcać", bo to albo ma nogi na głowie Maksymilka, albo znowu jego głowa jest gdzieś u mnie w nogach, albo - co najczęstsze - jest zupełnie odkryty. Wykopuje się spod kołdry jak automatyczna koparka. Zwykle go przykrywam, ale czasami myślę sobie - a mam Cię gdzieś, zmarzniesz to się sam przykryjesz. Często jest bowiem tak, że już w chwili kiedy go okrywam, on uruchamia kopytka i nieświadomie pedałuje w powietrzu, aby tylko nie dać się przyrzucić kołdrą. I czasami to działa - kiedy koleżka poczuje chłód, ciąga za kołdrę i marudnie prosi "mama, psiklij". No i mama "psikliwa". Zwykle jednak i tak nie na długo...

Karmienie cycem ma jak dla mnie same zalety. Nawał mleczny już na szczęście przeżyłam. Laktator, który ratował mi życie na samym początku tej obfitej mlecznej drogi - poszedł już sobie spokojnie do pudełeczka, w którym został zakupiony. Co za ulga. Nie muszę znosić bólu rozsadzającego piersi przypominające zresztą okazy z ... porno publikacji (sorki za porównanie, ale jest jak najbardziej adekwatne), nosić laktacyjnych wkładek w staniku, sykać boleśnie, kiedy tylko Maksimus zaczyna sesję ssania i ... co najmniej 2 razy dziennie czuć się jak swoja własna krowa, którą trzeba wydoić, bo inaczej choroba  Creutzfeldta-Jakoba gwarantowana. Kiedy powiedziałam Beacie, że muszę ściągać mleko - zaproponowała mi, że co wieczór, kiedy wydoi już nasze pastorczykowskie krowy, może wpadać z dojarką do mnie do Grajewa i profesjonalnie mnie wspomagać. Cena mleka podobno idzie w górę. Ha ha ha, dobre sobie ;-). Pomyślałam jednocześnie, że człowiek nie może uciec przeznaczeniu ani do końca wyrwać się ze swojego naturalnego środowiska. Całe życie byłam blisko krów. Nawet teraz, kiedy jadę na Pastorczyk i akurat nic innego nie stoi mi na przeszkodzie - idę z rodzinką do obory i pomagam przy dojeniu, tudzież przy innych, niezbędnych przy bydle pracach. Stąd - w końcu doszło do tego, że kiedy nie mogę być na co dzień przy naszych krowach - życie dało mi namiastkę obory we własnym domu i zmusiło do kupna dojarki samej sobie! Na szczęście jednak - już nie muszę jej używać, bo mleczność się ustabilizowała i produkcja idzie w parze z możliwościami przerobowymi mojego "cielaczka".  

Ponadto - przestałam już przypominać bufiaście wyposażone panie z Catza czy innego tego typu periodyku. Tym samym spadłam też nieco na wadze i już jestem jedynie o krok od swojej wagi "przedurodzeniowej", a raczej "przed ciążowej". Może i fajnie być w ciąży, ale po 9 miesiącach tego brzuchatego uroku, zdecydowanie milej jest poczuć lekkość bytu niż słodki ciężar - tym bardziej, że przecież idzie wiosna. Niech więc względnie lekka matka raczej wozi teraz w wózku niż nosi w brzuszku ten swój słodki, względny ciężar ;-).

Miłego dnia :).

czwartek, 10 marca 2011

Sami

Od tygodnia jesteśmy sami. Ja, chłopaki i nasze 4 ściany. 

Nie jestem z dmuchanego szkła ani z cukru. Byle podmuch mnie nie rozbije, byle kropla wody nie rozpuści. Co wcale nie oznacza, że jestem silna jak wół a swoje nerwy zawsze pakuję w konserwy i wysyłam na export. Trzymam się bo tak muszę, bo tak trzeba, bo tego wymagają ode mnie okoliczności, dzieci i chyba sam Pan Bóg. A skoro Pan Bóg ode mnie tak wymaga, to jednocześnie wierzę w Jego nieomylność i zarazem pomocną dłoń, która ową nieomylną wolę pomoże mi spełniać. 

I filozofii by było na tyle. Trzeba się brać w karby i taranem w mur.

Choć słońca już coraz więcej i wrony kraczą już bardziej wiosennie, na dworze nadal zimowo. Dlatego też ciągłe siedzenie w domu nie za bardzo jeszcze mnie boli. Jeszcze nie dostałam totalnego fiksa od notorycznego w nim siedzenia. Nie ukrywam jednak, że tęsknię za świeżym powietrzem i wypadem choćby do pobliskiego sklepiku po drobne zakupy.

Tymczasem nigdzie wyjść nie mogę. Jedynie na parter sprawdzić skrzynkę na listy, która jak na złość jest pusta od dobrych kilku dni oraz do piwnicy, do której nie za bardzo mam po co chodzić.

Już niemal cały tydzień siedzę z chłopcami za zamkniętymi drzwiami. Jedynie Aleksander wychodził przez dwa kolejne dni. Na moją prośbę zabierał go na trochę do siebie dziadek Władek. Obaj panowie nie stracili nic z żywionych do siebie uczuć, chociaż nie spotykali się od ponad 2 miesięcy. Oluś najchętniej nadal chodziłby do dziadka dzień w dzień, ale niestety - dziadka zanadto obarczać nie mogę, a podczas gdy ja sama siedzę w domu - bez sensu byłoby płacić za opiekę nad Olkiem. Za darmo zaś - bynajmniej z mojego punktu widzenia - nie wchodzi to w grę. 

A zatem, poza dwoma wyjściami Olka z dziadkiem - inne nasze wspólne odpadają. Maksymilian jest za mały (ledwo co skończył 2 tygodnie). Poza tym jest przecież jeszcze zimno jak diabli a na dodatek nie mam odpowiedniego wózka. Co więcej, nie zamierzam w takowy inwestować. W domu wożę go czasem Olesiową spacerówką i jak już aura się ociepli, to ta spacerówka i na dworze się sprawdzi. Rozkłada się do poziomu i ma szczelną budkę. Wystarczy? Wystarczy. 

Gdyby w domu był tylko Maksim, który potrafi zasnąć na długo - mogłabym jeszcze w owczym pędzie polecieć do sklepiku, ale kiedy jest też Aleksander - taka wersja odpada. Aleksander bowiem za dnia raczej nie sypia, zostawić go z malutkim nawet bym w myślach nie ryzykowała, a brać go ze sobą? - za długo by nam zeszło - ubrać się, zejść po schodach (ja sama to niemal z nich zeskakuję lub wręcz sfrunąć mogę, ale z Olkiem - niekoniecznie), zabawić w sklepie, znowu wspiąć się na III piętro. Wykluczone. 

Samochód nadal nieruchomy, naprawić nie ma komu. Pewnie i tak bym nim nie jeździła, bo i dokąd? Zresztą nie mam fotelika dla Maksimusa. 

Więc - zakupy miałam zrobione i obliczone na co najmniej tydzień. Wytrzymamy znacznie dłużej, bo odkąd nie ma Mohiego - prowiant schodzi nam w kiepskim tempie. W razie potrzeby mam dzwonić po Beti. Myślę, że zadzwonię teraz po nią tylko po to, aby zabrała nas na trochę do Pastorczyka. Moja mama jest i za i przeciw. Za, bo chciałaby zobaczyć najmłodszego wnuka, przeciw - bo uważa, że jest on za malutki na takie podróże i w taką aurę. Nikt z mojej najbliższej rodziny, poza Beatą, nie widział jeszcze Maksymilka. Nikt nie kwapi się, aby do nas przyjechać, choć odległość jest zaiste zawrotna - aż całe 50 km. Nie dlatego nie przyjeżdżają, że nie chcą czy mają coś do mnie, ale dlatego, że nie mają czasu albo jak już go trochę mają to im się nie chce. Albo mają tak zwane swoje problemy, które pochłaniają ich bez reszty. To zawsze ja do nich jeżdżę. Tak się utarło i tak to już jest. I tak jest w zasadzie dobrze. Problem jedynie w tym, że akurat teraz zupełnie nie mam jak się ruszyć. Stąd Beti jest naszym zbawieniem. 

Mohi? Mohi wyjechał do Krakowa. Podrzuciłam mu kiedyś ofertę pracy znalezioną w necie. I śmiechem losu dostał tę pracę. Śmiechem, bo zupełnie niespodziewanie. Wysłał CV, następnego dnia do niego zadzwonili i zaprosili na rozmowę. Pojechał i wrócił jako... przyjęty. Nie mógł odmówić. Zbyt długo jest w Polsce i zbyt długo stara się o swój zawodowy ląd. Jako osobnik bez znajomości naszego rodzimego jęzora i jako obcokrajowiec - nie było mu łatwo o zatrudnienie. Próbował tego i owego. Miał pomysły takie i owakie. Wysyłał oferty tu i ówdzie. Wyjeżdżał na dłużej do Indii. Szukał dróg i sposobności. Pomagał mi w domu, długi czas siedział z Aleksandrem, kiedy ja po macierzyńskim wróciłam do pracy. Jako człowieka całe życie bardzo aktywnego zawodowo, taka sytuacja czasem go dobijała, ale nigdy się nie poddawał i zawsze poszukiwał rozwiązań.

Kraków? Daleko. Bardzo daleko od Grajewa. Praca 5 dni w tygodniu, niemal co drugi weekend kilkudniowy wyjazd za granicę. Najbliższy do Francji. Nie będziemy spotykali się często. Raz na miesiąc na trochę? Dopóki jestem na macierzyńskim - latem mogę jechać z chłopakami na dłuższe wakacje do Krakowa. Potem, we wrześniu, sama muszę wracać do pracy. Jednego zbója prowadzać przed 7-ą do przedszkola (oby tylko się dostał...) a drugiemu szukać opiekunki. Abra-kadabra-bim-salabim. Joanno, kaput.

Żadne z nas nie jest do końca szczęśliwe z takiego rozwiązania, ale z drugiej strony oboje na jakiś tam sposób jesteśmy właśnie szczęśliwi. Nie wiem jak Mohi zaaklimatyzuje się w tej pracy i czy zagrzeje tam miejsce. Czas pokaże. Znając jednak swego męża - będzie bardzo się starał... 

Na razie rozmawiamy codziennie przez telefon (na szczęście mamy do siebie free calls), zdajemy sobie relacje z dnia, wszelkich uczuć i odczuć. Jemu dni mijają szybko na nowej posadzie i w nowym mieście, mnie nieco wolniej, ale jednak też dość płynnie, bo pływam jak ryba dookoła własnej ikry - jeden beczy z racji swych prostych wymagań - jeść, na ręce, mokro... drugi wymagań zaś ma 100 na minutę. Taaa, Aleksander ma z nas wszystkich najgorzej - dusi się ze mną (teraz już NIE TYLKO na jego usługi) w 4 ścianach, nudzi się (ileż można przewalać te same zabawki i oglądać te same bajki?) i po dziecinnemu tęskni do taty - naprawdę tęskni. I strasznie mi go z tego powodu żal.

Niech to wszystko jakoś się przewali. Niech nam się unormuje. Niech nam los przyniesie jak najlepsze rozwiązanie tego wszystkiego, co się tak nagle poplątało. Może nie zasupłało na morski węzeł, ale na pewno trochę poplątało jak kłębek włóczki skotłowany przez kota. 

Nadziei na lepsze nie tracę. Ja wiem, że lepiej będzie. W końcu znajdziemy złoty środek. Teraz jednak - niech chociaż nadejdzie w końcu ta wiosna... I WYPUŚCI NAS Z DOMU!!! ;-)

środa, 9 marca 2011

Rzecz o pierścieniach

Biżuterię ogólnie bardzo lubię. Mam jej sporo, przy czym zdecydowana większość pochodzi z Indii i jest albo ze srebra, albo ze srebra oraz kamieni szlachetnych i półszlachetnych a wszystko na dodatek wyrabiane ręcznie (co jak dla mnie jest wielkim plusem). Srebro lubiłam zawsze, kamienie pokochałam za sprawą męża. I za jego też sprawką i przyczynkiem - moja kolekcja wszelkich ozdób gwałtownie wzrosła. Wcześniej bowiem była raczej bardzo skromna. Kilka par srebrnych kolczyków, z których połowa to wybrakowane single, gdyż namiętnie gubiłam po jednym z każdej pary. Mam też troszkę sztucznego badziewia z plastiku, metalu bądź drewna, którego dzisiaj już nawet nie wyciągam na światło dzienne.

W temacie zaś pierścionków, bo o nich głównie ma być ten post - otóż więc - zasadniczo poza prostą jak drut obrączką ślubną i malutkim - nazwijmy go umownie zaręczynowym - pierścionkiem z mikrym diamentem - innych pierścionków nie noszę. Nie to, że nie lubię w ogóle. Nie lubię ich na swoich palcach, bo najzwyczajniej w świecie mi przeszkadzają. Możliwe, że wynika to jedynie ze zwykłego przyzwyczajenia do wolnych palców.

Mój mężo - element co nieco oryginalny - osobiście nosi na łapach 4 pierścienie. Kamienie i srebro. Rzecz chyba głównie ma się w tych kamieniach właśnie, bo w Indiach ogólnie przywiązuje się do nich wagę. Kiedy poznałam Mohiego miał już te 4 pierścienie. Oprawione bardzo prosto i z zasady bardzo skromne. Po pierwszym wyjeździe do Indii w 2009 roku zmienił sobie oprawę (kamienie ciągle te same) na bardziej wyszukaną. Po ostatnim pobycie oprawa została zmieniona ponownie i teraz to już na takie wypasy, że kiedy je zobaczyłam to mi oczy zamrugały same przez się. Zapytałam nawet Mohiego, czy z takimi atrybutami przypadkiem nie kandyduje na jakiś wysoki urząd kościelny. Zawsze też żartowałam, że jego dłonie są zdecydowanie bardziej przyozdobione niż moje i że ja w całym swoim życiu nie miałam chyba tylu pierścieni, ile on nosi naraz. 

Tym samym przypomniała mi się zabawna sytuacja sprzed kilku miesięcy. Otóż Mohi ma te swoje wyżej opisane 4, niezmienne pierścienie, które publicznie nosi zawsze (zdjął je 2 razy - na naszym ślubie i na chrzcie Aleksandra). Ale swego czasu miał też kilka dodatkowych, których nie nosił a trzymał jedynie na pokaz lub ewentualną sprzedaż dla zainteresowanych. Pewnego dnia ponakładał je na swoje wszystkie palce (pominął jedynie kciuki), pokazał mi i powiedział, że teraz tak się będzie nosił. Oczywiście był to żart, choć znając mojego męża - wyszedłby tak między ludzi i nic sobie z tego nie robił. Mało tego. On naprawdę tak wyszedł! Pojechaliśmy wtedy na zakupy do Lidla. Wyjątkowy tłum. Wykładamy towar na taśmę, szperam w torebce w poszukiwaniu portfela i nagle czuję, że ludzie obok jakoś dziwnie na nas patrzą i coś między sobą szepcą. Normalnie nie rozglądam się zbytnio po ludziach, ale tym razem coś mnie tknęło. Patrzę - a mój mąż - nie dość, że i tak ekscentryczny, bo: 

- nie mówi po polsku;
- ma całkiem pokaźną brodę 
- na głowie ma czarny kapelusz
- na nosie ma okulary w czerwonej oprawce

to na dodatek - i tu patrzę na jego dłonie i niemal padam pod kasą z wrażenia - przystrojony jest w 8 gigantycznych pierścieni! Boże drogi - jak to wyglądało! Gorączkowo pomyślałam, że jak tylko wyjdziemy ze sklepu to go zabiję. Normalnie zdepczę mu ten jego kapelusz, albo kuchennym nożem obetnę brodę! Było mi tak głupio, że zapomniałam PIN-u od karty i zapłaciłam gotówką przeznaczoną na coś innego. Pomagałam szybko pakować zakupy do wózka i czym prędzej chciałam opuścić market. On? Pełen relaks. Powiedział mi potem, że nie zauważył... Rany boskie, jak można nie zauważyć 8 gigantów na własnych łapach? "Jednak naprawdę będę je teraz wszystkie nosił" - usłyszałam na dokładkę. "Chyba Cię po******" - odparłam nieelegancko i po polsku. Co śmieszniejsze - On mówił dość poważnie i wiem, że byłoby go na to stać. Zagroziłam, że w takim razie nigdy i nigdzie z nim nie wyjdę. Koniec końców porzucił swój nowy pomysł, ale dodał, że ludzie lubią się gapić i należy im dawać ku temu powody jednocześnie samemu nic sobie z tego nie robiąc. Może - pomyślałam - ale ja tak nie umiem. Ja jestem ze wsi. Wieczorem już pękałam ze śmiechu z całej tej sytuacji. I kolejny raz utwierdziłam się w przekonaniu, że czego jak czego, ale nudy w swoim małżeństwie to ja nie zaznam. Chwała Panu.

No i znowu wracam do pierścieni. Tym razem moich, gdyż tym razem Mohi przywiózł 3 okazy również dla mnie. Miał w swej kolekcji kilka starych kamieni (już oszlifowanych i gotowych do oprawy) i dał "swoim" ludziom do wprawienia je w srebro. Zapytał mnie jedynie o rozmiary palców, na których chcę je nosić oraz ewentualnie wzór i styl, w jakim mają być wykonane. Miałam jedynie życzenie, by były proste i zwyczajne jak ja sama, a jednym z kamieni był ametyst - mój ukochany i ulubiony. 




Pierścionki zostały wykonane.











Zanim jednak mogłam je nosić, musiałam przeprowadzić procedurę...

Moczenie pierścieni w solance
Po pierwsze. Miałam zaczekać aż urodzę. Zaczekałam więc. Potem miałam pierścionki włożyć na co najmniej kilka godzin do bardzo słonej wody. Każdy w oddzielny pojemniczek, dajmy na to salaterkę. Włożyłam. Po leżakowaniu w solance miałam je opłukać czystą, bieżącą wodą. Opłukałam. Osuszyć w czystej szmatce lub papierowym ręczniku. Osuszyłam. Następnie miałam poprosić Boga o błogosławieństwo. Podziękować mu za dar ziemi, jakim te naturalne, piękne kamienie są i poprosić o to, by zawsze poprzez te kamienie docierała do mnie tylko dobra energia, która ma mi przynosić zdrowie, szczęście i dobrą passę. Żeby trzymała od mnie diabła na odległość. Podziękowałam Bogu i poprosiłam zarazem. Potem mogłam pierścienie nałożyć. Nałożyłam. Bardzo mi się podobają. Wierzę w ich dobrą moc, bo ta moc i energia jest od Boga. Nie od kamieni. Kamienie są jedynie pięknymi przekaźnikami. 


Moczenie pierścionków w słonej wodzie miało oczyścić je od jakiejkolwiek złej energii, jaką mogły nabyć od ludzi, którzy mieli z nimi jakąkolwiek styczność (hmm, czyżby np. wydobywca kamienia, szlifier, wytapiacz srebra, oprawiacz.... cała masa w sumie ;-)). Pierścienie miały być absolutnie czyste, kiedy wchodziłam w ich posiadanie. Tabula rasa. Stworzone tylko dla mnie i tylko ja mogę je nosić. Nie powinnam ich użyczać nikomu innemu a ewentualnie kiedyś, kiedy już np. będę wybierać się na tamten świat, mogę je przekazać komuś, komu będę dobrze życzyła.




Bardzo, ale to bardzo kocham moje pierścienie - ametyst, różowy kwarc i żółty topaz. Dostałam je od męża w najlepszej z możliwych intencji. Dał mi je ze szczerego serca i ze szczerą wiarą, że boska moc kumulowana w kamieniach zawsze będzie mnie chronić. Wspaniałe uczucie.