piątek, 9 listopada 2012

Odrabiam blogowe lekcje

Pora odrobić lekcje Amisho. W szkole co prawda nigdy nie byłaś ani górnolotnym orłem ani ostatniej kategorii osłem, ale na pewno nikt ci nie odmawiał przymiotu bycia pilną (nawet jeśli czasem jedynie stwarzałaś ku temu pozory). A teraz co? 

Co? Ano nic.

Myślę, że określenie "pilna" zupełnie już przestało pasować do Amishy. Baba w sile wieku, matka, żona, po uczelniach, na etacie, dawno to dawno ale jednak - z mandatem na koncie (ahoj Lilijko ;-))... No nijak słowo pilna nie pasuje. 

Stąd nie mogłam być pilna i lekcje z nominacji, zabaw i łańcuszków zawsze odrabiam "po lekcjach" albo "zostając na drugi rok". Cel jednak uświęca środki i tak oto biorę się w garść. 

Malinka, Justine oraz Madeleine obdarowały mnie ostatnio takim oto serduszkiem w ramce:


Dam sobie uciąć obie łapy, że swego czasu już ktoś mnie takimi sercami obdarował o czym świadczy podobny obrazek umieszczony u mnie na blogu, w pasku po prawej stronie. I nawet zanotowałam kto mnie nimi obdarował. To i tak dużo, prawda? W wolnej chwili odszukam w archiwum posty miłych "winowajczyń" i zobaczę o co wtedy chodziło w zabawie z tym obrazkiem. 

Tymczasem jadę dalej. 

Zabawa dotyczy blogów o liczbie obserwatorów 200 minus. Będąc nominowaną/-ym należy odpowiedzieć na 11 pytań nominującego, wymyślić swoje 11 pytań i zadać je 11 nominowanym przez siebie bloggerom. Nie wiem czemu 11, ale numer 11 jest bardzo listopadowy, więc się nie czepiam, o.



Malinka zapytała tak:

1. Jak zaczęła się Twoja historia z blogowaniem?

Odkąd pamiętam gryzmoliłam tzw. pamiętniki z życia w zeszytach w kratkę. Kiedy odkryłam internet i  poczułam się w nim dość pewnie przyszedł mi do głowy blog. Takie dość modne słowo a ja nie wiedziałam co się za nim kryje. Najpierw więc w 2009 roku założyłam bloga na Onecie. Skasowałam go po 2 marnych wpisach. Za jakiś czas odkryłam Bloggera. Dość długo pisałam tylko dla siebie i zupełnie nie czytałam innych blogów. Nawet nie wiem jak to się stało, że dzisiaj czyta mnie tyle osób i że ja również czytam ich tak wiele... 
 
2. Jaka jest Twoja największa słabość?

Nie mam jednej dominującej. Kupowanie książek? Jak kupuję to zawsze co najmniej 2 na raz. Ostatnio zamówiłam 4 choć udałam się do księgarni tylko po 1 - konkretną. 

No i - suszona kiełbasa. Taka naprawdę sucha, której nie da się pogryźć lichym uzębieniem ;-). Czasem natykam się na taką w piwnicy u nas na wsi. Mama wiesza swojskie pętko na takim specjalnym sznurku i to pętko sobie tam wisi i schnie dopóki ja się nie zjawię... Nie mogę przejść obok i nie ciapnąć kęsa. A jak ciapnę jednego to.... nie mogę się opanować od kolejnych ;-). W ogóle mam słabość do prostej, wiejskiej kuchni.

3. Co w swoim życiu chciałabyś zmienić?

Miejsce zamieszkania. Na większe miasto. Za jakiś czas może również pracę, bo obecna już mnie trochę nudzi...


4. Ile masz lat?


Właśnie skończyłam erę z trójką na przedzie, eh...

5. Jakie trzy rzeczy wzięłabyś ze sobą na bezludną wyspę?

Laptop, piwo i kapelusz ;-).

6. Czy Twoi znajomi/rodzina czytają Twojego bloga?


Dobre pytanie. Nie wiem. Mąż nie zna polskiego, dzieci czytać nie umieją (jeszcze). Wykluczam rodziców, siostrę, dwóch braci i ich rodziny. Nie wiem jak trzeci brat. Moja kuzynka czasem zagląda, komuś innemu też kiedyś podawałam linka... Znajomi z reala - tak, niektórzy czytują ;-).

7. Boisz się samotności?

Nie. Czasem wręcz jej łaknę.Chyba, że mowa o samotności po stracie najbliższych - ta mogłaby być bolesna.

8. W jaki sposób radzisz sobie z bezradnością?


Czekam. Czas leczy rany i przynosi rozwiązania.  

9. Co zrobiłaś w życiu najbardziej szalonego?

Wyszłam za mąż za Hindusa a wcześniej poleciałam do Paryża, by spotkać się z nim twarzą w twarz.

10. Który zakątek Polski uważasz za najpiękniejszy?


Nie znam ich wszystkich stąd ciężko mi oceniać. Na pewno kocham swoje najbliższe strony - Podlasie, Mazury, Suwalszczyznę i mazowiecką Kurpiowszczyznę.

11. Gdzie spędzasz w ciągu dnia najwięcej czasu?

W pracy 8 godzin a reszta zwykle w domu. 

Pytania od Justine:


1. Co Cię ostatnio zainspirowało?


Listopad - by znów posłuchać rocka ezoterycznego oraz książka Khaleda Hosseiniego Tysiąc wspaniałych słońc - by od razu sięgnąć po Chłopca z latawcem. Oznacza to ni mniej ni więcej jak to, że swoje ostatnie wieczory spędzam w Afganistanie.
 

2. Gorzka prawda czy słodkie kłamstwo?

Zależy od sytuacji. Prawda jest wartością samą w sobie, więc zawsze powinna być na wierzchu, ale drobne kłamstewka czasem też bywają pożyteczne.

3. Nigdy nie zapomnę...?



Swojego rodzinnego domu w P., którego już nie ma... (legł w gruzach w 2007 roku).

4. Na wakacje zawsze zabieram...?



Dzieci, walizki pełne ciuchów i torby pełne zabawek ;).

5. Najwspanialszy smak na świecie?



Ojej, jeden? Nie ma takiego. Na pewno nie słodki. 

6. Ranny ptaszek czy nocny marek?



Ranny ptaszek, choć nie ćwierkam z radości wstając przed świtem do pracy.

7. W mojej torebce nigdy nie brakuje...?


Niczego, co niezbędne - portfela, dokumentów od samochodu, telefonów, ładowarki do jednego z nich (szybko się rozładowuje...), mini lusterka i długopisu. Reszta - jak Bóg da ;-).


8. Komedia czy tragedia?



Komedia. Sama jestem jej żywym przykładem ;-).

9. Ulubione miejsce na Ziemi?



Chyba w nim jeszcze nie byłam. Póki co - klasztor w Wigrach i pastorczykowskie przestrzenie.

10. Spodnie czy spódnica?


Latem spodnie, jesienią i zimą dość często także spódnica.  Tak, tak, nie odwrotnie.


11. Mieć czy być?

Być. Ale czasem nie da się być bez mieć...


Jedenastka Madeleine:

1. Kim jest dla Ciebie Święty Mikołaj?

Niezwykle serdeczną postacią z bajki. 

 2. Marzenia są dla mnie...

Nieodzownym motorem napędowym życia.

3. Przyjaźń jest dla mnie...

Ważna, ale bez pielęgnacji z obu stron gaśnie...

4. Gdy patrzę w lustro widzę...

Upływające lata, ale zawsze ten sam uśmiech ;-)

5. Kim chciałeś/chciałeś zostać gdy byłeś /byłaś dzieckiem ?

Sprzedawcą, piosenkarką, sportowcem.

6 Moim małym dziwactwem jest...

Noszenie torby jedynie na lewym ramieniu bądź w lewej ręce. Zdejmowanie wszelakich ozdób (kolczyki, łańcuszki, zegarek, obrączka - wszystko) jak tylko przekroczę próg domu. Robię to już nieświadomie - czasem zanim zdejmę buty czy kurtkę...

7. Kobieta to istota która...

Potrafi wiele zrozumieć a jednocześnie sama być niezrozumiałą...

8. Mężczyzna to istota która...

Zawsze znajdzie czas na odpoczynek. 

9. Prowadzę bloga ponieważ...

Pisanie to moja mała pasja a czytanie innych blogów ubogaca mnie i daje wiele przyjemności, pozwala spojrzeć na świat innymi niż tylko moje oczy i poznać wiele ciekawych osób.

10. Kiedy mam wolną chwilę najchętniej...

Jak wyżej - piszę, czytam blogi, książki lub oglądam tv - nic zatem nadzwyczajnego.

11. Jaka jest Twoja największa zaleta i największa wada ?

Zaleta? Chyba umiejętność dotrzymywania powierzonej tajemnicy. Wada? Może niezdecydowanie?

I teraz co? Mam wymyślić 11 pytań i wytypować 11 nieszczęśników do odpowiedzi? Ani jedno ani drugie nie jest łatwe, ale jak to mówi mój kolega radca prawny - rozkaz nie gazeta, wykonać trzeba.

To najpierw pytania: (o Boziu, pustka w głowie, raczej nie będę oryginalna).

1. Jaka na pewno NIE jesteś?
2. Co na pewno jest jeszcze PRZED Tobą?
3. Na co nie możesz patrzeć?
4. Czego nie może zabraknąć w Twojej kuchni/lodówce?
5. W reklamie czego chętnie byś wzięła udział?
6. Adwokat, lekarz, sportowiec czy fotograf? (zakładając, że każdy wygląda mniam)
7. Co Cię wzrusza a na co jesteś obojętna?
8. W czym potrafisz się zatracić?
9. Czego nie odmówisz swemu dziecku? (jeśli nie masz, to gdybyś miała)
10. Jakim jesteś ... ptakiem?  
11. Chciałabyś poznać tajemnicę...

Ależ się namęczyłam z tymi pytaniami... To teraz męczcie się Wy. Wiem, że wiele z Was już Tkwi w tej zabawie, więc będę dla Was łaskawa, ale nie jestem w stanie wyśledzić wszystkich, więc jak się ktoś znów załapie u mnie - sorry Winnetou. Nic pod przymusem. Ja zrobiłam swoje i basta. Ufff ;). Ale było całkiem miło - tylko czcionki mi się pomieszały, kurde mol. Tak to jest jak się coś kopiuje i wkleja (tu chodzi o pytania od dziewczyn).


Do zabawy poproszę:
 
1.  Devinette
- za krótkie i konkretne notki z codzienności (no i młoda żona przecie! - trza promować ;)
2.  Katalina
-  za zakładkę do książki w postaci dyni - to dopiero kreatywność ;-), za super rymowanki;
3.  Żółwinka
- za prawdę podaną w jedyny w swym rodzaju "żółwinkowy" sposób, za złote serce;
4.  Paulina
- za ciekawe odkrywanie stanowej Ameryki i podawanie tych odkryć dalej, za prawo w profilu ;-);
5.  Kasia 
-  za ciekawość świata, wiarę w marzenia i sympatię; pisz więcej;
6.  AsiaG 
za długo się znamy, by wymieniać szczegóły... ale niech rzeknę - za Pakistan wprost z podwórka i duszę felietonistki, za rzeczowość;
7. Joanna 
- za mistrzostwo pióra, poczucie humoru, dystans do siebie oraz świata, za Szwecję w polskim wydaniu ;-)
8.  Ania
- za tematy proste tudzież pociągające wartkie dyskusje i pobudzające do pomyślenia, zastanowienia się;
9.  Inwentaryzująca krotochwile 
- za prowadzenie bloga-perły wśród blogów. Jedyna i niepowtarzalna. Zawsze sprawia, że mam niezłą ucztę zmysłowo-umysłową czytając kolejne wpisy.
10.  Judith
- za pisanie o wszystkim tak, jakby już czytało się jej książkę, za wielką mądrość, otwartość na świat i za Kamerun;
11.  Aga 
- nikt inny nie opisuje tak sentymentalnie i nie wyciąga na światło dzienne naszego leżącego "na uboczu"  Podlasia;

Teraz muszę Was powiadomić ;-). 

środa, 7 listopada 2012

Mój kumpel Listopad

Ale mamy piękny Listopad! Taki prawdziwy, typowy, wręcz książkowy. Wszyscy dookoła zrzędzą, narzekają i psioczą na ten miesiąc. Mało kto go lubi. Wielu wolałoby zamknąć oczy i przespać go w całości. A jeśli jeszcze ukazuje się on w swojej pełnej krasie jak np. dzisiaj - czyli jest szary, ponury, wietrzny i deszczowy - ludzkie otoczenie hucznie pała do niego nienawiścią. A niesłusznie. NIESŁUSZNIE!

Ja Listopad bardzo lubię. Jest jedyny w swoim rodzaju. Taki proszę Państwa Don Pedro Roku. Czarna pelerynka, czarny parasol, czarne oczy ukryte za czarnym kapturem. Znika za rogiem w ciemnym zaułku spowitym wilgotną mgłą. Tajemnica i czary-mary. Moje klimaty. Nic dziwnego, że urodziłam się w Listopadzie. Nic dziwnego, że w Zaduszki. A może odwrotnie? Może dlatego lubię Listopad, że właśnie pod jego panowaniem się urodziłam? Dla mnie jest to miesiąc największego w roku spokoju. Podczas gdy w październiku robi się jeszcze na polach i w ogrodach, tu i ówdzie fruwa babie lato, można jeszcze pojeździć rowerem i pobiegać po kolorowym parku - czyli jest jeszcze dość aktywnie, natomiast w grudniu rozpoczyna się już bożonarodzeniowa karuzela - pośród tych właśnie dwóch miesięcy Listopad jest przystankiem w biegu. Kroplami deszczu wystukuje o szyby rytmiczne polecenie - O-D-P-O-C-Z-N-I-J  C-Z-Ł-E-K-U! Wiatrem zamiata nas do naszych domów, które kochamy wtedy bardziej niż zwykle. Listopad każe nam odkręcać słoiki z miodem, kupować większe zapasy herbaty, grzać wino, wyciągać z pakamery miękkie szale, koce i bambosze. Listopad jest chłodny, ale podsuwa nam tyle wspaniałych pomysłów na ogrzanie.

U mnie na wsi Listopad zawsze też kisił beczki kapusty. Beczki co prawda poszły już do lamusa, ale podczas ostatniego pobytu w Pastorczyku i tak poszatkowałam z wielką przyjemnością kilkanaście białogłowych, które potem mama ubijała z wdziękiem w dużej dzieżce. Uwielbiam kroić kapustę. Ostry nóż i do roboty. Kroję sobie, ciapię, ocieram na tarce głąby, potem je obieram do cna i chrup, chrup zjadam sobie ze smakiem białe, słodkie kapuściane serca... Kroję, słucham radiowej Jedynki, rozmyślam o tym co było, jest bądź będzie, dookoła biegają dzieci, podkradają mi poszatkowane wstążki i zjadają z apetytem... Ręce trochę bolą, ale zasadniczo takie krojenie kapusty jest dla mnie swoistą formą odpoczynku. Tak, tak, można by to wręcz nazwać kapuścianym relaksem ;-).

Ale cóż to za kiszenie kapusty w obecnych czasach... Skromne takie... bez szału... bez większego namaszczenia... Kiedyś to się kisiło! Kapusta była uprawiana z rozmachem. Na polu. Było jej naprawdę dużo. I, co za tym idzie, dużo z nią roboty od samego początku. Ale też kiedyś były inne czasy i więcej nas w domu w Pastorczyku było - Dziadek, Babcia, Stryjek, Rodzice i nas piątka. Nikomu nie przyszło by nawet do głowy, by kapustę kupować - dzisiaj w braku laku idzie się do sklepu i od ręki kupuje główkę bądź woreczek kiszonej. A kiedyś nie. Przychodziła pora - zajeżdżało się wozem na pole, ścinało kapuchę i wiozło do piwnicy. Zewnętrzne liście oddawało się zwierzakom. Część główek zostawała do zjedzenia "na słodko" a lwią część szykowało się właśnie "na kwaśno". W pokoju u dziadków lądowała duża blaszana balija, w którą kroiło się kapustę wprost. Kroiła babcia, kroił dziadek i zwłaszcza kroił mistrz kapuściany - stryjek Franek. Pokrojoną kapustę przekładało się do dużej beczki. Pamiętam jeszcze beczkę drewnianą ale potem zastąpiła ją plastikowa. Na dno beczki babcia często wrzucała kilka niewielkich całych główek kapusty, które do dzisiaj są jednym z moich najsmaczniejszych wspomnień dzieciństwa. Warstwy pokrojonej kapusty przesypywało się startą na tarce marchewką i solą oraz polewało gorącą wodą. Co jakiś czas tłukło się dokładane warstwy drewnianym balem. Kiedy beka była pełna i ubita tak, że na wierzch występował kapuściany sok przyciskało się zawartość dużym, płaskim, wyszorowanym i wyparzonym kamieniem a całość nakrywało dużą ścierką, której funkcję często stanowiła nieużywana już, wykrochmalona poszewka na poduszkę. Tak przygotowana beczka stała jakiś czas w domu przy piecu, po czym, po mniej więcej tygodniu wynoszono ją do piwnicy. No i potem już całą zimę uprawiane były pielgrzymki do wielkiej beki po kapustę. Głównie jadło się ją w postaci typowego wiejskiego kapuśniaka, na który oprócz kiszonej kapusty składała się też świeżo krojona kapusta słodka, duża ilość rozmaitego mięsa oraz rzecz jasna -  kasza jęczmienna. Moja mama gotuje taką kapustę do dzisiaj i o ile tylko trafiam się na Pastorczyk i natknę się na taki obiad - mam się z lepsza. Kiszona kapucha to także prosta, szybka surówka i wiadomo - bigos. Dawna kuchnia była niezwykle prosta, ale to do niej mam największy sentyment. Niestety - kurczak z brzoskwiniami, łosoś z kaparami czy sos z pleśniowego sera nigdy nie przebiją się na moje smakowe szczyty w konkurencji z talerzem gotowanej kapusty, porcją gotowanej w tej kapuście solonej golonki i najzwyklejszymi w świecie ziemniakami z wody. Taaaa.... Mój Listopad pod względem smaku to zdecydowanie smak kiszonej kapusty...

Sama nie wiem jak to brzmi kiedy mówię, że lubię listopadowe szarugi...  Może ja naprawdę jestem inna, ale nigdy nie cierpiałam na jesienne depresje ani nie złorzeczyłam listopadowym pluchom. Jeśli już pogoda ma mi działać na nerwy to najlepiej udaje się to lipcowym upałom bądź pluchom ale marcowym. W marcu jestem już zniecierpliwiona oczekiwaniem na wiosnę zaś listopad jak pisałam wyżej - spokojnie zwalnia tempo życia. Kiedy jak nie teraz mamy więcej czasu na refleksję, na zadumę, na dłuższy i milszy przystanek we własnych czterech ścianach? 

Patrzę sobie na świat przez zapadane okno. Na sine niebo i szybko płynące po nim stalowe chmury, które mieszają się z kłębami dymu z sąsiedniej fabryki... Chwilami trudno rozpoznać co chmurą a co dymem... Drzewa z resztami osowiałych, suchych liści bujają się na wietrze jak rozczapierzone wampirze paluchy czyhające się na czyjąś gładką szyję... Jest klimatycznie. Magicznie. Może nawet troszkę strasznie? 

Listopad Don Pedro naprawdę jest moim kumplem. Można by się zacząć domyślać, czy aby wobec tego nie mam jakiegoś czarnego charakterku, prawda? Hmmm, kto wie, kto wie? Znam się i nie znam zarazem. Jak chyba każdy zapewne mam swoją własną ciemną stronę księżyca, choć zdecydowanie nie określiłabym się jako mroczny element ;-). Będąc młodą studentką odkryłam dla siebie jako nowość tzw. rock progresywny lub jak kto woli - ezoteryczny i zatapiałam się w nim po głębię uszu i duszy. Czuję, że muszę odszukać kilku wykonawców i kilka utworów... Jest Listopad - sprzyja i skłania ku temu. W nadchodzący weekend planuję sobie wieczór z taką muzyką - wyślę nieletnich spać, starszyzna pewnie sama padnie z przepracowania albo wyjedzie gdzieś biznesowo (bo już napomknęła o... Litwie) a ja odpalę komputer, założę słuchawki i będę szukała swojej dawnej, muzycznej ezoteryki. Grzane piwo też się wtedy doskonale nada. Wino - wybaczcie wielbicielki tego trunku - nawet to z najwyższej półki - nadal nie zaskarbiło sobie mojej sympatii. Chyba nawet nie mam już ochoty lubić go na siłę. Pozostaję przy swoich pszenicznych tudzież chmielowych bąbelkach a całe winnice Francji oddaję światu szerokim gestem.

Kiedy zaczynałam pisać tego posta miałam raczej zamiar przynajmniej częściowo wywiązać się z nominacji, jakie otrzymałam od życzliwych mi blogujących dusz a nie pisać o Listopadzie, golonce w wiejskiej kapuście i progresywnej muzyce... Nazbierało mi się tych nominacji i zabaw pod sufit rzęs i czuję się bardzo niekomfortowo, kiedy nic z tym nie robię. Naprawdę bardzo, bardzo mi miło i bardzo, bardzo doceniam to, że ktoś docenił mnie. Zawsze traktuję takie wyróżnienia jak prywatne mini-oscary. Cieszy się moja mroczna duszka niezmiernie, ale jak to z mrokiem bywa - potrzeba mu czasu, by się rozjaśnił. 

Pozdrawiam Was listopadowo. Pozytywnie i ciepło. Jeśli w tym miesiącu przyszła na świat taka dość pozytywna osoba jak ja - nie macie żadnych podstaw by poddawać się w nim najbardziej negatywnym w roku myślom, emocjom i nastrojom. Bo jak Pan Don Pedro z maczetą do siekania kapusty wyskoczy zza jakiegoś rosochatego drzewa o zmierzchu to Wam krew zacznie szybciej krążyć, moje drogie ;-). (To była groźba do smutasów - same wiedzą, że chodzi o nie). No!

A teraz poczytam co nowego napisałyście i może wdepnę do swoich roboczych i zmierzę się z tymi nominacjami, bo jak tak dalej pójdzie to Pan Don Pedro i nade mną maczetką świśnie, hej!


środa, 31 października 2012

Słowo na progu Listopada

Moje pisanie najprawdopodobniej utknęło w podlaskim śniegu. Nie piszę u siebie, nie komentuję u Was. Jeśli zaś "Was" czytam to na szybko i zza tak zwanego węgła. Moje komentarze są ponadto notorycznie wysyłane przez system w otchłań. Nie skarżę się jednak na to ni słówkiem, bo jestem i tak wdzięczna Opatrzności, że będąc wiadomo gdzie i tak mam uchylone okno na pocztę i blog. O pisaniu w domu mowy nie ma. Nawet nie podnoszę tam wieka laptopa a z ewentualnym internetem mijam się w komórce.

U mnie też. U mnie też zimowo. Pomarzły ostatnie jesienne kwiaty w ogrodach a tymi, które najbardziej się teraz promują i dzielnie trzymają w kiściastych bukietach są - wiadomo - chryzantemy. Takie ładne a tak wręcz nieśmiertelnie związane ze śmiercią i takie hodowlane jak... karpie na Boże Narodzenie, ech...

Nie mam nic przeciwko zimie, ale przypałętała się trochę za wcześnie. Liczę w duchu, że ciągle jeszcze panująca nam Jesień da jej z plaskiem w pysk i przegoni jeszcze na jakiś czas. Kto to słyszał, żeby już u końca października sterczeć co rano na parkingu ze skrobaczką albo lepić bałwany. Nie ma tałku w tej pogodnie, oj nie ma.

Dzisiaj po pracy zbieram nieletnie towarzystwo za bąble w garść, toboły wieszam na kij i idę (ups, jadę) do Pastorczyka. Na 4 dni. Nie było nas tam ponad 2 tygodnie. Pora więc znowu zmienić małomiasteczkowy klimat grajewski na wielkoobszarowy klimat wiejski. Em nie jedzie. Cztery dni pod rząd na zagubionej wsi to dla niego szczyt wytrzymałości. Poza tym - jest w tyle z robotą - jak twierdzi. Ja na jego miejscu zawsze bym była w tyle, więc i tak go podziwiam. Niech sobie siedzi w ciszy i spokoju naszego mieszkania - bo w Pastorczyku zanosi się niezła jatka z gromadką przerozmaitych pacholęć miejscowych i przyjezdnych. O rany, już mnie łep na samą o tym myśl boli ;). Na szczęście to tylko 3-4 dni. Kochane dzieciaki, kochane. Ale ta miłość do nich nie zawsze obrasta w różowe piórka - jak już się osobniki zaczną kotłować, wałować, kłócić, lać, beczeć wszelkimi możliwymi odmianami beku i ryczeć wszelkimi istniejącymi wariantami ryku - to nie tyle róż, co żółć człeka zalewa. Nie, nie jestem zołzowata - naprawdę lubię wszystkie nasze dzieci. Ale wiecie - co tu wymagać od kobiety, która ostatnimi czasy chadza spać około godziny 20-stej, bo świadomość o tej porze ma już niemal wyżętą do cna i wszystko dookoła jej bimba a jedynie poduszka wydaje się przyjacielem bez wad... Nie wiem czy to przesilenie jesienne, czy zmiana czasu czy wiek już podeszły czy co tam jeszcze, ale jestem ostatnio jak przebita dętka, więc i cierpliwość jędrna jak flak... Po urodzinach obiecuję sobie jednak ostro postawić się do pionu. Nie ma, że się nie da.

Lubię te Listopadowe Święta - Wszystkich Świętych i Wszystkich Zmarłych. Lubię lampki cmentarne i nieśpieszne spacery pośród starych grobów. Nowoczesność i groby "pod style i kolor" nie leżą za bardzo w moim guście, ale wolność Tomku w swoim domku jak i na grobie, którym się Tomek opiekuje więc jak komuś się tak podoba - niech ma. Co mi do tego? I tak zbyt często używamy słów "nie lubię, nie cierpię, wnerwia mnie, etc". Wcale mnie nie wnerwiają ogromne kwiaty i wieńce na grobach ani wypasione znicze. Nie gustuję w takich, ale jeśli takie rzeczy mają mnie denerwować to co poważniejszymi? Przyjmuję je więc takimi jakie są. Cieszę oczy "ożywionym" barwami cmentarzem i zamyślam się myślą prostą jak te groby, za którymi... tęsknię? Tymi z drewnianym krzyżem, udekorowanymi zielonymi gałązkami, kulkami białych śnieguliczek i żywymi, skromnymi chryzantemami, za grobami, na których płoną proste znicze w glinianych kubeczkach. Wszystko mija i wszystko się zmienia. Tak życie jak i pamięć o śmierci.

Nic to jednak. Tym razem to ja powinnam na tych cmentarzach bardziej niż zwykle się ożywić, bo jak zabiorę na nie obu swoich żywotników to biada mi. O ile Aleksander jest już elementem dość bezpiecznym - Maksymalny może mnie... jak to zabrzmi? - doprowadzić do grobu? Ej no, raczej może od grobu do grobu, prawda? 

Zaraz wychodzę z pracy. To, co piszę, piszę na raty i w pośpiechu. Jakiś kogel-mogiel słowno myślowy mi powstał, ale nie mogłam wyjechać na te 4 dni bez pożegnania z Wami. Zresztą zauważam, że sporo z Was również wyjeżdża i deklaruje ciszę blogową na kilka dni. Taki to czas, moi mili. Milczcie sobie i do "zobaczenia" za kilka dni!

Uściski!

Wrócę starsza o rok ;) a w nawiasie składam też najlepsze życzenia wszystkim świętującym urodziny w najbliższych jak ja dniach. Tym, którzy niedawno je mieli a nie zdążyłam im niczego pożyczyć - pożyczę osobiście, jak wrócę. Ahoj!

środa, 24 października 2012

Jesień w czterech osobach

Zdecydowanie częściej tutaj piszę niż wstawiam zdjęcia, ale wzorem poprzedniego posta ten również - zresztą zgodnie z obietnicą - jest bardzo fotograficzny. Tym razem - głównie nasze dzieci i my.

A skoro zdjęcia to zamykam paszczę i dziękuję za uwagę ;-).

Hopki przez płotki (fot. Em)
Gimnastyka na listkach (fot. Em)
Zapatrzenie (fot Em)
Zamyślenie (fot. Em)
Krasnal jesienny (fot. Amisha)
Amisha pod jesiennym niebem i Aleksander przemawiający do kaczek

Amisha & Maksymilian (fot Em)
Męska solidarność (fot Amisha)

Niedziela od rana spowita była gęsta mgłą. Aż trudno było uwierzyć, że w sobotę było takie piękne słońce. Mieliśmy zamiar jechać do lasu, ale ostało się na godzinnym wypadzie do naszego pobliskiego parku, gdzie Em się sportował, dzieci mu pomagały i przeszkadzały zarazem a ja marzłam i robiłam zdjęcia.
Bitwa na liście (fot. Amisha)
Pora przypakować (fot. Amisha)
Nie uciekaj mały! (fot. Amisha)
Pompki z podwójnym turbo doładowaniem (fot. Amisha)
Cwaniaki (fot. Em)



















                      

Kto się zmęczył - proszę spocząć.

wtorek, 23 października 2012

Jesień nad jeziorem

Sobota TAKŻE u nas była piękna i fotograficzna. Ciepła, słoneczna, miła dla ciała i ducha. Po tym, jak ogarnęłam mieszkanie, wszelkie pranie wywiesiłam na balkon, spakowałam masę dziadostwa i nakazałam Em wynieść je do piwnicy, odetchnęłam z ulgą. Przywrócenie względnego porządku w naszych czterech kątach zawsze działa na mnie kojąco. Nawet jeśli status mieszkania pod nazwą "sprzątnięte" ZWYKLE NIE trwa długo. 

Około godziny 15-stej wyszliśmy na dwór, wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do najczęściej odwiedzanego przez nas sąsiedniego miasta. Połazić po deptaku nad brzegiem jeziora, pooddychać świeżym wozduchem, popatrzeć na spokojną wodę, nacieszyć oczy jesiennymi barwami, które tego dnia dzięki słońcu i czystemu niebu prezentowały się oszałamiająco. Dzieciaki biegały ze śmiechem po deptaku, trawnikach, skwerkach, molo, mostkach i pomostach a my z Em emanując błogim spokojem patrzyliśmy z radością na radość naszych dzieci, upajaliśmy się esencją tego wspaniałego popołudnia i robiliśmy zdjęcia. On aparatem, ja smartnym fonem. Z uwagi na to, że słońce było już niżej niż wyżej a po godzinie naszego spacerowania poczęło zwijać swe promienie i w niezwykle malowniczy sposób niknąć po drugiej stronie jeziora - miałam niebywałą okazję zatrzymać jego zachód na obrazach. Nie mogłam oprzeć się urokowi chwili i nim się spostrzegłam nacykałam blisko 150 zdjęć, przy czym zachód fascynował mnie najbardziej i fotografowałam go aż do momentu kiedy słońce pokazało mi figę z makiem i zupełnie zniknęło gdzieś za cyplem ze starym zamkiem. Oczywiście przetrzebiłam potem uważnie wszystkie fotografie, ale jednak blisko 100 i tak zostawiłam... Em zrobił mniej więcej drugie tyle co ja, więc suma sumarum wyprawa była obfita tak w pozytywne wrażenia jak i zdjęcia.

Co dziwne - moje zdjęcia robione telefonem wyglądają dobrze jedynie na tym telefonie właśnie. Wyraźne i kolorowe. Na laptopie w pracy są jakby mniej ostre i mniej barwne. Na laptopie w domu też jakieś przygaszone. Zdjęcia robione prze Em wspaniale prezentowały się na jego Mac-ku i na naszym telewizorze - na moich laptopach znowu gorzej. Em twierdzi, że to wina słabej jakości ekranów moich laptopów - więc nie ma nad czym rozpaczać. Więc nie rozpaczam. Wstawiam kilkanaście zdjęć (większość moich, kilka Em), które osobiście najbardziej mi się podobają. Nie są niestety w żaden sposób podrasowane, bo nie mam na rasowanie czasu ni narzędzi ku temu. W kolejnej odsłonie opublikuję zdjęcia bardziej osobowe a osobowości nadawać im będą nasze rozbrykane chłopaczątka.

***

Cip cip rybeńki (fot. Em)

Przyjaciele (fot. Em)

Spacerkiem na małe molo (fot. Amisha)

Dom, który zawsze nas urzeka (fot. Em)

Uroczy mostek na rzece Ełk wpadającej do jeziora Ełk w mieście Ełk (fot. Em)

One są szczęśliwe, że mieszkają... pod mostem (fot. Amisha)


Listków moc (fot. Amisha)

Jesienne siostry (fot. Amisha)



 KRÓLOWIE DEPTAKU
(fot. Amisha)

Nadjeziorny deptak ełcki jest nieźle obstawiony, proszę Państwa. I to nie byle kim, bo strzeże go cała plejada królów polskich. Wyrzeźbionych z drewna, jak na posągi przystało - posągowo dostojnych i być może w przewadze średnio urodziwych, ale dumnych i przewyższających "poddanych" o nie! nie o jedną! - o wiele głów. Każdy król posiada tabliczkę z bardzo krótkim opisem swojego panowania. Królewska aleja?







Kazio IV Jagiellończyk urodą nie grzeszy...

Władzio Warneńczyk zaś - młodziutki i dość urodziwy, prawda?


Nie wiem co to za król, ale ma to "coś" królewskie w sobie


MOJE  ZACHODZĄCE SŁOŃCE













CIĄG DALSZY NASTĄPI :)

piątek, 19 października 2012

Post chwilówka


Piękne słońce za brudnym oknem. Wyjść już stąd, wyjść...

Zadzwoniła Mama z pytaniem, czy przyjedziemy. Nie, tym razem nie przyjedziemy. Będziemy ogarniać własny dom. Po tym, jak przez kolejne weekendy ogarniałam dom w P. (20 okien plus zmywanie i czyszczenie poziomu „0” po zakończeniu prac wykończeniowych) – teraz kolej na własne zakurzone metry kwadratowe.

Poza tym – przedwczoraj usłyszałam wielce prawdopodobną wersję przebiegu najbliższych miesięcy. Najpierw Indie, potem Ameryka Południowa – Brazylia lub Ekwador. Wszystko razem wzięte potrwać może do stycznia – jego początku, połowy bądź nawet końca. W związku z tym – przynajmniej ten weekend RAZEM, bo oczywistość kolejnych nie jest już oczywista.

No to pora zakasać rękawy Amisho i uzbroić się w anielską cierpliwość. Nie, wcale nie w cierpliwość związaną z oczekiwaniem na powrót, bo tą mam we krwi a czas i tak jest za szybki – raczej na cierpliwość do chłopców, których będę miała na 100 % domową wyłączność przez te 2-3 miesiące. A nie wróży to zdrowia psychicznego bez urazów. Mamo, mamoo, maamo, maamoo, ma-mo... I już się nie wykręcę – a idź Ty maminsynku na chwilkę do taty. Już nie tata ich wykąpie i przypilnuje mycia zębów. Już nie tata zajmie się Maksim zanim przyjdzie Niania. Już nie tata zajmie się nimi, kiedy mama gotuje obiad lub płaci przez Internet rachunki. Tata już nie pomoże przy dużych zakupach w Tesco i nie pomoże wnieść tobołów gdy wracamy z P.

Cały marzec i kwiecień przesiedzieliśmy sami i było znośnie. Teraz jednak wydaje mi się, że Maksi ma większe niż wówczas rogi – więcej rozumie wobec czego więcej cwaniakuje, częściej wchodzi w konflikty z Olim i małpuje go na każdym kroku, co nie zawsze jest pożądane. Olek chce puzzle – Maksi też. Tyle, że Olek chce je układać a Maksi rozwalać - przy czym największą frajdę ma zwalając je wszystkie na podłogę albo czym prędzej wprowadzając destrukcję w to, co Olu już ułożył... Olu chce malować farbami – Maksi też. I Olu maluje – mały zaś najbardziej interesuje się samym maczaniem pędzla w wodzie po czym właściwym jest wodę wylać na Olkowe malowidło bądź – przechylić kubeczek jak setkę i mlasnąć ze smakiem. Olu wybrał sobie traktorek do zabawy – Maksi koniecznie chce ten sam... Ciężko być rozjemcą. Starszy beczy bo młodszy lezie mu w szkodę a młodszy beczy bo słowo NIE począł rozumieć i wie, że łączy się ono z przykrością (w jego pojęciu). Na każde NIE reaguje nadętymi polikami i od razu szykuje się do bicia osoby to słowo wymawiającej (najczęściej więc mnie;-)). Aleksander potrafi zająć się sobą bez czynienia dookoła pobojowiska, mały musi je uczynić, by jednocześnie być czymś przez chwilkę zajętym. Słodki z niego gość – mówi coraz więcej słów, rozumie w lot tak mnie jak i ojca, umie się przymilać i wszyscy dookoła ulegają czarom jego niezwykle sympatycznej buzi – ale w duecie ze starszym bratem bywają trudni do ogarnięcia.

Dlatego bywam dla nich miękka i pobłażliwa ale zarazem – mówiąc potocznie – nie ceregielę się. Muszę być dość zorganizowanym i twardym komendantem przez te kilka miesięcy. Bo inaczej – biada mi.

Pogoda piękna. Weekend zapowiada się pięknie...

Mam w roboczych kilka rozczynionych jak drożdżowe ciasto postów – ale coś mi słabo rosną... Póki co – dla oderwania od biurowej szarzyzny naklikałam na prętce co powyżej. Czasem warto ulec chwili i zapisać ją w przeciągu chwili... 

Wychodzę z biura. Uffff....

czwartek, 11 października 2012

Wina, wina dajcie!

Em wrócił z Francji dopiero przedwczoraj późnym popołudniem. TAM poleciał samolotem, TUTAJ wrócił pociągiem jadącym trasą: Bordeaux-Paryż-Amsterdam-Warszawa-Białystok-Grajewo.

Też jestem pod wrażeniem...

Czemu wracał pociągiem?

A podjęlibyście próby wsiąść do samolotu z 20 butelkami wina?

Ja też nie...

Kiedy Em wystawił wszystkie te butelki na kuchenny stolik - dostałam małpiego rozumu. Nie, nie na widok wina jako takiego, gdyż nigdy smakoszem wina nie byłam, ale na tę właśnie moc butelek, które zajęły połowę stołu i prezentowały się na nim zjawiskowo. Wino czerwone, wino różowe, wino białe. Wino najwyższej jakości, wino wprost od producentów, których i winnice i piwnice Em miał okazję zwiedzić. Wino, które przywiózł dostał od nich jako sample czyli "do spróbowania". Podobno dostał co najmniej 10 butelek więcej, ale nie miał szansy rozwiązać "problemu" logistycznie. Dzień przed wyjazdem zszedł więc do recepcji hotelu, w którym mieszkał i okazał wielki gest. Poprosił recepcjonistów o kieliszki i zapowiedział, że chce się z nimi napić wina, które będzie produkowane pod marką jego firmy. Recepcjoniści wykazali entuzjazm i wahanie jednocześnie. W końcu byli w pracy... Em szybko załatwił sprawę z ich menedżerką i za chwilę "jego" wino pili już wszyscy dookoła - i recepcjoniści z menadżerką i pokojówki i ochroniarze i sprzątaczki i kucharze i goście siedzący w hotelowym barze. Kiedy "pękły" trzy butelki Em poleciał do swego pokoju i przyniósł kolejne cztery. Kiedy i te zadzwoniły pustką pognał po jeszcze trzy.

Co Ci ludzie sobie o Tobie pomyśleli? Że ty gąsior z winem trzymasz w pokoju? Nosiłeś jak z Kany Galilejskiej, kurde mol!

Nie wiem, co sobie pomyśleli, ale byłem niemal jak winny bóg. Wszyscy się do mnie uśmiechali, pozdrawiali i kiwali głową z uznaniem.

Hotelowy VIP normalnie...

Niby rozrzutny (raczej rozlewny może?) jak cholera, prawda? Cóż jednak biedak miał począć z taką ilością trunku, który skrupulatnie kolekcjonował w hotelowym pokoju przez kilka dni? Od przybytku niby głowa nie boli, ale od nadmiaru wina i owszem... Em bardzo lubi wino i pił go tam na miejscu sporo, ale chyba nawet siermiężny alkoholik nie byłby w stanie wyłomotać blisko 30 butelek przez kilka dni a w międzyczasie być trzeźwym, przytomnym, chodzić na spotkania i dobijać interesów.

Pomimo wielu butelek wina skonsumowanych w hotelu, Em nadal miał pokaźną ich liczbę. Obkupił się więc w termoizolacyjne torby i rolki papierowych ręczników. Poowijał buteleczki starannie i poustawiał ciasno w zielonych torbach. Tym samym zrezygnował z powrotu samolotem, bo kto by takiego winnego terrorystę wziął na pokład... Pojechał więc pociągiem do Paryża a stamtąd do Amsterdamu. Nie dostał tego samego dnia biletu do Warszawy więc przenocował w hotelu, w którym kiedyś nocowaliśmy razem. Amsterdam to taki trochę jego drugi dom. Mieszkał w Holandii 2 lata i często bywał w tym mieście. Jego obecna firma (a raczej ta, dla której pracuje) też jest tam zarejestrowana.

Podliczyliśmy, że jego kolejowy powrót do domu trwał jakieś 28 godzin...

Ale czego się nie robi dla 20 butelek wspaniałego wina, za które na dodatek nie zapłaciło się ni centa, prawda?

EM był pod wrażeniem francuskiego winiarstwa oraz pewnego człowieka, który o winie wiedział wszystko i nie miał oporów, by się z nim tą wiedzą dzielić - przy winie, rzecz jasna.

Jestem teraz sam jak wine professor Jo - oznajmił mi z dumą na grajewskim dworcu PKP, gdzie pojechałam po niego z chłopcami samochodem, co by nieszczęśliwie nie potknął się gdzieś przełażąc przez "naszą" dworcową dziurę w płocie i... nie potłukł cennego szkła.

Kiedy wysiadł z pociągu, dzieci oszalały. Darły się do niego wniebogłosy a tata z bagażami łamał przepisy i przełaził do nich przez tory "na dziko".

Ja tu po Ciebie jadę byś nie łaził przez dziury w siatce a ty wprost przez tory jak jaki biebrzański łoś - skarciłam osobnika.

"Ciko babe" - zobacz co dla Ciebie mam! I kazał mi unieść zieloną torbę. Silna jestem, ale nawet oburącz ledwo ją drgnęłam. Jak on ją przytachał? A miał jeszcze walizę z ciuchami i innym podróżnymi gadżetami...

Prosto z dworca pojechaliśmy do Tesco po drobne zakupy. I wiecie co Em zakupił w pierwszym rzędzie? Cztery butelki Paulanera. Piwa!

I tak oto na zwieńczenie dnia i powrotu ojca rodziny piliśmy piwo, podczas gdy na kuchennym stole stało sobie spokojnie 20 butelek dobrego wina. Ciekawy paradoks, prawda?

Em uznał, że winem się "opił" a poza tym to, które przywiózł będziemy mieli na specjalne okazje. No niech mu, miał szczęście, że nie jestem winopijcą, bo inaczej bym mu nie podarowała.

Butelki wstawiliśmy, a raczej położyliśmy w małej szafeczce stojącej w przedpokoju. Z uwagi na to, że nie ufamy do końca Maksymilianowi i jego wszędobylstwu - szafeczka została oklejona taśmą - co by pewnego dnia nie zauważyć syna tachającego pod pachą butle a w gorszym przypadku nie usłyszeć kaskady tłukącego się szkła.

Nie wiem kiedy tę szafeczkę odlakujemy. Na pewno jednak podzielę się z Wami moją opinią na temat wina prosto z winnic Bordeaux ;-).

A tak na zakończenie - kilka ogólnych wrażeń Em z podróży.

Otóż, zaliczył on kilka obiadów u osób, z którymi się spotykał. Pytałam co jadł - bo on przecież ni mięsa ni ryb... Jadłem głownie sery - a zwłaszcza te najbardziej śmierdzące, jakieś sałaty, ziemniaki i fantastyczne pomidory z octem - oczywiście winnym. Piłem oczywiście dużo wina i na nieszczęście mało wody. Oni tam nie piją ani wody ani piwa - dookoła jedynie wino. I kawa. Ach - w pewnej restauracji jadłem pizzę z wieloma rodzajami serów - fantastyczna. Następnego dnia piekłam więc w domu pizzę obłożoną możliwie dostępnymi u nas rodzajami serów - zwykły żółty, feta, mozzarella, pleśniaki... Ale co tam te nasze serki w porównaniu z cuchnielami z Francji...

Samego Bordeaux Em nie miał czasu zwiedzić aczkolwiek nałaził się po nim tak, że aż rozwalił mu się but i przetarły spodnie. Spodnie zapasowe miał, buty musiał kupić nowe.

A wczoraj ze skrzynki na listy wyjęłam pocztówkę z Bordeaux ;-). Em zawsze nam wysyła kartki ze swoich wojaży i często-gęsto wraca wcześniej niż kartka dociera. Mimo to i tak miło!

Ale się rozpisałam. A miało być krótko i zwięźle.

Jeszcze jedno (już ostatnie, pls ;-)). Nie zrobiłam naszym butelkom zdjęcia. Wiecie dlaczego? Bo w domu jest kilka telefonów komórkowych z aparatami, 2 laptopy i iPady z kamerami, aparat-małpka i co najmniej 4 inne aparaty fotograficzne w tym 2 profesjonalne wypasy. Więc jakim cudem mogłam zrobić zdjęcie... 

poniedziałek, 1 października 2012

Francja elegancja - uwaga post o mężu ;-) !


Niedziela. Poranek, nieco po 7-ej. W żółtej piżamie w pieski Snoopy wywlekam się z sypialni i zmierzam do łazienki. W przedpokoju natykam się na niezwykle eleganckiego Pana spowitego w perfumy, koszulę, garnitur i obutego w wypolerowane na glanc buty. Pan radośnie sobie podśpiewuje i zapina zegarek na obmankietowionym nadgarstku. Z poczochranym czambułem i w tych swoich żółtych piżamkach stanowię zajebisty kontrast do tego Pana. Pana Em. Zatrzymuję się, opieram o naszą równie zajebistą jak moje piżamki boazerię, odruchowo przylizuję palcami czochra i pytam - choć odpowiedź doskonale znam – „A Pan to gdzie się wybiera taki wyfiokowany, proszę Pana?”. Odpowiedź mogła być tylko jedna. „Do Francji, droga Pani” – rzecze Pan przywdziewając trendy ¾ płaszcz, piękny, filcowy kapelusz rodem ze Sztokholmu i wiążąc pod szyją szal na modny supeł. „No jasne, myślę sobie - i nie powiem, że bez pewnego takiego wręcz AŻ zachwytu – jak Francja to i Elegancja. Przez duże E.” Stoję sobie przy tej boazerii, taka zwykła i na bosaka, z założonymi rękoma i obserwuję kokoszącego się przed lustrem Em. Po chwili człapią do nas obaj chłopcy. Malutki zaspany, ale zawadiacko uśmiechnięty a większy też zaspany ale z miną pochmurną. Bo on też chce jechać z tatą do Francji. Kiedy tylko Em zapowiedział mi swój wyjazd do Bordeaux – biorąc pod uwagę, że niedawno był w Hiszpanii (Malaga i Granada), trochę dawniej w Holandii (Amsterdam, Rotterdam) a wiosną całe 2 miesiące w Szwecji (Sztokholm), natomiast ja - oczywiście - nie byłam nigdzie – zapowiedziałam groźnie – lecimy z Tobą! Em paradoksalnie przyklasnął i kazał bukować bilety, ale... to, że ja czegoś chcę wcale nie oznacza, że mogę. Urlopu już niewiele, dzieci bez żadnych dokumentów... Stąd jedyne co mi pozostało to postać w piżamce w pieski, popodpierać ścianę z boazerii i popatrzeć jak Em do Francji wybiera się sam.

Ten człowiek to się nalata po świecie... Podczas wypełniania kolejnych wniosków o jego karty pobytu naliczyłam, że obleciał już co najmniej 25 państw. A choćby - Indie (wiadomo), Nepal, Birma, Tajlandia, Pakistan, Bangladesz, USA, Wenezuela, Brazylia, Surinam, Wyspy Karaibskie - Jamajka, Gujana Francuska, Dominikana, Trynidad i Tobago, Wielka Brytania, Francja, Hiszpania, Holandia, Belgia, Szwajcaria, Niemcy, Litwa, Szwecja... W kilku krajach – jak choćby w owej Francji był kilkakrotnie. Ba, we Francji po raz pierwszy się spotkaliśmy. Więc mam do tego kraju sentyment i na pomysł kolejnej podróży zapaliłam się ostrym płomieniem, który – jak wiecie – szybciuteńko zgasł... Lista państw, w których Em jeszcze nie był jest oczywiście otwarta jak on sam i boskie przestworza... Kolejne zaś wypady tam, gdzie już był też się ponoć szykują. Jeśli się nie przesłyszałam to w planach najbliższych znów kroi się Belgia, USA, Brazylia... Czy przypadkiem nie usłyszałam również słowa Gruzja? Nie ogarniam. Ten człowiek lata jakby sam miał skrzydła. Odkąd się znamy i jesteśmy razem - non stop przeżywamy rozstania i rozłąki. Przywykłam do tego jak krowa do siana i żadna wiadomość odnośnie kolejnej podróży nie robi już na mnie wrażenia. Jedyne, na co założyłam blokadę to wyjazdy na więcej niż 2 miesiące. Wiem co mówię i wiem, że taka blokada jest nieodzowna. Przeżyłam rozłąkę półroczną i 4,5 miesięczną. Wystarczy. Ja jestem wiejska siłaczka - zniosę na barach nawet więcej, ale dzieci na taki kurs wytrzymałości nie zapisuję, o nie. 

No i jeszcze jedno - bardzo podziwiam lekkość z jaką Em udaje się tu bądź tam i nie mówię tu bynajmniej o lekkości walizki, choć doświadczenie Em na polu bagażowym też nie pozostaje bez znaczenia. Lekkość jaką mam na myśli to niezwykle naturalne podejście do każdej jego podróży. Czy to lot do Caracas czy do Barcelony - on traktuje go tak, jak ja traktuję swoje wyjazdy do... Pastorczyka? Podczas gdy dla mnie wyprawa na jeden dzień do stolicy to już przeżycie niemal metafizyczne III stopnia, dla niego każdy zagraniczny wyjazd jest jak wyjście... po zakupy. On jest taki swobodny, taki zawsze przygotowany, zawsze cierpliwy, zawsze pewny tego po co i gdzie leci. A lata... zawsze biznesowo. W zasadzie - poza Paryżem 2007 ;-) - nigdy nigdzie nie był w innym celu. Zawsze mi mówił, że jego największym hobby jest praca. Wielokrotnie o tym myślałam. Dziś wiem na pewno, że ta deklaracja nie była czekiem bez pokrycia. Na szczęście - w takim a nie innym stanie rzeczy naszego wspólnego życia - ta wiadomość jest DOBRA ;-).

Mąż obieżyświat. Sama nie wiem jak to możliwe, że takiego a nie innego przypisał mi Bóg. Bo tylko Bóg - mający na oku cały świat - mógł mi Tego człowieka przypisać. 

"Nic nie dzieje się bez przypadku a wręcz wszystko ma swój sens. Nie zjawiłem się u Ciebie bez powodu ani też los nie dał mi Ciebie bez powodu. Może nawet nigdy nie dowiemy się, dlaczego tak się stało, ale Siła Wyższa ukończyła całkiem niezłe Uniwersyteta coby znaleźć chemiczny związek między Pastorczykiem i Grajewem a Kalkutą i resztą świata".

Jego hinduska dusza jest tak naprawdę duszą światowca. Ciągle jeszcze mało polską i jakby... nie widzę Go Polakiem nigdy, choć całkiem nieźle wpasował się w małe miasteczko wschodniej Polski. Trudno mi widzieć w nim też typowego Hindusa. On jest dla mnie... nie wiem jak to zabrzmi, ale słowa "całym światem" oddadzą chyba zarówno słowny jak i emocjonalny charakter tego osobnika ;-).

Czy to ja takiego chciałam, czy to ja takiemu byłam dana?

"Tato - smutno mi, że odjeżdżasz" - po polsku mówi Olu i przytula się do pachnącego, eleganckiego Tatuśka. Średnio elegancka matka w psiej piżamie tłumaczy, choć okazuje się, że elegancki Tata i tak wie o co chodzi i podnosi obu synów pod sufit. Poły płaszcza ukazują koszulę w drobną krateczkę, którą poprzedniego dnia suszyłam skwapliwie na wieszaku. Tyle buzi co Tata daje synom to ja chyba nigdy nie otrzymałam w swym życiu od nikogo ;-). Wiergające nóżki wirują dookoła tatusiowej postaci. Wszystkie psy na mojej piżamie ujadają z radością merdając ogonami. Całusek w czochrańca również dla mnie "be safe, take care my lovely Jo".

Cała nasza trójka stoi w oknie najmniejszego pokoju - "biura Taty" - machamy, chłopcy walą łapkami w szybę z ekstazą, ja z małej oddali ocieram drobną łezkę. 

Jesteś najprzystojniejszym mężem w kapeluszu mój drogi Em - pomyślałam sobie kiedy rondo szwedzkiego kapelusza zniknęło za rogiem bloku.

Cały dzień myślałam, czy doleciał.

Właśnie napisał, że jest w Bordeaux.