piątek, 7 października 2011

Głowa w paski

Spędziłam wczoraj u fryca bite 2 godziny albo i dłużej. Najpierw miałam pędzlowanie i zawijanie w sreberka. Potem siedziałam jak kół w płocie i czekałam, aż farba się przyjmie. Potem mycie głowy - długie i całkiem relaksujące. Następnie usiadłam na krzesło przed lustrem i zamarłam... Boże, co ja mam na łbie??? Jeszcze trochę wyrównywania nożyczkami a potem jazda z suszarką i okrągłą szczotką. Jakieś odżywki, spraye... Potem jeszcze prostownica, tapirowanie i lakier. Byłam tym wszystkim tak zmęczona, że nawet nie chciało mi się protestować. Efekt końcowy ? Kształt fryzury ok. To, że włosy nagle stały się jasne - też ok. Ale jak na mój gust - za jasne i za bardzo pasiaste. Takie podłużne prążki - jeden mój naturalnie jasnobrązowy, jeden pomalowany. Przeplatanka kawy i mleka. Osobiście wolałabym te pasemka nieco ciemniejsze. Ale po ptakach. Są jakie są. Żeby jednak tradycji stało się za dość - po całym tym fryzjerskim rytuale wsiadłam do samochodu i rozczesałam wszystkie tapirki i lakiery gęstym grzebykiem. Babka się napracowała, wyszłam "zrobiona" i zadbana. Nie powiem, że to było źle, ale wydało mi się, że choć do 40 jeszcze mi trochę brak to w tym uczesaniu już dawno ją przekroczyłam i wyglądam jak dyrektorka domu towarowego. Do fryzjera zbyt często nie chodzę, ale ilekroć od niego wyszłam a Pani użyła lakieru i tapiru - pierwsze o czym marzyłam to rozczesać nowa fryzurę albo w ogóle głowę umyć. Nigdy też nie chodziłam do fryzjera "zrobić się" na jakieś wesele czy imprezę. Utrwalone fryzury, usztywnione koki... nie cierpię. Owszem, może pasuje to starszym paniom, ale osobiście nie preferuję. Lubię prostotę, niestety... Zawsze jak mogłam tak sama sobie radziłam ze swoją problemową głową i przynajmniej czułam się na luzie i nie marnowałam czasu ni kasy na fioki-koki, loki i inne dziwoki. Poza tym - są osoby, którym pasuje glamour look, połysk, szyk, make-up, fryz - mnie niekoniecznie. 

Co też więc podkusiło mnie na wczorajsza zmianę? Nie wiem. Zmęczył mnie chyba mysi kolor a brązów, kasztanów i rudości już próbowałam za sprawą szamponetek. 

Wróciłam do domu - Mohinder mówi: Wow Jo, good! You look very good. Like a typical polish now :)))). 

No i nos mi się spuścił na kwintę. Jak typical polish! Wiem, wiem. Polskie pasemka... Takie, jakie w zasadzie nigdy mi się nie podobały. Oczywiście Mohinder nie miał na myśli tego co ja, bo chyba naprawdę mu się podobam, ale ja te słowa odebrałam na swój własny sposób ha ha ;-). 

Jeśli przywyknę do jasnych włosów - być może spróbuję przefarbować je zupełnie na jakiś blond. Na razie widzę w lustrze nieco inną osobę. I naprawdę wszystko byłoby dobrze, gdyby ten jasny kolor był bardziej zbliżony do moich naturalnych włosów.

E tam, nie ma o czym gadać.

Dziś rano oczywiście włosy spięłam. Nie dość, że kolor zmieniam to jeszcze pozbywam się grzywki, którą miałam ZAWSZE bo uważałam, że bez grzywki wyglądam blee - ale teraz widzę, że wcale nie jest tak źle. Czyli - zupełnie inny look.

Mohinder szybko zadecydował, że w niedzielę robimy zdjęcia. No to zrobimy. Jak mi się jakieś spodoba - zrobię wrzutkę na bloga ;-).

czwartek, 6 października 2011

Hyc na fryc

Po pracy idę do fryca. Trzeba nieco ogarnąć nieporządek na głowie (ten w głowie jest w ogóle  niereformowalny). Nigdy nie byłam blond. Teraz jednak zamierzam wprowadzić jasność w swoje mysie kłaki. Niemal całe życie pozwalałam naturze na bycie sobą, ale teraz chcę zrobić jej psikusa. Nie wiem czy ten psikus mnie samej nie wyjdzie bokiem, ale co tam - w razie biedy - znowu obetnę się na malona i gwizd. Uściślę, że nie będę przerabiać się na blond permanentny a jedynie mam plan wpuścić w czachę kilka słonecznych promieni. Przydadzą się - mamy jesień, idzie zima - dookoła będzie ciemno, buro i ponuro a ja będę trząchać słoneczną grzywą. W ramach porządków pozwolę sobie jeszcze przyciąć tę grzywę tu i ówdzie, bo mi się hoduje samopas od X już czasu i tym samym z dnia na dzień coraz bardziej działa mi na nerwy. Zresztą... moje włosy zawsze działały mi na nerwy - cokolwiek bym z nimi nie robiła i jakiejkolwiek długości by nie były. No, nigdy nie były naprawdę długie, ale chyba słusznie. Nie dość, że się nie nadają na długie to jeszcze nie mam cierpliwości do ich zapuszczania. Grrr, mój odwieczny problem fryzjerski trwa! Nie sądzę by się dzisiaj rozwiązał, ale jestem u fryca umówiona (żywiołowo umówiłam się wczoraj) i pójdę. Może mi się coś polepszy. LOL.

wtorek, 4 października 2011

Podeszwa do du...

Na pewnym bardzo znanym portalu internetowym typu “wszystko w jednym”, przeczytałam notkę, że pewna bardzo znana firma produkująca obuwie sportowe wypuściła na rynek buty, które to - mówiąc prosto z mostu - podnoszą kobiecy tyłek do góry. I to wcale nie za sprawą obcasów, bo ostatecznie mowa o normalnych butach sportowych. Normalnych, acz wedle przeznaczenia i przekazu w reklamie - NADZWYCZAJNYCH! Podobno konstrukcja ich podeszwy wymusza zwiększoną o ileś tam procent pracę mięśni pośladków, ud i łydek, co w efekcie miałoby modelować sylwetkę osoby, która wydała pokaźną sumkę na owo cudo, w które się obuło i biegiem ruszyło w świat po jędrny tyłek. Bo przecież dzisiaj bez jędrnego tyłka to nie ma szans. Nigdzie i na nic. 

W polskich realiach cudowne buty zareklamowała właścicielka niewielkiej, ale bardzo zgrabnej figurki - pewna znana tancerka i mniej znana aktorka zarazem. Natomiast z innej - mniej naiwnej strony - wzięła się za buty pewna znana komisja handlu. Zajrzała pod podeszwę różnym bucikom - w tym omawianym tu specjalistom od zadków - i stwierdziła, że buty jak buty, ale informacje na ich temat zawarte w reklamach są nieprawdziwe i konsumentom (ja bym ich tu nazwała użytkownikami), którzy uwierzyli i kupili a potem nie doznali cudu, należy się odszkodowanie. Ba, nawet polska tancerka z modelowymi pośladkami może dostać za buciki po... tyłku. Że niby wiedziała a nie powiedziała! Że zgodziła się użyć swych naturalnych wdzięków do promowania produktu, dzięki któremu człowiek z tyłu niedoskonały nagle nim się staje. Na to by wyglądało, że znana tancerka ma ładne cztery literki dlatego, że się w życiu nabiegała i nachodziła w cudownych butach push-up. A tu się okazało, że to ściema! Że te buty wcale figury nie czynią. 

Że klienci się nabrali i należy im się na pocieszenie... cukierek w postaci odszkodowania. Żal mi tych ludzi... Z żalu jednak, to ja IM nakazałabym płacić odszkodowanie. Za naiwność. Za głupotę. Zamiast kupić tenisówki za 30 zł, zebrać niedoskonały tyłek w troki i latać po lesie - wydają dużą kasę na magiczne buty i zniesmaczeni brakiem poprawy wyglądu - skarżą producenta. Że im obiecał. Że pokazał tancerkę i pozwolił uwierzyć w zdobycie takiego jak ona wyglądu przy pomocy podeszwy. Podeszwa od buta, proszę państwa, to by Wam pomogła - owszem - ale dać kopa w niedoskonałe pośladki i ruszyć do galopu. Zwłaszcza umysłu! Bo jak umysł w zastoju to i ciało zastygłe. I niedoskonałe. A jakie jest doskonałe? Takie jak tancerki czy takie jakie się ma, ale własne i zdrowe? 

Nie powiem, że reklama jest niepotrzebna i ja sama czasem jej troszkę nie ulegam - ale buty co mi mają podnieść tyłek to mi raczej podnoszą ciśnienie! O! ;-).

poniedziałek, 3 października 2011

Pastorczyk jesiennie, botanicznie, nastrojowo...


Mmmm....pogoda nadal przepiękna. Lato zdecydowanie przegrało z jesienią jeśli chodzi o pozytywne wrażenia pogodowe. Wszyscy to przyznajecie, prawda? Bo przecież widać to gołym okiem i czuć nagim łokciem. Nie sposób przejść obojętnie obok tego, czym obecnie karmi nas natura – toteż i ja nie przeszłam. Jako że – co nikogo już chyba tutaj nie zdziwi – miniony weekend spędziłam z chłopaczkami na Pastorczyku – pokusiłam się o kilka fotograficznych kadrów naszego małego-wielkiego grajdołka (małego – bo „wieś” liczy „aż” dwie chałupy, dużego – bo areały dookoła mogłyby pomieścić całe miasteczko). Nie zapuszczałam się w swej wędrówce zbyt daleko, a jedynie obeszłam nasze włości dookoła z Maksymilianem na rękach. Jakość zdjęć może pozostawiać troszku do życzenia, bo pstrykałam je komórką. Kto by się tym jednak zanadto przejmował... Ważne, że ucieszyłam się naszą „przysiedliskową” przyrodą NA NOWO. Drzewa są w swym jesiennym „rozkwicie” – jeśli można to tak określić. 

Brzoza już niemal bezlistna
Brzozy niemal już pogubiły listki, ale czemuż się dziwić skoro jako pierwsze przyoblekają się w nie na wiosnę. Klony – moje najbardziej ulubione drzewa jesienne – są właśnie w swej szczytowej formie – kolory ich liści są tak różnorodne, że człowiek mimochodem je zbiera i robi bukiet. Są też w bliskiej okolicy dwa drzewa, które my tu nazywamy jesionem, ale ja nie mam całkowitej pewności co do tożsamości drzewa z ową nazwą. Mniejsza jednak o to. Chodzi o to, że właśnie te egzemplarze łysieją najszybciej. Najpierw są cudownie kolorowe a potem już niemal całkowicie żółte. Piękne, jednak gdy inne drzewa dopiero stroją się w barwne piórka – one już zieją nagimi konarami. Kiedy jeszcze mieliśmy na Pastorczyku stary dom (zburzony w 2006 r.) – dwa takie drzewa (jedno wielkich rozmiarów) rosły sobie właśnie tuż obok tego domu. Ileż trzeba było nagrabić się tych liści jesienią... A jak psy i koty lubiły się w nich wylegiwać...



Nie jestem znawcą drzew ni botanikiem w żadnym calu i nawet jeśli żyję wśród przyrody od dziecka – brak mi wiedzy na wiele przyrodniczych tematów. Wiele z tego, co mijam codziennie i co na co dzień dzieje się niemal obok mnie – przemyka mi wręcz niezauważalnie! Uważam to za karygodną ignorancję. Jednak – czasem człowiek się zatrzymuje... Czegoś się nauczy, coś zaobserwuje i zapamięta, coś utka w duszy na dłużej... A może to wszystko – ta chęć nie tylko patrzenia, ale też wiedzy o tym, na co się patrzy przychodzi z czasem? Z wiekiem? I czy to oznaka starzenia? Nigdy nie twierdziłam, że idę na „odmłod”, ale czy już się starzeję? Tak drastycznie? Owszem, za miesiąc mam urodziny, ale przecież (daj Boże) za rok będą kolejne, potem kolejne i kolejne (chwała optymizmowi!).

W każdym razie – od dość już dawna w myślach noszę się z kupnem przewodników - po drzewach i ziołach. I na pewno je sobie sprawię. Coraz bardziej ciekawi mnie bowiem jak nazywa się i „kim” właściwie jest owo zielsko, co zawsze rośnie w tym samym miejscu podwórka bądź przy miedzy, jak się zowie tamte drzewo przy polu na kolonii i czy ten jesion to naprawdę jesion...


Tymczasem, prezentuję Wam „wyniki” moich wczorajszych foto-migawek. To tak na zaś – bo doszły mnie słuchy, że jesień ma przybrać bardziej brunatną i mniej słoneczną postać. Na marginesie dodam – pluchy nie lubi nikt, ale deszcz w przyrodzie potrzebny obecnie  na gwałt. Więc cieszmy się barwno-złotą polską jesienią póki czas - w naturze i ... choćby na zdjęciach. 


Refleksja nad pługiem
Pan Klon trzyma pion
Rzut gospodarskim okiem
Jesienny trakt hen daleko w świat
Ostatnie słoneczniki i młody klonik bujają na horyzoncie

W ogrodzie warzywnym mamy już tylko głównie kwiaty i chwasty

A może jesienną malinkę lub czarny bez?

A może jednak gruszkę?

W przydomowym ogrodzie-sadzie jeszcze dość zielono

Nasi stróże w jesiennej oprawie

czwartek, 29 września 2011

Czapka drobnych myśli tu i teraz

Jeny, ale ja jestem opóźniona... Na tapecie mam zdjęcie sprzed żniw a tu już dawno po jesiennych siejbach, wykopkach i koszeniu kukurydzy...

Jestem więc w graficznym tyle swojego Żywotnika... Co jednak zrobić Panie, no co...? Po powrocie do roboty, z pisarską weną u mnie średnio na jeża, a nawet jeśli zdołam coś tu napisać - na ozdoby już czasu ni sił nie stawa. Słowem - klops. 

W robocie ogranicza mnie... robota (huh, ale to zabrzmiało - jakbym do roboty przychodziła w celach innych niż ta robota LOL), w domu ograniczają mnie dzieci - a zwłaszcza Maksi, który zmaga się czwarty tydzień z katarem, do tego zaczyna raczkować i niestety nie posiedzi sobie spokojnie sam wśród zabawek, bajek na dvd i kolorowanek tak jak Olu. Trzeba go nosić, non stop wycierać nosek, zapodawać paszkę, zadawać medykamenty, podnosić kiedy się przewróci z siadu, tulić jak płacze i marudzi - a zwłaszcza marudzi pod wieczór...Ciężko, ciężko mi, uff. Nawet jeśli generalnie przepadam za synkami a każde ich nowe umiejętności bardzo mnie cieszą.

Ale uwaga - coś się zmieni. Niebawem :))). Będzie lżej. Lepiej. Choć z drugiej strony nie do końca. Przyjmuję jednak do siebie zawsze te lepsze warianty dwustronnych wydarzeń. Po co się wdawać w te gorsze? Trzeba je odrzucić, dać im kopa i zapomnieć.

Ot, optymista się znalazła co? Najdziwniejsze, że kiedyś nigdy nawet nie podejrzewałabym się o optymizm. Teraz co prawda bywa rożnie, ale zdecydowanie bardziej wolę myślenie pozytywne. Mając dzieciaki to jakby nawet bardziej wskazane. I tyle rzeczy wydaje się przy nich innymi. Rzeczy obojętne nabierają znaczenia a to, co dotąd nie istniało pojawia się i zapełnia nam świat. Nawet jeśli mam chore dziecko - współczuję mu, boli mnie jak ono cierpi - to jednak ... jakim wspaniałym uczuciem jest móc się nim opiekować, pocieszać je, dawać mu siebie... To bywa właśnie przykładem pozytywu w negatywie :).

A co się zmieni? Napiszę innym razem. I wcale nie chodzi o zdjęcie na tapecie. Ono też się oczywiście zmieni, ale rzecz w czym innym.

Piszę sobie w przerwie w pracy (sami takie przerwy sobie wyznaczamy - rzecz jasna). Za oknem jakieś lekkie przymglenie, mała melancholia i zapach drewna - z sąsiedniej fabryki płyt. Opanowała mnie senność, bo mało sypiam (Maksi) więc piję kawę ze śmietanką i z cukrem (rzadko mi się to zdarza - tzn. druga kawa, cukier i śmietanka). Moi koledzy - jak widzę - też pogrążeni w necie, szefowa na telefonie a  Katie Melua śpiewa o milionach rowerów w Pekinie. Za niecałą godzinkę wychodzę... Dobrze. Zajrzę jeszcze tylko do pewnych akt... Jak ściągnąć 400 tysięcy? Możliwe czy nie? Możliwe. Dla mnie natomiast często wydaje się nie do zrozumienia to - jak ludzie mogą doprowadzić samych siebie do takich długów... Moja praca bywa naprawdę bardzo ciekawa. Może kiedyś i o niej (nie tylko w niej ;-)) napiszę więcej. Tymczasem spadam z Żywotnika - jak kotek z choinki na cztery łapki. Miau :))).

piątek, 23 września 2011

Płacz na Maksa

Wczoraj, mniej więcej od godziny 17.30 do 20.00 Maksymilian beczał. Ryczał. Awanturował się. Chwilami wręcz wrzeszczał. Nosiłam go na rękach, próbowałam uspokoić i uśpić. Kiedy niby już przysnął i próbowałam go położyć - draka na nowo. Wystarczyło, że zbliżałam się do łóżka a odzyskiwał czujność i kontynuował operę. Nie pomagał cyc ani nic. Beczał jak nigdy dotąd - długo i żałośnie. Niewątpliwie coś mu dolegało. Ale co? Prawdą jest, że od 3 tygodni ma katar i zatkany nosek, ale 2 dni temu byłam z nim u lekarza i dostałam leki łącznie z antybiotykiem. Broniłam się przed tym ostatnim dość długo, ale szkoda dzieciaka - 3 tygodnie charczenia w nosku i smarkanie (pojawiające się i znikające) to nieco za długo - jak określiła również nasza doktor i wobec tego ruszyła z antybiotykową odsieczą. Zobaczymy jakie będą efekty - na razie poprawa zerowa. Płuca i gardło były jednak w porządku. Może więc teraz uszki? A może... zęby? Co prawda nie widzę jeszcze żadnych oznak ząbkowania, ale kto wie? W każdym razie, mały rascal dał mi wczoraj pokaźnie do wiwatu. Sama już nie wiedziałam co mam z nim robić, by przestał płakać. Sąsiedzi zapewne też mieli atrakcyjny filharmonicznie wieczór. Tylko Olek nie przyjmował wrzasku na klatę i spokojnie oglądał na dvd Księgę Dżungli. Najwidoczniej uznał, że Maksi to jeden z bohaterów bajki i ma prawo dawać głos... Po 2,5 godzinie naręcznego tańca z moim ponad 8 kilowym bekasem - udało mi się go w końcu utulić i zapędzić w senny róg. Żal mi było skarba... zasnął łkając i ciężko oddychając zapchanym gdzieś głęboko noskiem. Osobiście jednak też mało nie padłam z bezdechu - bezsilność w staraniach uspokojenia dziecka płaczącego niemal bez przerwy ponad 2 godziny naprawdę może człowieka bezlitośnie dobić. Nawet dość spokojnego, opanowanego i cierpliwego jak ja. Ufff, namęczyliśmy się oboje. W nocy Maksymilek spał ściegiem przeplatanym. Przebudził się o 3.11 rano (patrzyłam na zegarek, więc wiem) i nie spał do 5.00 - czyli do czasu, kiedy ja już musiałam wstać. A zatem jestem dziś UP już od dawna... Nie powiem bym czuła się z tym dobrze, co widać również na moim "przyćpanym" niejako licu... Kiedy wychodziłam do pracy - Maksi miał już jednak całkiem zadowoloną minę i zachowywał się jak gdyby nigdy nic się nie stało... No jasne... Skoro rano już jest dobrze, to po co kontynuować wieczorne nastroje, prawda?

A tak w ogóle to dostałam dziś na maila jakiegoś newslettera od HIPP-a z informacją, że mój maluch skończył dziś 7 miesięcy. Faktycznie, dziś przecież 23-ci! No więc Kochany - wszystkiego dobrego! Nie płacz i nie choruj. Na granicy 7 i 8 miesiąca wygląda też na to, że niedługo zaczniesz pełzać, bo z siadu puszczasz się już na cztery łapki. No i w końcu może wyrośnie Ci jakiś zębulek :))).

środa, 21 września 2011

Dzień przerwy

Wczoraj jednak nie przyszłam do pracy. Obudziłam się z ciężką głową i zatkanym nosem. Kiedy wstałam - niemal natychmiast znowu się położyłam. Przed siódmą zadzwoniłam do kolegów z pracy by wzięli mi urlop, do Anety - niani Maksymka - żeby zrobiła sobie wolne i do przedszkola, że nie przyprowadzę Olka. I niemal cały dzień leżałam ile mogłam - czyli w sumie niewiele, bo moje małe chłopaczątka nie podzielały mojego samopoczucia i miały się całkiem dobrze. Nałykałam się medykamentów i jakoś przeżyłam ten dzień. Dzisiaj rano było już ze mną lepiej. Gdyby nie fakt, że urlopu mam już naprawdę niewiele - chętnie i dziś zostałabym w domu, ale jednak zmobilizowałam siły i wspomagana lekami - przyszłam. Nie jest źle. Wczorajszy odpoczynek i siedzenie w zamknięciu chyba wyszły mi na dobre. Dzisiaj wróciła też do pracy po długim urlopie nasza szefowa - kierowniczka działu. Wypoczęta, uśmiechnięta i w dżinsach tej samej marki, co moje nowe, he he. Nie wiem czemu, ale od razu rzuciło mi się to w oczy - wystarczyło, że popatrzyłam na przeszycia kieszeni ;-). Moja szefowa w kwestii ubioru jest raczej skromna, ale jej skromność jest zawsze na odpowiednim poziomie - taka z klasą. W dżinsach chodzi rzadko, ale jak już je nosi to zawsze są odpowiednie do jej wieku i figury (a ma ją idealną).

Oluś poszedł do przedszkola z ochotą. Jednodniowa przerwa chyba i jemu dobrze zrobiła. Co prawda i tak nie mam z nim problemów, bo do przedszkola zawsze idzie zadowolony (czasem tylko nie chce mu się rano wstać, co nie dziwne bo i mi się nie chce), ale dzisiaj wręcz tryskał radością na sam widok przedszkolnego budynku. Co jakiś czas zabiera ze sobą jakiegoś pluszaka - zwykle małego, pomarańczowego pieska. Dzisiaj wziął natomiast dużego biało-brązowego boksera. Niósł go dumnie pod pachą i powiedział, że będzie z nim w przedszkolu spał. No niech tam. Jeszcze chwilka i nie zechce nawet tykać pluszaków, bo będzie się uważał za zbyt poważnego na takie zabawki.

Aneta - opiekunka Maksymalnego przyznała się, że wczoraj za nim tęskniła i nie mogła sobie w domu znaleźć miejsca. Wow, szybko przywykła! Ma dopiero 20 lat, ale jak widać instynkt opiekuńczo-macierzyński już całkiem rozwinięty. Zresztą widzę, że dziewczyna ma fajne podejście do dzieciaków i przepada za "swoim małym przystojniaczkiem". Nawet Olek od razu ją polubił. Chciałabym, aby Aneta siedziała z Maksem jak najdłużej, ale z tego co zdradziła być może przeniesie się ze swoim narzeczonym do Ełku, bo planują tam kupić mieszkanie. Szkoda będzie... Mały już się do niej przyzwyczaił, dziewczyna sprawdza się w swojej funkcji... Też wzdychała, że trudno jej będzie rozstać się z małym, ale cóż... Może nie nastąpi to tak szybko jak się wydaje. Oby. Początkowo Maksi miał dostać się pod opiekę dziadka Władka i familii. Jednak tam musiałabym go zawozić, a idzie zima i dziadek stwierdził, że żal dzieciaczka zrywać tak rano i wyciągać na dwór. Święte słowa. No i stąd mamy Anetę (zresztą z polecenia dziadków). Jeśli mały będzie już chodził i nadejdą wiosenno-letnie dni a będę poszukiwała kogoś do Maksia - wtedy na pewno ruszę do dziadka Władka abarot. Tymczasem ktoś musi przychodzić do nas.

I tak to... Niby nic, a jednak zawsze coś się dzieje :).

poniedziałek, 19 września 2011

Katar i nowa duszka

Siedzę w pracy i prycham. Kicham. Boli mnie czambuł i mam się źle. Nie na tyle jednak źle, bym miała nie przyjść do roboty, choć nie ukrywam, że leżakowanie bardzo by mi się przydało. Mile by widziane było... Ale niestety. Po 9 miesięcznej przerwie w "karierze" ponowna absencja jakoś mi "nie leży". Nikt by mnie tu za nią nie skarcił ani krzywym okiem nie spojrzał, ale jednak staram się trzymać fason. Zresztą - mam już tylko 6 dni urlopu (+ 2 opieki) - więc nie powinnam nimi szastać. Jeszcze mi się bowiem przydadzą. Poza tym - czy moje dzieci pozwoliły by mi na leżakowanie w domku? Oj, szczerze w to wątpię. Lepiej więc już chyba siedzieć za biurkiem - w spokoju i w ciepłym pokoju. Co prawda myślenie mam dziś przytępione a ruchy spowolnione, ale jest już 9. Jeszcze tylko 5 godzin...

Chłopcy zakatarzeni są już od 2 tygodni - raz się mają lepiej, raz gorzej, ale ciągle coś im tam w płuckach gra. Musiałam więc i ja - matka - podzielić ich los. Domyślam się, że doprawił mnie Pastorczyk - pogoda niby piękna, ale zdradliwa - w domu ciepło, na dworze niby też, ale jednak jak powieje, to na schabach czuć... Więc raz się ubierałam w ciepłą bluzę, raz rozbierałam do podkoszulki, latałam z domu na dwór i z powrotem jak ważka. No i mam. Nie jest źle, ale męczy, dręczy...A psikkk!

Ahhh! W sobotę, 17 września (pamiętna data) urodziła mi się brataniczka. U najmłodszego brata w Gdyni. Mają już 3 letnią Zuzię i teraz oto drugą panniczkę. Imienia jeszcze nie znam. W sumie mam więc już 5 brataniczek (Gabriela (11), Ada (4), Ola (4), Zuzia (3) i ta maleńka) i ... jednego bratanka (Mikołaj (6)). Dziewczynki górą. A chłopaków rodzinie dostarczam głównie...ja. Tym razem myślałam, że może Maksymilianek zyska ciotecznego brata - rówieśnika, ale widać tendencja jest bardziej damska niż męska. 

W każdym bądź razie - gratuluję Asi i Andrzejowi - niech się dziewczynka chowa zdrowo i daje jak najwięcej radości rodzicom oraz swej starszej siostrzyczce :))). Witaj na świecie i w rodzinie mała istotko!!!

PS. Dowiedziałam się właśnie od bratowej, że propozycje Zuzi co do imienia dla siostry są następujące: Wiktor albo Owieczka Lilly. No po prostu boskie! Obstawiam Owieczkę... he he he ;-))).

piątek, 16 września 2011

Moje drogie dzieci

Policzyłam właśnie swoje stałe koszty miesięczne i niemal padłam ze zgryzoty na glebę. Najwięcej kosztują mnie - paradoksalnie - dzieci. Chociaż czemu zaraz paradoksalnie? Ostatecznie dzieci przecież są mi najdroższe i jak widać - w słowie tym kryje się także drugie - zupełnie inne niż uczuciowe - znaczenie. Jakżeż ja bym była wolna i frywolna finansowo (biorąc rzecz jasna pod uwagę moje niekoniecznie wygórowane oczekiwania życiowe) gdybym była Joanną wolną sensu stricto, czyli samotną i bezdzietną... Ale jakaż ja bym była rzeczywiście samotna wtedy... Nawet nie potrafię sobie tego wyobrazić! Dlatego dobrze się w moim życiu stało, że mi tak ono podrożało z racji przychówku... Co nie oznacza, że czasem nie siedzę z ołóweczkiem w ręku i nie planuję co, kiedy i za ile. Na szczęście - jakoś się wyrabiam (-y). Niemal na styk, ale bez debetu. Uff. Wystarczy bowiem, że w pracy param się często-gęsto długami i dłużnikami - stąd wiem, że bardzo nie chciałabym być na miejscu wielu z nich. A sio!

Przedszkole wcale nie kosztuje tak wiele (zapłaciłam za wrzesień 284 zł - jednak i tak byłam nastawiona na około 100 mniej...), ale jak ktoś ma 2 lub więcej przedszkolaków, albo tak jak ja za drugą pociechę musi płacić znacznie więcej niani - wtedy dopiero ziarnko zebrane do ziarnka sprawia, że uzbiera się miarka. Pokaźna!

Hacząc o mojego przedszkolaka zaś - rzecz z rzeczonym ma się całkiem dobrze. Budzę go najpóźniej o 6.10. Zawsze oczywiście dobiega mnie spod kołdry bunt, ale staram się podchodzić do młodego człowieka z humorem i koniec końców stawiam go do pionu. W przedszkolu ponoć jest grzeczny i rozmowny. Z tej racji, że wstaje wcześnie - w czasie leżakowania zwykle pierwszy zasypia. A tak się obawiałam, że ze spaniem będzie problem. Jeśli inne dzieci nie chcą spać, piszczą i marudzą - Olek zakrywa się kocem na głowę, zatyka uszy i odpływa. ;-). Śpi dosyć długo i czasem kiedy przychodzę po niego po 14-stej jeszcze sobie drzemie, o zgrozo. Z jedzeniem prawdopodobnie też jest nieźle. Posiłek w grupie nieco mobilizuje, ale zupa mleczna zwykle w talerzu mu rośnie, a nie jej ubywa. Jogurt z kawałkami owoców też nie przechodzi... A zatem kontynuacja nawyków i preferencji żywieniowych z domu. Zwykle, kiedy pytam go co było do jedzenia - nie potrafi dokładnie określić, jednak ZAWSZE na pytanie, czy wszystko zjadł ma jedną odpowiedź - nie, bo mi ta Pani za dużo nakładła! Jasne... 

Myślę, że dzieciaki ogólnie marnują sporo jedzenia. Wczoraj kiedy odbierałam Olka - akurat miały podwieczorek - gęsta kasza manna na mleku z owocowym sokiem. Wszystkie siedziały nad talerzami jak zaklęte i albo dłubały w nich z niechęcią albo w ogóle odmawiały wzięcia łyżeczki do ręki. Kiedy weszłam do sali - Olek mnie nie widział, bo siedział tyłem. Postałam więc chwilkę oparta o futrynę i obserwowałam młodociane towarzystwo - a zwłaszcza to swoje. Wyglądał jakby posadzono go tam za karę. Wie, że taka jest rutyna - nadchodzi pora posiłku więc siada się za stołem i dostaje talerzyk z tym czy owym. Ale samo jedzenie to już inna sprawa... Nie dość, że ledwo wstało się z leżakowania, to jeszcze na dodatek kasza na mleku... Aj aj aj. Sama wiem, że jedzenie na siłę to mordęga - stąd żal mi było biednego Olka patrzącego tępo w swoje danie, ale z drugiej strony ciągle mam nadzieję, że polubi mleczne zupki. Powinien - bo jak tak z drugiej strony pomyślę, że tyle tej kaszki nie zostanie zjedzonej, a gdzieś tam na świecie inne dzieciaki dałyby się za nią pokroić, to szlag człowieka trafia. No, ale co zrobić? Dzieciaki na diecie bezmlecznej dostają zamiast kaszki na przykład bułkę z masłem. I mój Oli zdecydowanie bardziej woli taką bułkę (nawet suchą) niż cokolwiek gotowanego na mleku. Podobno zaś dzieci bezmleczne - chętnie zjadłyby to, czego im nie wolno... Błędne koło! 

Podsumowując jednak nasz drugi przedszkolny tydzień - oświadczam, że JEST DOBRZE! Oby tylko tak dalej. Następnym razem (wpisem, znaczy się) postaram się wstawić jakieś zdjęcia i napisać słowo o naszym przedszkolu - bo jest nieco nietypowe - a choćby i z samego wyglądu.

Nim się obejrzałam i oto znów mamy piątek - pogoda piękna - pora wyjechać... wiadomo gdzie. A zatem - miłego weekendu i do popisania po powrocie ze świata kolorowych drzew i spadających antonówek!

środa, 14 września 2011

W rozmiarze XS

Kurde mol - dobrze być szczupłym, lekkim i zgrabnym. Ale mi przychudło się po ciąży niekoniecznie celowo i korzystnie - bynajmniej w sensie finansowym. Wszystkie moje portki porobiły się bowiem na mnie za duże! I jest problem. Bo nie mam odpowiedniej ilości pasków, żeby utrzymać je na postaci we względnym fasonie... Policzyłam dziś rano, że mam 4 paski - w tym tylko jeden czarny (a takiego rano potrzebowałam) i na dodatek cienki i porwany. Trzeba by kupić... Ba, ale nawet i pasek nie zawsze pomaga - co to bowiem za styl - w pasie pomarszczony ścisk a z tyłka marszczący się zwis ...

Kupować nowe spodnie? Owszem - kupiłam jedne dżinsy - nawet tym razem oryginalne (tzn. dość popularnej aczkolwiek nie tej z najwyższej półki - firmy). Na zakup wybrałam się z mężem (niedawno był na tygodniowym urlopie). Obładowana 5 parami wkroczyłam do przymierzalni. Mohinder w tym czasie doglądał naszych młodych - Olek szalał, więc co chwila wyłaniałam łep zza zasłony i go karciłam. Przymierzane dżinsy były w moim niby rozmiarze, ale tylko 2 pary obsiadły na mnie należycie - reszta oczywiście za duża. Wybrałam proste i dość wąskie (bo chyba taka teraz moda) w jasnym kolorze. Drugie pasujące na mnie, ale w kolorze ciemnym były szokujące cenowo, więc zrzekłam się ich natychmiast. Ostatecznie wisiała już nade mną wizja wydatków na opiekunkę Maksymila i przedszkole Olka... Wybrane spodnie były idealnie dopasowane i takoż idealne do butów na obcasach (czyli nieco przydługie jak stałam w nich na bosaka) i podobały się Mohinderowi (co akurat nie jest nigdy wyznacznikiem moich zakupów, no ale niech ma - ostatecznie rzadko się widujemy, więc coś mu się ode mnie należy). I - krocząc dalej tropem spodni - te dopasowane biodróweczki wczoraj już też wołały o pasek! Dopasowane były tylko w przymierzalni sklepu i po 2 pierwszych użyciach. Oczywiście ogólnie są OK i będę je nosić oraz liczę, że skurczą się po praniu - ale jak tak dalej pójdzie to droga Joanno - albo bankructwo na nowe stroje albo będziesz chodzić jak łajza. I tu poklepać by się w czółko i wziąć przykład z męża, który dość często zostawia coś "bo jeszcze może się przydać", a ja, choć kiedyś też dużo chomikowałam - na stare lata zachowuję się jak tekstylny mól i nic nie oszczędzam - coś nie pasuje - pozbywam się. I właśnie przypomniały mi się moje spodnie, które nie tak dawno powywalałam, bo były nieco za ciasne, dziś zaś pasowałyby jak ulał. Akurat modowo i fasonowo były bardzo neutralne i w dzisiejszych trendach by się odnalazły bez uszczerbku na moim i ich własnym honorze. No, ale przecie nie będę płakać nad rozlanym mlekiem - a raczej nad przestarzałymi portkami, ale jednak warto czasem coś sobie zostawić, bo może się przydać. Kupowanie nowych łachów na razie nie wchodzi w grę - z moim przychówkiem - to jakby iść na ryby z czaplą pod pachą i prosić by wiadra pilnowała ha ha. Mohinder zaś przybędzie za jakiś dopiero tam czas. 

Co wobec tego? Ano mam w szafie kilka całkiem przyzwoitych spódniczek. Niektóre były swego czasu za ciasne - teraz, proszę Państwa - tylko przywdziewać i śmigać. Tylko, że ja, choroba morska - chyba urodziłam się w spodniach (i najlepiej dżinsach, sztruksach i takich tam) i ciężko mi funkcjonować w spódnicach. Jestem wygodnicka do bólu jeśli chodzi o stroje - najlepiej to w ogóle w getrach, bawełnianym topie i boso, no ale przecie tak nie wypada do pracy... ;-))).

Przytyć zaś po to tylko, żeby dogodzić spodniom nie zamierzam. Nie robiłam nic by schudnąć (ostatecznie przecież nawet jak byłam w ciąży to ponoć nie było znać LOL) i nie będę robić nic, by przytyć. Samo się zrobi. A jak nie to pozostanę w rozmiarze obecnym i kropka. Ostatecznie tak jest przecież cool. Sporo noszę Maksymalnego, biegam wokół niego i Olka - inne ciężary więc (np. zbytek ciała) - są mi może nawet niewskazane bo się "zazdeszę" ha ha ha. 

Aha - pasek - a może nawet ze dwa - to jednak tak czy siak - kupię, a jakże.  W tym porwanym to tak jak i w boso - do pracy nie za bardzo wypada ;-).

poniedziałek, 12 września 2011

Pastorczyk w słońcu

Nie byliśmy na Pastorczyku mniej więcej 2 tygodnie. Najpierw siedzieliśmy tam niemal pół roku i czasami już dostawałam od tego pobytu tzw. śmergla, a tymczasem wystarczyło wyjechać stamtąd na kilkanaście dni... i co? I tęskno. Za ryczeniem byka, pianiem koguta, przestrzenią rozległą i prostymi obiadami mamy... Tęsknota zresztą obustronna była. Przez pół roku to można nawet do diabła przywyknąć - nie mowa o dwójce wnucząt płci męskiej, które zarówno babcia jak i dziadek (oraz ciotka Bet jak najbardziej - choć dzieci to ona trzyma krótko i zwięźle a instynktu macierzyńskiego nie posiadła - mam nadzieję, że jeszcze) - kochają miłością bezwzględną (mnie najbardziej kochają tam psy i koty LOL).

Sobota była słoneczna, ale zawiewało chłodnym wiatrem, stąd siedziałam z Maksymalnym głównie w domu, gdyż od tygodnia gnębi go katar. Olek również zasmarkany, ale gdzież by on tam w domu usiedział - opaputany na wiejską cebulę i wio -  rundy po obejściach, oborach, stodołach, rycie w piaskownicy czy wyjazd z dziadkiem na łąki kopać rowy (czyt. meliorować). 

Niedziela zaś była całkowicie - od stóp do głów - po prostu piękna - takie późne lato - co prawda lekko już jesienne, ale do tego stopnia miłe dla ciała i ducha, że aż mnie radość rozpierała. Niemal non stop łaziłam po dworze ciągając za sobą Maksymila w wiejskim wózku albo nosząc go na rękach. Dzień ogólnie był prosty, jasny i spokojny - nie tylko z uwagi na pogodę, ale też na atmosferę i wydarzenia, a raczej ich brak. Babcia woziła rowerem Aleksandra - na bagażniku, mieliśmy na obiad gołąbki, psy wygrzewały się w słońcu, wpadła ciocia Jadzia na chwilkę i Lucyna z Karoliną - też na chwilkę... Było naprawdę jakoś tak... aksamitnie. Aż się boję, czy następnym razem nie będzie dla równowagi drelichowo. Bo co za dużo to nie zdrowo, prawda?

Michał ma się średnio. Bardzo schudł, chodzi jakby połknął kij i co rusz idzie poleżeć. Kiepski jest, jednak przecie żyje, chodzi, coś tam nawet usiłuje robić, ale ogólnie twierdzi, że czuje się zwyczajnie do dupy. Miejmy nadzieję, że przynajmniej nie będzie z nim gorzej...

A tak poza wszystkim - jesień w przyrodzie powoli stawia swoje coraz bardziej pewne kroki. Zieleń szarzeje, brązowieje, znika i przygasa. Na polach dojrzewa kukurydza i pora na wykopki. Poranne rosy, chłody i mgły, pieczarki na pastwiskach, krzyk żurawi... Jest ładnie. Kocham jesień.

piątek, 9 września 2011

Tydzień z górki

Tydzień w pracy zaliczony. Nie było tak źle, jak by się mogło wydawać. Przeglądam swoje sprawy teczka za teczką i przywracam im żywot - aczkolwiek wcale nie leżały tak zupełnie nietknięte. Koledzy robili co pilniejsze rzeczy w moim imieniu, więc nie czuję się osaczona ilością roboty. Przytłacza mnie jedynie bałagan na biurkach. Ale z nim nie wygram, niestety. Musiałabym bowiem zacząć poważną wojnę z chłopakami a to ostatnia rzecz jaką byłabym w stanie zrobić i chyba ostatnia wojna, jaką mogłabym wygrać, ha ha. Poza tym, przez 6 lat swojej kariery w tej firmie - przywykłam w niej już chyba do wszystkiego. Moi koledzy zaś, jacy są to są, ale jednak nie zamieniłabym pracy z nimi na żadną inną . No, chyba że miałabym do dyspozycji pokój tylko dla siebie - wtedy mogłabym się od nich wynieść. W innym przypadku - ich towarzystwo zupełnie mi odpowiada. A że czynią nasz biurowy świat niechlujnym, cóż... Zawsze to jest i tak najmniejsze z możliwych pracownicze zło.

Zbieram się. Wybija 14, spadam do przedszkola, potem do domku i wypad na Pastorczyk :). Podobno już się tam za nami stęsknili.

wtorek, 6 września 2011

Łezka na koszulce

Dziecko starsze wstało dzisiaj lewą nogą. Ba, w ogóle wstać nie chciało, ale nie miałam litości i musiałam ściągać z łóżka niemal za nogi. Pogoda deszczowa, dziecię jakieś lekko podziębione i grymaśne. Ubierało się i myło ząbki kaprysząc i słaniając się na nogach. Asystowałam więc dziecięciu krok po kroku w każdej czynności - nawet w "siku". Zaprowadzone do przedszkola - oczywiście dzisiaj płakało. Łzy jak górskie kryształy moczyły długie rzęsy i spływały po drobnych policzkach na białą koszulkę. Serce mam miękkie, ale nie mogę sobie pozwolić na jego całkowity rozkład... Opiekunka wzięła więc Olka na ręce a ja szybko opuściłam przedszkolne podwoje. Cóż, nawet najbardziej wyrozumiały i posłuszny 3,5 latek ma prawo do ekspresyjnego okazywania swoich emocji - było mu dzisiaj smutno, więc płakał. Prosił mnie, żebym z nim została chociaż troszeczkę, ale po pierwsze - czas mnie naglił, po drugie - im dłużej bym z nim została, tym gorzej. Minuta czy dwie więcej sprawy by nie załatwiły, a Olkowe łzy - jestem pewna, że wyschły dość szybko... Dola początkującego przedszkolaka i jego matki nie jest łatwa. I w pewnym momencie przypomniał mi się jakiś drastyczny film z czasów II wojny światowej, w którym odbierano matkom dzieci, by zasadniczo obie strony nigdy już do siebie nie wróciły. Ciarki przeszły mnie po plecach i uważam, że chyba nic gorszego nie mogłoby mnie spotkać. Albo np. takie porwanie dziecka, zniknięcie go na zawsze... 

Po co ja o tym myślę? Brrr, a kysz takim myślom! Za kilka godzin pojadę przecież po swojego Olusia, przytulę i dalej będziemy walczyć oboje o każdy, kolejny, dobry - jak mniemam - dzień.

poniedziałek, 5 września 2011

Cześć pracy i Olu w przedszkolu

Po mniej więcej 9 miesiącach wróciłam za swoje biurko. Długo mnie tu nie było, fakt, jednak kiedy zasiadłam w swoim obrotowym krześle poczułam, że tak naprawdę zawsze tu byłam. Ten sam bałagan, to samo stare radyjko na półce za moimi plecami, ten sam hałas za oknem, ten sam czajnik i kubki. Tylko koledzy nie do końca w tym samym składzie... Jednego ubyło. Szkoda, ale wiedziałam o tym już miesiąc temu. Nie, nie zwolniono go. Nie zrezygnował też sam. Po prostu umowa mu wygasła a zarząd nie był zainteresowany w dalszym jego zatrudnianiu. Przyczyny takiego stanu rzeczy były zapewne bardzo różne, ale nie moja w tym głowa. Zresztą - odejście kolegi - w taki czy inny sposób - było chyba już i tak tylko kwestią czasu. Więc teraz jest nas w pokoju 4-ro a nie 5-cioro. Nowych przyjęć do działu nie przewiduje się. Nowinką jest zaś też to, że teraz już wszyscy jesteśmy tu żonaci i mężaci (z wyjątkiem szefowej, ale u niej stan już się raczej nie zmieni). Najmłodszy stażem i wiekiem kolega ożenił się bowiem ostatniego lipca z piękną, młodą blondynką. Teraz czekamy na dobre wieści od niego, choć nie wiem czy doczekamy się ich szybko, gdyż małżonka jeszcze studiuje i raczej woli pozostawić sobie dobre nowiny na "po studiach".

Czas mi się dzisiaj dłuży w tej robocie... Szefowa na długim urlopie, więc mam luz blues - posprzątałam co nieco, poukładałam szpargały, odszorowałam laptopa, wypiłam herbatę i zjadłam 2 suche bułki. Gadam z kolegami, oglądam zdjęcia ślubne tego, który właśnie się zaobrączkował, szwędam się po necie i patrzę na 3 kartony akt do zarchiwizowania. Oczywiście myślę też o tym, jak sprawuje się Maksymilianek i jego nowa opiekunka... I jak się miewa Oluś w przedszkolu. Zawiozłam go dzisiaj o 7.40. Był pierwszy... Prosił bym z nim posiedziała, ale nie miałam już czasu i musiałam szybko się zrywać. Na szczęście miła Pani przedszkolanka szybko i sprawnie przejęła pieczę nad małym i raczej obyło się bez smutku. To trzeci dzień Aleksandra w przedszkolu. Pierwszy raz zaprowadziliśmy go z Mohim oboje. Dzieci wyprawiały cuda i urządzały dantejskie sceny - ryk, bek, kociokwik i zamieszanie... Olek jednak nie uronił łezki i choć zostawał z nietęgą miną - przetrwał do 14.30 a na dokładkę został pochwalony przez opiekunki - że przedszkolak z niego przykładowy. W piątek poszedł do przedszkola tylko z tatą a dziś już niestety pojechał tam ze mną wczesnym porankiem. Ciężko było mi zerwać go ze snu o 6 rano, ale oczywiście wstał i nawet wiele nie narzekał. Posłuszny jak baranek. Dzięki Bogu, bo gdyby stawiał opór i się ociągał - biada mi. Nie za bardzo mogę sobie pozwolić na spóźnienia w pracy, więc dość posłuszne dziecko jest mi niezbędne. 

I tak oto wygląda mój pierwszy dzień w pracy - nie przemęczam się i dużo myślę o dzieciach. Nie ma jeszcze godziny 12 a wydaje mi się jakbym siedziała tu już ze 2 dni. Muszę załatwić sobie zaświadczenie od lekarza, że karmię piersią - wtedy będę wychodziła o 14-stej. Nie wiem czemu nie załatwiłam tego wcześniej... No, ale nic to. W środę idziemy na szczepienie - może więc wyciągnę ten kwitek od naszej pediatry właśnie wtedy.

Ok, biorę się za archiwizowanie. Potem, po kolei będę wracać do innych zajęć....

piątek, 19 sierpnia 2011

Wieczorne słowo trochę na burzowo

Na dworze widzę ciemność. Nic jednak dziwnego, ostatecznie to już po 21.30 a na dokładkę dzień się ukrócił, bo od nocy świętojańskiej minęło niemal 2 miesiące. Ciemność wzmagają też czarne, deszczowe chmury. Jest burza. Kilka razy tak mi tu pod oknem pioruńsko trzasnęło, że aż podskoczyłam na krześle. Szybko wyłączyłam zasilacz netbooka z gniazdka i pomodliłam się, aby nie rozłączyło internetu, bo właśnie robiłam bankowy przelew online. Pomodliłam się też, aby nie walnęło gdzieś w pobliskie drzewo ani w żaden z naszych budynków. Brrr, aż strach pomyśleć. Pioruny i błyskawice na pastorczykowskim odludziu zawsze wydają się o wiele groźniejsze niż gdzie indziej. Trzaśnięte drzewo w okolicy zaś zdarza się względnie często... Rozpołowione, rozdarte, rozszczepione. Póki co - wszystko ucichło, ale właśnie między innymi na Podlasiu wedle prognozy pogody ma dziś w nocy jeszcze grzmieć i straszyć. I oczywiście padać, bo przecież kochanego deszcze tego lata nigdy dość... Zapowiadają co prawda jeszcze sporo ciepłych a wręcz upalnych dni oraz słońce, słońce, słońce!, ale prognozy prognozami a deszcz swą powinność być może i tak czynił będzie ;-). LOL. 

Wyskoczyłam dziś z rana do Grajewa. Podlałam kwiaty w swoim mieszkaniu i zawiozłam tam nieco maneli z Pastorczyka, które tu już nam nie będą potrzebne a tam i owszem. Rzecz się miała głównie w wózku Maxymalnego, ciuchach, łachach, butach, kosmetykach i innym zbędnym tu barachle. Na "stałe" wyjeżdżamy tam za tydzień i przewidywałam, iż ciężko mi będzie wlec się tam z całym rynsztunkiem i dwojgiem dzieci - stąd zabrałam część rynsztunku już dziś. W mieszkaniu panuje błogi spokój i lekki nieporządek - co zawiozę to rzucam gałkiem po kątach. Tak naprawdę wyruszyliśmy stamtąd w połowie marca! Owszem, potem byliśmy chyba ze 3 razy na 2,3 dni a ja dodatkowo robiłam wyskoki co najmniej raz na 2 tygodnie, by zadbać o zieleń, odebrać pocztę i załatwić jakieś drobne sprawki. Podsumowując - wieśniaczejemy wszyscy troje na Pastorczyku już ponad 5 miesięcy. I tyleż czasu nasze lokum stoi tam puste i nabiera sił na rychłe natarcie trój (czasem więcej) - osobowego życia. Co w tym wszystkim najlepsze? Rachunki za prąd i zużycie wody pozostawią w mojej kieszeni małe co-nieco. A co-nieco przyda się teraz, oj przyda... Bo tak to już jest - jak nie wydajesz to nie wydajesz, ale jak przyjdzie wydać - to na prawo i na lewo!

Do pracy wracać mi się nie chce. No, może tak jedynie troszeczkę, dla odświeżenia codzienności. Wiem, że w firmie nieco zmian i wiem, że czeka na mnie już pokaźny węzełek roboty.... Ufff, aż się spociłam na samą myśl, bo od prawniczego myślenia odwykłam na maxa (tak, tak, myślenie mi zeszło na Maksa ;)) a i poranne wstawanie o 5 mnie przeraża... i wczesne odstawianie Olka do przedszkola... by o 7 już być za biurkiem. I Maksi na 8 godzin pozbawiony matki zostanie... 

I pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno żyłam oczekiwaniem na Maksa i rozkoszowałam się wizją kilku miesięcy wolnych od pracy. A tu, proszę bardzo - pora wracać do normalności. Najgorsze, że jako normalność zaczęłam już uważać swoje życie na wsi. Ojej, nie, lepiej już chyba wracać. Zresztą czy mam inne wyjście?

A burza pomrukuje. Pomrukuj sobie kochana, pomrukuj... Ja i tak idę spać. Czuję się rozwleczona jak stary sweter. Właśnie dzisiejszą pogodą. Aha, jeszcze tylko wybiję komary. Po tym, jak muchy nieco osłabiły swoją aktywność w moim pokoju - walczę codziennie z armią komarów. 

środa, 17 sierpnia 2011

Ogórek i jabłuszko

Jak zawsze w Pastorczyku - lato obfituje w ogórki. Można rzec, że teraz już się kończą, ale warzywo to z pewnością jest letnim królem naszego ogrodu. Od mniej więcej trzeciej dekady lipca rozpoczyna szturm na nasz stół i szturmuje nas co najmniej do połowy sierpnia właśnie. Mama zarzeka się co roku, że już nie posieje swoich magicznych trzech rządków, a jedynie dwa. Acha... Nie dość, że posieje trzy, to jeszcze zawsze ma nieprzeciętny urodzaj. Nie nadąża jednak skrzętnie ogarniać tego własnoręcznie sprowadzonego na ziemię daru niebios i zawsze pod koniec ogórkowego sezonu na polu bitwy zostaje stado wyrośniętych, żółtych bałwanów, których zadaniem jest już jedynie użyźnienie gleby. Ogórki jadamy małosolne, kiszone, w mizerii, szybkich surówkach, obrane i posolone na surowo i oczywiście mama nabija nimi słoiki, co by było i zimą o co zębem zawadzić. Mama robi korniszony i kiszeniaki a ja zimowe sałatki - póki co dostałam boski talent do 2 rodzajów ;-). Co ciekawe jednak - mama ogórki sieje, uprawia i przetwarza, ale w tym roku przyznała się, że przetwarzania właśnie szczerze nie cierpi i w tym celu wystawi na podwórku wielką tablicę z napisem "NIENAWIDZĘ ROBIĆ OGÓRKÓW". Żeby wszyscy wiedzieli. Ja osobiście wiem od dawna, ale kiedy mówię jej każdej wiosny - posiej mniej - ona przyprawdza, ale rękę na nasiona ma tak rozrzutną, że nawet jak nie chce, to wspomniane wyżej trzy rządki zasiewają się po prostu same jak cisza makiem. Oj, z tą mamą... 

Jabłka papierówki... jabłonie papierowe mamy dwie i z doświadczenia wiem, że na jabłka te jest urodzaj, albo go nie ma. W tym roku był. Ba, jest, trwa nadal. To już nawet nie urodzaj - to papierowa manna z nieba! Zatrzęsienie, mrowie, rozpusta! Papierówka - jabłko nietrwałe. Spadnie, zbije się łatwo na... kwaśne jabłko, poleży i zgnije. W tym roku owoce są nie tylko liczne, ale też bardzo dorodne. Oczywiście wszyscy kochamy papierówki i zjadamy na potęgę, ale ileż można ich zjeść? Z uwagi jednak na to, że żal nieposkromiony, by wszystkie tak bezczelnie zgniły (ojej - to by dopiero była zgnilizna wszech czasów...) - codziennie zbieramy je dla świnek i bydła. Sezon papierowy trwa około miesiąca, więc zbieractwo podjabłoniowe tyleż samo - najpierw do wiader a potem do koryt. Nic się u nas  nie marnuje - czego człowiek nie da rady, to bracia mniejsi a jakże. Z papierówek ja robię też czasami szybki dżem - obieram, kroję, zasypuję cukrem, wrzucam do garnka i gotuję. Rozpadają się szybko a dżemik smakuje wybornie. Do naleśników i placków jak znalazł. Do chleba i bułki z masłem także. A i szarlotka nimi nie pogardzi, o nie. Dla mnie jednak - tak szczerze - najlepsza jest papierówka świeżo zerwana z drzewa - aby była już dojrzała, ale jednak jeszcze lekko chrupiąca i z kwaskowatą nutką - piszę, w odróżnieniu do mojej mamy, która lubi słodkie i miękkie spady. 

Dobra, papierówy i ogóry obgadane. Reszta niech czeka na swoją kolej ;-).

niedziela, 14 sierpnia 2011

Imieniny Maksymiliana

Dzisiaj nasz Maksymilianek obchodzi imieniny. Wcześniej o tym nie wiedziałam, ale po dzisiejszej rodzinnej mszy (ja, mama i obaj moi chłopcy) w naszym kolneńskim kościele - doznałam objawienia tej całkiem sympatycznej nowiny. Kościół katolicki celebruje dziś 70 rocznicę męczeńskiej śmierci patrona naszego milusińskiego - świętego Maksymiliana Marii Kolbe'go. Wybierając imię dla małego wiedziałam, że nosił je znany święty męczennik, ale nijak nie znałam żadnej daty z nim związanej. Dzisiaj poznałam i teraz już na pewno 14 sierpnia będzie zapisany dla nas jako ważna data każdego roku do zapamiętania. Przyznaję, że nie bywam w kościele regularnie co niedziela, bo z dzieciakami nie zawsze to możliwe a i inne okoliczności czasem człeka powstrzymują (lenistwo też, a jakże), ale dzisiaj jakoś wyjątkowo miałam nastrój i natchnienie. Mama proponowała, żebym wzięła Olka a ona posiedzi w domu z Maksymalnym. Tymczasem coś mi podpowiadało, aby wyrządzić również malutkiego. Jakbym przeczuwała, że jest to dzień pod wezwaniem Jego imienia :). Miewa się tę intuicję, co nie? Dodam, że małe stworzenie zachowywało się na mszy bardzo grzecznie - pół przespało potulnie w wózeczku a potem spokojnie siedziało u mnie na ręku rozdając uśmiechy wszem i wobec.

Patron Maksymilka był zakonnikiem - franciszkaninem. Prowadził działalność wydawniczą oraz misyjną w kraju i za granicą. Co ciekawe - również, aczkolwiek w niewielkim stopniu - w samych Indiach :). Pomyślałam więc sobie i oczywiście zaraz podzieliłam się tym przemyśleniem z Mohinderem, że może więc owo imię to wcale nie był ot taki sobie przypadek czy nasze zwykłe upodobanie? Że miało jakiś inny sens? Nie wiem, może ja za bardzo lubię sobie upatrywać jakichś znaków i znaczeń tu i ówdzie, ale ja właśnie taka intuicyjna pani jestem... Mój indyjski zaś mąż, szczerze wierzy w ideę, że nic nie dzieje się bez przypadku. Wygląda więc na to, że dobraliśmy się jak w korcu maku. Intuicyjna i Bez-przypadkowy - LOL. 

Wracając jednak do świętego Maksymiliana Kolbe - aresztowany przez hitlerowców w 1941 roku trafił z Pawiaka do Auschwitz, gdzie najpierw odbywał w celi dwutygodniową głodówkę a następnie został przez Niemców dobity zastrzykiem trucizny (nie komentuję zachowań bestii w ludzkich skórach, bo akurat bestialstwa było i jest na świecie dużo i tematem tym zajmować się teraz nie chcę). Do odbywania głodówki zgłosił się sam w zamian za współwięźnia Franciszka Gajowniczka - człowieka, który miał rodzinę i który... doczekał się wyzwolenia z obozu. Nie ukrywam, że postać świętego Maksymiliana zawsze mnie jakoś wzruszała - ten jego gest oddania życia za kogoś. Bo jak pięknie powiedział dziś w Oświęcimiu kardynał Dziwisz na mszy z okazji 70 rocznicy śmierci świętego - on nie stracił życia w Auschwitz - on sam je oddał, by ktoś inny mógł żyć.

Wspaniałego masz zatem patrona nasz Maksymilianku. Wszystkiego dobrego synku. Abyś zawsze miał wielkie serce, cierpliwość, wiarę i był dobry dla ludzi. Reszta się znajdzie.


A skoro już piszę o Maksymilianie - łyżka faktów ku pamięci. Otóż nasz chłopczyk niebawem (za 9 dni) skończy pół roku! Waży 7.800 kg. Jak dla mnie sporo, gdyż Olu w tym samym wieku nie ważył chyba nawet pełnych 7 kilo. No, ale Olu to zupełnie inny
typ. Zawsze jadł niewiele i kontynuuje tę tradycję nadal, malutki zaś  lubi sobie chapnąć i to najchętniej to, czego jeszcze za bardzo nie powinien - chleb, kiełbasę, szarlotkę, bułkę z dżemem... Nie powiem, że karmię go takimi rzeczami, ale daję spróbować, poznać, liznąć - zwłaszcza, że małe oczy wyłażą z orbit, kiedy widzą jak ktoś obok niego je. Z  butelki nauczył się w końcu pić i daję mu albo wodę albo jakiś lekki kompot, bo to mu akurat pasuje, natomiast wszelkie rumianki i koperki mogę sobie powypijać sama. Od początku, czyli od około 3 miesiąca (może nawet próbowałam wcześniej) dziecię nie trawi sztucznego mleka i kaszek z takim mlekiem. Zaciska buźkę, wypluwa i sinieje ze złości. Jeśli kaszka  to jedynie ryżowa na wodzie, a i to nie za wiele. Mleko - tylko od mamy. Zasada Maksymalna numer jeden i basta. Zupki - chętnie i dużo - słoiczkowe i swojskie. Chrupki kukurydziane - pycha i ile wlezie. Owoce ze słoiczków - wcześniej tak, teraz urosły mu na nie tzw. długie zęby, więc skrobię mu łyżeczką dojrzałe papierówki albo daję possać i pomemłać dziąsłami inne, miękkie owoce typu mandarynka czy brzoskwinia. Uzębienia póki co ni widu ni słychu choć szorowanie dziąseł rękoma, rękawem i czym się tylko da oraz ślinienie - od dawna (czyt 2-3 miesięcy). Co więcej... Berbeć potrafi już sam siedzieć, co nie znaczy siadać. Owszem, z pozycji półleżącej podnosi się do siadu elegancko, ale rzecz jasna nie jest jeszcze jakiś szczególnie stabilny. Siedzi dopiero wtedy jak jest obwarowany poduchami albo w wózku, kiedy ma saporty z tyłu, boków i zapięty pas. Przekręca się z pleców na brzuch i odwrotnie, wyciąga łapki jak mu się coś daje i trzyma w nich raźno dopóki mu nie upadnie, gada jak najęty (zaczął jakieś buuu, baaba), uwielbia Olka i jego harce, śmieje się w głos i uśmiecha do wszystkich jak nawiedzony. Jest pięknie opalony (podwórkowe włóczęgi), pucaty choć nie powiem, że przekarmiony, wesoły, zdrowy i bardzo absorbujący. Dużo go noszę, bo leżeć nie chce, samodzielnie siedzieć jeszcze nie umie a chce mieć świat u stóp i obserwować go dookoła non stop. Wszyscy domownicy go kochają i smucą na samą myśl, że jeszcze tylko trochę i zarówno on jaki i Oluś wyjadą i będą już raczej gośćmi niż bywalcami Pastorczyka... Cóż, taka kolej rzeczy. 

Dzień był słoneczny, piękny i pozytywny. Wszystko inne tez powoli nabiera łagody i wychodzi na prostą. Maksymalnie dziękujemy za uwagę i pozdrawiamy serdecznie wszystkich, którzy zatrzymują tu oko :). 

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Smutków źdźbło...

Żniwa ucięte na 3/4 etapu. Zostało niewiele, ale jednak zostało i nie zanosi się na szybki koniec. Wczoraj wieczorem znowu zaczęło padać i padało, a raczej lało jak z cebra przy kanonadzie błysków i grzmotów całą noc. Wody więc ci u nas dostatek tak, że przydałby się i statek... Pojechałam dziś wieczorkiem na pole ukopać ziemniaków. W niskiej partii pola - powódź. Moje dziurawe gumowce szybko nabrały wody i chlupiąc w nich skarpetkami kopałam kartofelki nie w ziemi a w błocie. A gdzieś tam w Afryce są kraje, gdzie głód zabija z powodu suszy. Ot, równowaga sił w przyrodzie... :(

A Michał ma się źle. Po względnych dwóch pooperacyjnych dniach nagle dopadł go bolesny kryzys. Wczoraj rano dzwonił do domu i akurat rozmawiał z mamą. A mama nasza przejmująca i strachliwa jest - więc będąc i tak dobita - dobiła się bardziej... No, ale to chyba nie jest dobrze, jak duży chłop siedzi na ławce pod szpitalem i beczy z bólu głowy. Jaka matka przepuściła by to przez uszy bez emocji? Ilekroć ktoś widział i znał Michała - rzekłby, że chłop jak tur (duży rozmiarowo i silny). Ale ani rozmiar człowieka ani wrażenie jakie pobieżnie robi na ludziach nigdy nie jest przecież całą prawdą o nim... Ciężko pisać o bólu, którego się nie zna, ale potrafię sobie wyobrazić jego rozmiar, skoro już Michał skarży się ze łzami. Operacja była bardzo poważna - wielu lekarzy nie umiało ocenić jej pomyślności w żadnym stopniu, a wielu nie spotkało się z taką przypadłością nawet teoretycznie (choćby lekarz rodzinna Michała).

Drugi już dzień dręczy go ból nie do zniesienia. Według lekarzy nie ma żadnych dodatkowych zmian ni zakażenia. Ale ostatecznie to operacja głowy, zabieg gdzieś około rdzenia kręgowego... Nie znam się na tym zupełnie... Czy będzie dobrze? Będzie. Bracie - trzymaj się. Co wycierpisz to Twoje - fakt, ale patrząc dookoła świata wiem, że każdy w tym życiu ma swój krzyż - jeśli jeden ma chorobę sam w sobie, to drugi ma chorobę w kimś bliskim... I każdy ten swój krzyż, to brzemię, dźwiga. Tak to już jest - dobry Bóg nie daje tego samego cierpienia jednemu. Jezus cierpiał na krzyżu a jego Matka pod nim. Więc my wszyscy też na jakiś sposób podzielamy Twój ból. Trzymamy kciuki. Cierpliwości Micho - siły, wytrwałości! 

Pisałam to już chyba nie raz nie dwa - szlachetne zdrowie pierwsze na wszelakiej mecie - dopiero poza nim reszta. Cała reszta. Szkoda tylko, że nie zawsze nawet ja o tym pamiętam. Albo pamiętam, a przymykam na to oko. Nie wolno. 

Chyba jest raczej smutno niż wesoło - tak ogólnie. Lato kiepskie... Zapowiadają wczesną jesień i takąż zimę... Choroba Michała. Mój M. w Krakowie nie widzi jak rośnie i rozwija się Maksymilianek, nie umie dogadać się z coraz bardziej rozgadanym Aleksandrem... Na szczęście jest między nimi niepodważalna nić miłości i męskiej solidarności. 

Muszę nieco ogarnąć swój żywotnik. Powichrowany jakiś. Poszarpany przez wiatry i podmuchy istnienia. Skłania swoje gałęzie ku ziemi i a to mi przysycha a to gnije z nawodnienia. Sama już nie wiem czasem co i jak robić - taki osioł bywa wręcz ze mnie - dano mi w żłobie i owies i siano a ja nie żrę ni tego ni tego, bo zdecydować nie mogę co najpierw... i koniec końców zdechnę z głodu mając pełne koryto.

Żeby nie było tak smutno - każdy krzyż ma swój sens. I wyzwolenie. 

:)))

czwartek, 4 sierpnia 2011

Sierpień za pasem i Michał

Zawsze lubiłam sierpień. Może to nawet mój ulubiony miesiąc roku? Co prawda niełatwy miesiąc, bo żniwa - a żniwa wiadomo - roboty, której i tak jest zawsze dużo - w żniwa - rymując - przybywa. Ale mimo wszystko - sierpień lubię. Za wszystko. Za zapach świeżego zboża i słomy, za świerszcze, za gwieździste noce, poranną rosę, małe, pyszne gruszki z naszej wielkiej gruszy i za słoneczniki gotowe do marnotrawienia na nich czasu ;). Teraz mamy żniwa i roboczą galopadę, pod koniec sierpnia nastąpi zaś swoiste uspokojenie, taka jakby mała przerwa w tym galopie... Oby tylko pogoda dopisywała - oby deszcze nie rozszalały się na nowo a słoneczko suszyło dar boży i dało szybko zebrać go z pola. Lato tego roku bowiem kapryśne i plony ponoć dość słabowite, ale tego jeszcze dokładnie nie wiemy, bo żniwa dopiero rozpoczęte - z racji nadmiernych opadów nieco później niż zwykle. 

Dwa dni temu Michał miał w końcu swoją operację. Akurat w dniu, w którym wspomniane żniwa rozpoczęto. Gospodarz - paradoksalnie - miast na polu to na szpitalnej sali. Od początku roku - kiedy to zdiagnozowano mu przypadłość - jeździł do lekarzy, na konsultacje, walczył z nadciśnieniem, przeszedł ospę i szykował się na operację, bo bez niej podobno nie sposób było się obejść. Koniec końców tak mu wyszło, że wyruszył na operacyjny stół u zarania żniw, które przecież dla rolnika są najbardziej kluczowym wydarzeniem roku. Mało tego - Endriu, który przyjechał na urlop między innymi po to, by pomagać przy żniwach - musiał z Michałem ruszyć do kliniki. Do Gdańska. Ostatecznie ktoś z rodziny powinien przy nim być, a gdzie Gdańsk, gdzie Pastorczyk... Nie da się przecież wyskoczyć po robocie w odwiedzinki do chorego. Endriu, jako że na co dzień mieszka w Gdyni - zawiózł go tam, odwiedza, opiekuje się nim na swój sposób a nam zdaje telefoniczne relacje z przebiegu jego wypadków medycznych. Operacja trwała 4,5 godziny. Pacjent porusza po niej nogami i rękoma, co jest pozytywnym objawem kluczowym, mówi, jarzy rzeczywistość, dziś już coś zjadł a jutro może nawet wstanie na nogi. Jutro też będzie miał tomografię pooperacyjną. Poważna to była sprawa, bo zlokalizowana w rdzeniu kręgowym gdzieś u zbiegu szyi i głowy - ale jak Bóg da - jeszcze będą z Michała ludzie. Na pewno będzie musiał nieco się oszczędzać, ale może jakoś pociągnie z pomocą innych ten Pastorczyk. Młody chłop (34), dzieci małe, gospodara spora - jest dla kogo żyć i o co dbać. Przyznam, że choroba Michała i oczekiwanie na operację trochę nas tu wszystkich od kilku miesięcy zżerało, ale im dłużej czekaliśmy, tym bardziej się z tym oswajaliśmy. Teraz jest już PO i oby było dobrze. 

Ja nadal jestem zarobiona i zalatana. Pojęcie czasu dla siebie zupełnie przestało dla mnie istnieć. Nie wiem nawet jakim to cudem jeszcze udaje mi się czasem dotrzeć tu na bloga, napisać coś i przeczytać... Zdarza się to jedynie wieczorami, kiedy już wszelka aktywność jest zakończona, chłopcy śpią i działa internet - a działa nie zawsze. 

Nie napiszę nic nowego jak napiszę, że jestem zmęczona jak diabli, a pisanie idzie mi jak po grudzie... Jest tyle rzeczy, które chciałam zanotować, bo umykają nieutrwalone - a choćby  poczynania Olka i Maksymalnego, a choćby to, że nie ma już Neski a choćby to, że 2 tygodnie była u nas Zuzia, że teraz jest u nas Paula, że to i tamto i owo.... 

Może jeszcze napiszę - bez ładu, składu i logiki, ale postaram się. Z drugiej zaś strony - jeszcze tylko 3 tygodnie i wracam do swojego życia. Nie będzie ono takie, jakie było przedtem, bo jest Maksymilian i nie ma Mohindera (tzn. jest, ale nadal w Krakowie) a Olu idzie do przedszkola, ale to życie będzie znów bardziej zawężone do naszej małej rodzinki i do naszych czterech, własnych kątów w Grajewku. Nie wiem jak to będzie - na pewno nie łatwo, ale już bardzo tęsknię za tamtym światem.

Tymczasem, słuchając cykaniny świerszczy za oknem - idę spać. Jutro kolejny bardzo pracowity dzień.

środa, 27 lipca 2011

Ratunku!

Nic z tego - nic nie napiszę. Ani dziś, ani pewnie jutro ani w najbliższej przyszłości. Nie mam czasu, serca, natchnienia i sił. Niczego nie mam. Jestem wyeksploatowana na wszelkie sposoby - psychicznie, fizycznie, emocjonalnie i jak się tylko da. Życie w P. dojada mi się wielkimi kęsami. Jakiś okropny nastał tu czas. Za dużo pracy, za dużo dzieci, za dużo rozgardiaszu i za dużo deszczu. Deszcz obrzydł, przebrzydł i zbrzydł na wszystkie możliwe sposoby. Dzieci wiecznie mokre, bawią się w błocie, codziennie uszluchane jak dzikie świnie. Żniwa się odwlekają a chciałabym, aby już były, odbyły się i dały trochę spokoju. Wylęgły się jakieś nowe roje komarów. Są wszędzie i dookoła. Dokutne jak cholera. Wieczorami nie dadzą spokojnie spędzić godzinki na dworze, w ogrodzie warzywnym ciężko zerwać listek szczypiorku, bo te bestie dopadają człowieka jak zgłodniałe wilcze stada. Ogólnie - jest do zadku i mam serdecznie dość wszystkiego dookoła. Ważę 53 kg. Na nic nie mam czasu - jak nie dzieci to robota a jak dobrze pójdzie to i to i to. Dodam, że nie chodzi tylko o moje dzieci - bywa ich tu więcej i wszystkie są w wieku absorbującym. Jak nikt nie ma dla nich czasu - siedzą na mojej głowie i garbie. Dzisiaj od dziecięcego zgiełku zadzwoniło mi w uszach i zakręciło we łbie. Trzylatki się kłóciły czyja mama ładniejsza a sześciolatek im pomagał (brał stronę Olka), potem wszystkie łącznie z czterolatką biegały po deszczu i błocie i kąpały się w beczce stojącej pod rynną. Po akcji zwlokły się takie brudne i mokre do domu i szczękały zębami. Przebrać, zagrzać, oprać, dać jeść, odpowiedzieć na setki pytań zadawanych jednocześnie, rozłączyć bójki i wysłuchać skarg (a jak to skarżą!!!). A do tego Maksymilian non stop na rękach... Wspomagała mnie przy tym kotłunku mama i w pewnym momencie obie stwierdziłyśmy, że w tym domu wariatów długo nie wytrzymamy..... 

To tak w  wielkim skrócie. Memel dookoła, że naprawdę czasem wstrzymuję oddech, by wytrzymać. A wytrzymać muszę do 27 sierpnia - wtedy zbieram dobytek i wyruszam do ciszy swojego mieszkania i na nowo zaczynam żyć. Wracam do pracy, Olek idzie do przedszkola, Maksymalny do dziadka Władka. Potrzebuję zmiany i tęsknię niemożebnie za swoimi cichymi kątami w G. 

Uciekam spać, bo naprawdę sama nie wiem co ja tu wypisuję i czy ma to sens. Wybaczcie, ale naprawdę nieco już mi zmysły podupadły. Cała podupadłam. A niech to wszystko gęsi, kaczki i kury pokopią! Oby jednak do września. A co potem - teraz nieważne ;-)))). Ważne, że teraz wołam - ratunku!!!! 

niedziela, 10 lipca 2011

Muchy i komary

Wieczór. Siedzę przy biurku ze swoim czerwonym netbooczkiem. Maksymilianek śpi, Aleksander też - z tym, że ten drugi w małym domku u babci. Dookoła brzęczą mi jakieś 2 wredne muszyska. Zaraz zatłukę. Mamy tu na wsi odwieczny problem z muchami, a w tym roku jest ich chyba wyjątkowo wiele. Albo tak mi się tylko wydaje, bo w zasadzie zawsze ich było pełno. Zjawiają się już w maju i gnębią nas co najmniej do października. Pełno ich wszędzie a najwięcej w oborze i chlewni. Są naprawdę dokuczliwe. Pastwią się nad zwierzętami i ludźmi. W domu oczywiście też ich pełno. Stawia się i wiesza lepki, czasem truje, tłucze muchołapkami... Wredne pasożyty! Najgorzej dokuczają nad ranem, kiedy już się rozwidni. Człowiek ma wrażenie, że wieczorem wybił cholerstwo co do nogi, a tu amba - jak grzyby po deszczu. Ba, czasem wystarczy jedno takie bydle i tak się da we znaki, że ho, ho. Brzęczy, łazi po nodze, ręce, twarzy a czasem nawet ciapnie - czasem, bo zasadniczo muchy nie gryzą. Ale jak już taka ugryzie - niemiłe wrażenie. Teraz natomiast ćwiknął mnie w rękę komar. Nie wiem skąd się tu dostał (w domach mamy we wszystkich oknach siatki), ale w zasadzie czego ja się dziwię? Muszyska i komary to nasze odwieczne zmory. Inwestycje w środki przeciwko nim są więc bardzo konieczne. Czasem chyba wolałabym przeżyć tydzień bez jedzenia niż dzień bez muchołapki! Po komarach natomiast mam bąble i zawsze drapię się do krwi. Stąd moje nogi i ręce latem są zawsze w opłakanym stanie. Oluś też wyjątkowo podatny na insekty. Zawsze pogryziony i podrapany.

I tak oto napisałam post o komarach i muchach wcale nie mając takiego zamiaru. O niczym jednak innym już pisać mi się nie chce. Jest 22.11, chce mi się spać, bo dzień był jakiś wyjątkowo ciężki, senny i duszny. Mają też nawiedzić nas straszne burze. Brr.... Nie wiem czemu, ale burzy się boję. Tutaj, u nas w P. na tym totalnym odludziu ma ona zawsze inny wymiar niż na przykład w mieście...

Dobranoc.

sobota, 2 lipca 2011

W czerwcu

W czerwcu...

- pogoda ogólnie była bardzo ładna - ciepło, czasem upalnie, dużo słońca, trochę deszczu

- M. odwiedził nas 2 razy

- Aleksander zaczął wymawiać bardzo dźwięczne "rrrrr"

- Maksymilian skończył 4 miesiące i zaczyna dość świadomie chwytać przedmioty, interesować się zabawkami i jeść co-nieco innego poza moim "cycem" - zaczęłam od słoiczków z gotowymi zupkami i deserkami oraz kaszką - w końcu bowiem do września musi nauczyć się funkcjonować przez 8-9 godzin dziennie beze mnie... Butelkę i smoczek mogę sobie... no, wiadomo co. Smoczek jako taki w ogóle nie jest przez niego uznawany i w tym względzie mam powtórkę z Aleksandra. Jak nie cyc to łyżeczka. Trudno, trzeba zaakceptować wybór dziecięcia i jakoś z tym żyć. Dało się radę z jednym - da się z drugim.

- odwiedziła mnie  Luiza (znamy się ogólnie dzięki internetowi, w minionym roku jednak już spotkałyśmy się także w realu :) - w większym gronie, w stolicy). Wizyta była krótka, ale jestem wdzięczna, że Luizka jednak podjęła tę długą do mnie podróż. Przybyła pociągiem z Poznania do Grajewa (8 godzin... ufff!) a następnego dnia zabrałam ją moim graciastym autkiem do Pastorczyka. Stamtąd udała się autobusem do Warszawy skąd ponownie pociągiem do Poznania. Życzyłabym sobie bardzo, aby mieć dla niej więcej czasu, ale jakoś tak... nie dość, że krótko była to jeszcze ja okupiona byłam dziećmi i pomocą przy krowach w Pastorczyku. I nie było świeżego chleba na jej poranne kanapki i moja mama żałowała, że zapomniała dać jej na drogę słoiczka swojskiego miodu a mój ojciec skwitował, że gości z tak daleka nie powinnam zapraszać na tak krótko, bo nawet odpocząć nie zdążą. Bet dopiero po fakcie przyznała, że "nawet nie pogadała z Luizą", ale miała jakieś egzaminy na głowie i kiepski nastrój. Aleksander - po wstępnej nieśmiałości co do Luizy - szybko zaczął pokazywać jej swoje 3 letnie różki i wręcz mnie zmartwił tym, jaki potrafi być niegrzeczny. Popisuje się, wydurnia i zupełnie mnie nie słucha. Bardzo jednak cieszy się z prezentów - książeczek i misia od "Ulizy". Z misiem podróżuje a książeczki czytam mu czasem wręcz kilka razy pod rząd. Słowem - za krótko i za szybko tu byłaś Luizo (dodam, że moja mama wpadła w zachwyt nad Twoim niespotykanym u nas imieniem). Ale tak tu u nas na wsi bywa... Pomimo wszystko - jesteś tu miło zapamiętana :))) i mam nadzieję, że kolejnym razem - jeśli się tutaj trafisz - to na dłużej, w bardziej sprzyjających okolicznościach i będziesz mogła zobaczyć nasz wschód "więcej, szerzej i ciekawiej". 

- M. namówił mnie na kupno nowego komputera. Padło na malutkiego netbooka DELL z czewroną, sexi pokrywką. Małe to-to i dziwne nieco, ale przywykam. Ma fonię oraz wizję i to jest najważniejsze, bo możemy teraz rozmawiać i widzieć się z M. na skype :)))).

- w czerwcu rozpoczęłam też pewną procedurę. Dla mnie, dla nas... Ale o tym jak już będzie PO.

Czerwiec minął bezpowrotnie. Nigdy w zasadzie nie przepadałam za tym miesiącem, choć masowo kwitną w nim maki a maki są przeurocze. Tylko, że.... u nas ich tutaj mało mimo wszystko. U nas królują mlecze, ale mlecze w czerwcu to już jedynie dmuchawce-latawce-wiatr a potem to już tylko ich zielone listowie. Nie wiem dlaczego czerwiec to nigdy nie był mój ulubiony miesiąc...

Teraz mamy lipiec - rozpoczął się rzęsistym, całodniowym deszczem i zimnem. I tak jest nadal. I tak ma jeszcze być nawet przez kilka dni - brrrr. 1 lipca byłam z Maksymiliankiem na kontroli i szczepieniu - waży 7.100 i ma 68 cm. Sporawy ten mój maluch. I nadal sympatyczny - uśmiech na buzi do każdego, kto tylko zrobi mu tę przyjemność i na niego spojrzy, ha ha. 

Pora na sen. Szybka byłam w tym pisaniu jak światło. Że też w ogóle coś napisałam...? A ciekawe ile z tego, co chciałam napisać - zapomniałam lub nieświadomie pominęłam... ? 

AHA - ostatniego dnia czerwca w moim zakorkowanym (TAK he he) Grajewku otworzyli TESCO. 


AHA - no i mamy już ogrodzenie tarasu przy domu w Pastorczyku - metalowe w kolorze black.

niedziela, 26 czerwca 2011

Milczenie ... jest złotem?

.... bo jeśli tak to wygląda na to, że się sowicie obławiam. Milczę bowiem blogowo już prawie miesiąc. Troszkę się u mnie dzieje - jak zawsze i u każdego, ale nie jest to znowu nic nadzwyczajnego. Owszem, są fakty i fakciki, które dla własnej pamięci powinnam odnotować, bo pamięć - wiadomo - ulotna jak dymek z papierosa bywa, ale mój żywotnik codzienny jest obecnie taki jakiś pochłaniający i męczący mnie przeraźliwie, że pisanie jawi mi się jedynie jako przyjemność utopijna. W ciągu dnia nie mam nawet szans na otwarcie komputera, wieczorem zaś - nie mam już na to siły. Ba, nawet jeśli go odpalę - na pisanie nie starcza mi niczego, co do pisania konieczne jest. Stąd moje milczenie. I stąd niebawem będę bogata w złoto. Wcale tego nie pragnę, ale jak widać - jest mi ono po prostu pisane. Za to, że... sama nie piszę ha ha ha. Ale ja napiszę. Napiszę. Muszę jedynie wpaść choć na chwilę do innego niż mój obecny świat. Czy można mieć więcej światów niż jeden? Można. Ja z pewnością mam. 

Serdecznie pozdrawiam i ściskam wszystkie moje przyjazne dusze!